Gwiazdy wspomnienie

Ot, wspomnienie. Pojawia się czasem

Znienacka. Nie wiedzieć czemu i po co.

I otula mnie ciepłem, a nad lasem

Gwiazdy jasno ze śmiechu migoczą.

Ten las ciszą szeleści jak ogonem pawim.

Śpią zwierzęta, cała leśna gromada.

Gwiazdy za to chcą w wyścigi się bawić,

Z wdziękiem jedna za drugą w noc spada.

Kołysanki słowa płyną jak liście paproci

Ze strumienia szeptem, wiatr szumi jej melodię.

Leżą gwiazdy na łące, zmęczone po locie,

Złotopiękne, i szczęścia blask bije od nich.

A Ty jesteś właśnie gwiazdami wśród traw

Niedostępna, bo taka gwiazd jest natura.

Choć mnie kusisz feerią doznań, smaków i barw

Nim podejdę znowu skryjesz się w chmurach.

Tylko ślad po Tobie zostaje. Ślad rozkoszy,

Jakże smukły, wyściełany gwiezdnym pyłem.

Ten ślad, nim słońce noc i sen rozproszy,

Ten dotyk, to wspomnienie. Ciepłe i miłe.

Ciepłość

Przestałem śpiewać pod prysznicem

I głupich min już nie robię.

Ale nie, że minąłem dorosłości granicę,

Po prostu smutno mi po tobie.

Jednak wiosna radosna nadchodzi skrycie,

Słonko coraz wyżej świeci,

Ciepły wiatr wieje, deszczyk o świcie,

A z nim jakoś to wszystko leci.

Więc uśmiecham się mrużąc powieki,

Słucham trąbki czy pianina Komedy.

Lub napiję się kawy z mlekiem,

Papierosa zapalę od biedy

I Jest miło. Promień słońca

Parkiet przy biurku maluje na kolor złoty.

Położyłbym się tam i bez końca

Leżałbym, gdybym był małym kotem.

Koty lubią grzać swoje futro

I ja lubię słońce na twarzy.

Wczoraj było zimno. Kto wie, jak będzie jutro.

A dziś jest pełne ciepła, miękkości.  I marzeń.

Wszystko boli

Wszystko boli

Stare kontuzje, umęczone ciało

I stawy nierozciągnięte

A tak by się szpagat zrobić chciało.

Lub szybkie auto z salonu,

Wycieczka po zaułkach Florencji

Czy zwykły za gaz rachunek - 

Bo się nie ma na to pieniędzy.

Ludzka głupota i zawiść.

Że tolerancja to tak wielki trud.

I wojna całkiem daleko

I zupełnie niedaleko głód.

I zwierzęta, które cierpią,

Ziemia łkająca pod stopami.

Że nic się na to nie poradzi,

Choć zabijamy ją sami.

I tyle miejsc nieodwiedzonych,

I te książki nieprzeczytane.

I marzenia niespełnione,

Te proste i te niewypowiedziane.

I sam ból boli,

Że się nie wie, czy mieć czy być.

Że prościej jest oszukiwać

I prawdziwe ja przed innymi kryć.

Że nie krzyczy siebie na głos

Tylko myśli, co ktoś myśli.

Ten brak do wszystkiego dystansu

Więc i przejmowanie się wszystkim.

Że tyle rzeczy się zaczyna,

A tak niewiele skończyć się udaje.

Że się boi zdobyć na to najważniejsze,

Gdy stanie się na decyzji rozstajach.

Że się nie wie, co tak naprawdę jest najważniejsze.

A może się wie? I właśnie to napawa bólem?

Że Cię przy mnie nie ma i nie wiem, gdzie jesteś.

I czy istniejesz w ogóle.

W upojeniu

Wznieść się troszeczkę na wyżyny

I opisać sprawy jak się mają

Znów patos i chęć poetyckości

W efekcie baju baju

 

A takie to proste i proste

zapewne z przyczyn alkoholu

Gdy świat się toczy za oknem

A my skupieni na żyrandolu

 

Co staje się naszym słońcem

I patrzymy się w niego skupieni

I wokół tworzymy własne światy

W których chcielibyśmy coś zmienić

 

To jedyna prawdziwa nadzieja

Na nasze, więc lepsze życie

Oddech spokojny, miarowy

Marzenia wychodzą z ukrycia

 

Otwarcie, przed samym sobą

Rym w drugim wersie, więc się zgadza

Słusznie kroki w naszych myślach

Coś tam, coś tam, wynagradzać

 

Wynagradzać? A pewnie, przecież

Pragniemy dla wszystkich najlepiej

I dla siebie też, ostatecznie

I tak przymkniemy powieki

 

Po długiej, ciężkiej walce

Trudno się z życiem uporać

Gdy na jego kartach tylko palcem piszemy

Dość skomplikowana metafora

 

Sen na jawie, chaos na papierze

Ale może zrozumiecie, co mam na myśli

Walka o prawdziwych nas i nagroda

A nagrodą sen, który się ziści

 

Oto głos z oddali znajomy

Buduje nas, daje wsparcie

I choć wspiera, nie tego chcemy

Nie o to walczymy zażarcie

 

Cóż za bełkot spod palców wypływa

A to głowa dyktuje te bzdury

Skupmy się na naszych potrzebach

Kwintesencjach naszej natury

 

Tak naprawdę chciałem napisać

O istocie naszego jestestwa

O tym, co nas prowadzi

I o tym, co nas określa

 

O tym, czego pragniemy

Lecz szeptać nie mamy odwagi

O tym, co chcielibyśmy spotkać

Nie na końcu, a w trakcie naszej drogi

 

O kimś, kto nas zaakceptuje

O kimś, kto nas zrozumie

O kimś, kto dojrzy wyjątkowość

W zwykłości i szarości tłumie

 

Kto weźmie nas bez zastrzeżeń

Bez pytań,  bez wątpliwości

Takich, jakimi jesteśmy

Nie będzie sobie rościł

 

Praw do ingerencji

Praw do nas zmieniania

Koniec i początek, bez znaczenia

 Najważniejsze, że tak, bez wahania.

Le chat noir

Oczy masz takie piękne, takie duże i takie złote.

Rozkosznie się przeciągasz, zupełnie tak, jak lubią koty.

Wtulasz się we mnie mocno i mruczysz w mych ramionach.

A kiedy wyjść chcę, płaczesz i jesteś obrażona.

Bo ciągle chcesz być przy mnie, zasypiać u mego boku.

Tu czujesz się bezpiecznie, choć świat wiruje wokół.

Oczy mrużysz w ekstazie, gdy twoje ciało pieszczę.

Gryząc mnie delikatnie uśmiechasz się drapieżnie.

I godzisz się potulnie, bym robił z tobą wszystko.

Aż trudno w to uwierzyć, że jestem tylko myszką.

Że tylko się mną bawisz, udając, że mam władzę.

Zabawna ról zamiana w emocji maskaradzie.

Nigdy cię nie zdobędę i razem wiemy o tym.

Naiwny ten, kto sądzi, że może rządzić kotem.

Nie umiem Cię zatrzymać, bo jak zatrzymać ducha?

Chcesz – przyjdziesz, chcesz – odejdziesz, a w twoich kocich ruchach

Zmysłowość, obojętność. Pogarda, pożądanie.

I chociaż to niezdrowe, to ciągle czekam na nie.

A ty się ze mnie śmiejesz, że dręczy mnie choroba.

Że jesteś tą chorobą to też ci się podoba.

Nie pojmie tego nikt, kto choć raz tego nie poczuł.

Nie umiem się uwolnić od twoich kocich oczu.

znów

Wydaje mi się, że to całkiem naturalne, kiedy kobiety nie mają problemu z łączeniem się ze starszymi mężczyznami, czasem dużo starszymi. W odwrotną stronę to już nie takie oczywiste, mężczyzna ze starszą kobietą to zdecydowanie rzadszy widok. Nie mam na myśli relacji sponsor – utrzymanek, tylko uczucie.

W pewnym filmie pokazano natomiast taką oto, nietypową relację. Facet, trzydziestkę ma już chyba za sobą, po latach przyjeżdża do rodzinnego miasteczka na jakiś zlot absolwentów? Nieistotne. Spotyka duchy przeszłości, stare miłości, konfrontuje się z nimi. W domu obok jego rodzinnego mieszka młoda dziewczyna, dziewczynka, może trzynaście, może czternaście lat, nie ma więc mowy o podtekście erotycznym, to jeszcze w zasadzie dziecko. I pomimo różnicy wieku, pomimo tego, że widzą się krótko, parę razy spotykają się w ogrodzie, gdzie on wychodzi na papierosa, a ona, żeby postać po prostu na dworze, rodzi się między nimi coś specjalnego. Jakieś nienazwane uczucie, ufają sobie i zwierzają się ze swoich problemów, chociaż są sobie obcy. Rozmowy są zdawkowe, ale czuć głębię tej relacji, jakby przypadkowo trafili na bliską osobę. W końcu on wyjeżdża ze swoją starą miłością, z którą chce spróbować na nowo. Ale kiedy żegna się ze swoją małą przyjaciółką, znów podczas zdawkowej rozmowy w ogródku z tyłu domu, nie potrzeba słów, żeby wiedzieć, że ona jest w nim zakochana. A on żałuje, że ona jest tak młoda, bo najprawdopodobniej byłaby kobietą  jego marzeń, kobietą z jego snów.

I ja kiedyś właśnie coś takiego przeżyłem. Na jakiejś zielonej szkole pokazywałem dzieciakom, czym jest frisbee. Ona była zaczepna, wyszczekana i robiła dużo hałasu, była dzieckiem i jak dziecko próbowała zwrócić moją uwagę. Ale było w niej coś, co sprawiało, że wyróżniała się spośród swoich rówieśników, że była wyjątkowa. Że pomimo wieku doceniłem jej urok, inteligencję, a nawet urodę. I kiedy szła za mną do samochodu, ciągle mnie zaczepiając, pomyślałem, jaka szkoda, że jest taka młoda, kiedyś będzie fantastyczną dziewczyną. A gdy odjeżdżałem, w jej oczach widziałem ten sam smutek, jaki miała dziewczyna z filmu. I też przez moment poczułem żal, bo być może byłaby to kobieta moich marzeń, kobieta z moich snów.

I wiele lat później, leżąc w świetle księżyca na plaży w Czarnogórze, pijany, spalony, lunatyczny, słuchając, jak woda ześlizguje się po kamieniach, pomyślałem o niej. Gdzie jest, co robi, jak jej się wiedzie. I miałem rację wtedy, że kiedyś będzie kobietą moich marzeń, kobietą z moich snów.

I znów jak głupek się zakochałem

I znów jak głupek się zakochałem.

Człowiek nie wyciąga wniosków.

Bo ciągle powtarza, że nigdy więcej,

A potem bach! i już, po prostu.

Siedzi, wzdycha, w sufit patrzy,

Serca kreśli, pisze durne wiersze.

I upaja się deszczem za szybą

I w kominku grającym świerszczem.

Gdzieś by poszedł, pobiegł, poleciał.

Sam dobrze nie wie, po co i dokąd.

I piosenki fałszuje pod nosem

I uśmiecha się do siebie szeroko.

I myśli – ach, głupi głupek –

Że teraz to już będzie na wieki,

Więc aby sen w głowie zatrzymać

Ze wszystkich sił zaciska powieki.

W końcu oczy otworzy zdumiony

I zapyta „ale przecież, jak to?”

Bo nie komedia to, lecz jak zwykle

dramat, tylko we trzech aktach.

Co później, wszyscy świetnie wiedzą,

Szkoda papier na jęki marnować.

Ale później to, później, a teraz

Idę kochać, jak głupek, od nowa.

Cyrk

Skąd przychodzicie, dokąd zmierzacie,

Życia szarego barwne postacie?

Szukacie wiecznie, nie wiedząc sami,

Wiedzie do celu trakt pod stopami?

Po drodze jarmark, kolejny spektakl.

Może do nieba, może do piekła

Prowadzi wasza sztuka cyrkowa.

Ciągle to samo, ciągle od nowa.

Kurtyna, werbel i chwila ciszy…

I niech się dzieje, niech świat usłyszy!

 

Pod tobą przepaść, mój linoskoczku.

Idziesz niepewnie, kroczek po kroczku.

Utkwione w tobie widzów spojrzenia.

Przejdziesz czy spadniesz – to bez znaczenia.

Oni chcą igrzysk, po to tu przyszli.

Więc balansujesz, dla ich rozrywki.

 

Nos masz czerwony, twarz całą w farbie.

Za nią się kryjesz, bo jesteś klaunem.

Trzeźwo nie patrzysz, wszystko jest farsą.

Nie zmienisz tego, choć pragniesz bardzo.

Chcą tu komedii, a ty nią jesteś,

Więc musisz śmiać się, ku ich uciesze.

 

Skoncentrowany, stoisz na scenie.

Czary i sztuczki twym przeznaczeniem.

Jesteś kuglarzem, zatem żonglujesz

Wszystkim możliwym. Radością. Bólem.

Wciąż oszukujesz i igrasz z ogniem.

Ten ogień prawdę o tobie połknie.

 

Razem ten dziwny teatr tworzycie.

Niby trzy różne, a jedno życie.

Nikt was nie zmusza, chcecie go sami,

By swoje serca sycić brawami.

Czy po to tylko to widowisko?

Sprzedawać siebie, by być artystą?

Nie. To proste tak, jak wiersz ten cały.

Chodzi o więcej niż moment chwały.

Ludzie próbują, wielcy i mali,

Od zapomnienia siebie ocalić.

chcecie bajki, oto bajka

Dawno, dawno temu były sobie trzy królestwa, którymi rządziło trzech królów, stary, chytry i szalony. Królestwo starego króla było najmniejsze i najbiedniejsze, gdyż król, będąc dobrym człowiekiem, zbyt łatwo darowywał winy swym występnym poddanym, a ci wykorzystywali to, doprowadzając królestwo do upadku. Stary król, widząc, do czego doprowadziły jego słabe rządy, podupadał na zdrowiu, aż w końcu umarł ze zgryzoty. Na łożu śmierci wyszeptał do swego syna „chciałem być dobry i łaskawy, a swymi czynami sprowadziłem tylko zło i niesprawiedliwość na twoje już królestwo”. Młody król, tak jak jego ojciec, miał dobre serce, był jednakże człowiekiem o silnym charakterze. Rządził sprawiedliwie i mądrze, nie wyzyskiwał swych poddanych, a tych, którzy łamali prawo, przykładnie i surowo karał, aby niesprawiedliwość i zło nie rozprzestrzeniały się. Dlatego uczciwym ludziom zaczęło się tam żyć dobrze i dostatnio, a kraj zaczął odżywać. Ciesząc się, że prawo i porządek zapanowały w królestwie, dzięki czemu życie w spokoju i radości wieść można było, jego mieszkańcy bogaczami zwać się zaczęli, albowiem, jak powiadali, króla tak mądrego mieć, to skarb największy na świecie.

Wieści, tak jak wiatr, daleko dotrzeć potrafią, a im więcej w powietrzu krążą, tym więcej w nich szumu. W największym królestwie na tronie z czaszek zasiadał szalony król. Gdy dowiedział się, że w mieszkańcy najmniejszego królestwa wielkimi bogactwami się chwalą, a jego król w swym zamku gigantyczny skarb trzyma, w swej chciwości zapragnął go zdobyć. Świadomy siły swej armii, która była największa z trzech królestw, wysłał list do młodego króla, żądając bogactw, które ukrywają jego poddani, a także skarbu, który on sam w swym skarbcu zgromadził. Młody król odpisał szalonemu, że jedynym złotem w jego królestwie są pola pszenicy, a skarb, który posiada, to szczęśliwe życie jego poddanych, tego jednak nie jest w stanie oddać nikomu. Szalony król nie uwierzył jednak w te zapewnienia i wyruszył przemocą zdobyć to, czego nie chciano mu dać po dobroci. Młody król wiedział, że jego armia jest zbyt mała, aby móc obronić się przed potęgą armii szalonego króla i że jego kraj spłynie krwią. Wiedział, że sam skazany jest na zagładę. Wysłał więc list do chytrego króla, w którym napisał: „Gdy szalony król pokona moją armię, nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby zaatakować i podbić również twoje królestwo. Jeśli połączymy swe siły, wspólnie będziemy w stanie nie tylko przeciwstawić się mu, ale być może i pokonać go”. Chytry król odpisał młodemu królowi „Przybądź do mojego zamku ze swą armią. Wyruszymy stąd na ziemie szalonego króla, aby zaatakować go od tyłu, gdy ten wkroczy do twojego królestwa. Nie będzie się tego spodziewał, a zaskakując go łatwo go pokonamy”. Młody król pomyślał, że pomysł jest ryzykowny, ale może się powieść. Tak zatem wyruszył na czele swojego wojska, aby połączyć się z armią chytrego króla. Gdy dotarł do jego zamku, ogrom budowli zaskoczył go. „Nie mam tak potężnej armii, jak szalony król, ale mury mojego zamku ochronią mnie nawet przed siłą trzykrotnie większą od jego” powiedział na powitanie chytry król. Przed wyruszeniem na wojnę wydał wielką ucztę, aby uczcić sojusz dwóch królestw. Podczas biesiadowania młody król próbował omówić szczegóły wyprawy, lecz chytry król zbywał pytania dotyczące przemarszu, mało interesując się tym tematem. W końcu młody król walnął pięścią w stół, poirytowany postawą chytrego króla, na co ten uśmiechnął się tylko kpiąco. „Widzisz, młody królu, twoim problemem jest to, że masz wielkie serce i małe królestwo. Chciałbyś obronić każdego swego poddanego, co jest nierealne. Mnie los moich poddanych aż tak nie przejmuje, najważniejsze, że ja jestem bezpieczny. Z drugiej strony, cóż mi po niezdobytym zamku, skoro moje królestwo legnie w gruzach, tak jak twoje, gdy najedzie je szalony król? Walka z nim nic mi nie da, przyniesie same straty. Ale będąc jego sojusznikiem mogę liczyć na korzyści, jakimi będzie część twoich ziem, młody królu”. Gdy chytry król przemawiał tymi słowy do młodego króla, przez dźwięki muzyki grajków biesiadnych zaczął przebijać się hałas walki i krzyki ludzkie, dobiegające z oddali. Młody król podbiegł do okna. W dole ujrzał obóz swojej armii, otoczony przez armię chytrego króla, która pod osłoną nocy okrążyła nieświadomych niczego żołnierzy młodego króla i zasypała ich strzałami. To była rzeź. Nieuzbrojeni, biegający w chaosie, ginęli jeden po drugim. Młody król odwrócił się i krzyknął „zdrada!” do chytrego króla, lecz ten zaśmiał się tylko. Na jego znak rycerze z jego gwardii przybocznej wyciągnęli miecze i rzucili się na orszak młodego króla, który choć zerwał się od stołów i trzymał już miecze w dłoni, nie miał szans z przeważającym liczebnie przeciwnikiem. Młody król wyszarpnął z pochwy swój miecz, lecz nim zdążył postąpić krok, został trafiony dwoma bełtami, zachwiał się i wypadł przez okno. Wpadł do fosy, a nurt wody uniósł go daleko. Gdy udało mu się wydostać na brzeg rzeki, natrafił na konia, który musiał uciec z zaatakowanego obozu jego armii. Wdrapał się na jego grzbiet i skryty w ciemności ruszył ku swojemu królestwu. Trawiony przez gorączkę od ran, na wpół przytomny, po wielu dniach dotarł w końcu swoje ziemie. Podróż przez zniszczony, spalony kraj, pełen niepochowanych trupów, była jak koszmar. Gdy ujrzał w oddali swój zamek, z którego poczerniałe od dymu okna ziały pustką, osunął się z rumaka na ziemię. Tak jak jego królestwo dogorywało, tak i on konał na wzgórzu, z którego rozpościerał się widok, niegdyś piękny, teraz mroczny i straszny. Młodemu królowi pociekły łzy po brudnych, wychudzonych policzkach. „Myliłeś się ojcze”, pomyślał „to ja swoimi czynami sprowadziłem zło i niesprawiedliwość na nasze królestwo”. Gdy jego oddech stawał się coraz słabszy, u jego boku pojawił się nagle diabeł i uśmiechnął się do niego. Młody król rzekł „czyniłem w swym życiu mądrze i sprawiedliwie, nie boję się więc ciebie, a jednak patrząc na skutki mych działań czuję, że masz do mnie większe prawo, niż Bóg. Mój ojciec czuł na łożu śmierci smutek, mnie wypełnia tylko nienawiść i chęć zemsty, tym boleśniejsze, że nie jestem w stanie odpłacić się już mym wrogom. Jakże umierać z takimi uczuciami w sercu, gdy przez całe życie chciałem być dobry i szlachetny?” Diabeł pokiwał głową ze zrozumieniem i odparł „Mogę dać ci zemstę, jakiej pragniesz, aby w chwili, gdy będziesz umierał, twe serce wypełniała radość. Ale wtedy zabiorę cię ze sobą”. Młody król, mimo że coraz trudniej było złapać mu oddech, długo wpatrywał się w oczy diabła. W końcu lekko skinął głową, a diabeł zaśmiał się w głos.

 

W największym królestwie na tronie z czaszek zasiadał szalony król. Gdy powiedziano mu, że przybył dziwny posłaniec, pragnący przekazać mu nagrodę za jego ostatnią wyprawę, zdziwił się, ale w swej chełpliwości i chciwości postanowił przyjąć posłańca. Gdy go ujrzał, jak powoli wkracza do komnaty, szalony król przeraził się, albowiem wiedział już, kim był posłaniec i jaką nagrodę ze sobą przyniósł.

„Przybyłem odebrać ci to, co mi zrabowałeś, szalony królu”, rzekła zakapturzona postać. Szalonego króla zalał zimny jak lód pot.

„Odbierając mi życie, nie odzyskasz tych, które straciłeś”, wykrzyczał cały swój strach szalony król. Młody król ściągnął kaptur, odsłaniając wychudłą, białą jak duch twarz.  „Ty też wiedziałeś, że nic nie zyskasz, a jednak to zrobiłeś”, odparł, a jego oczy świeciły zimnym blaskiem.

I choć szalony król miał wielką armię, nikt nie mógł go ochronić przed śmiercią.

Wieści, tak jak wiatr, daleko dotrzeć potrafią, a im więcej w powietrzu krążą, tym więcej w nich szumu. W swym królestwie na swym tronie zasiadał chytry król. Gdy dowiedział się, że szalonego króla zabił duch młodego króla, aby pomścić zagładę, którą szalony król sprowadził na jego królestwo, nie dał temu wiary, kazał jednak potroić liczbę strażników w swojej przybocznej gwardii. W swojej twierdzy, otoczony rycerzami, czuł się bezpieczny.

Jednak któregoś dnia ku zdziwieniu jego i jego obrońców do komnaty tronowej wkroczyła zakapturzona postać. Zimny blask jej oczu zmroził krew w żyłach chytrego króla, gdyż choć twarz skrywał cień kaptura, król wiedział, kim jest nieznajomy. Ten, otoczony przez gwardię chytrego króla, stanął na środku komnaty i ściągnął z głowy kaptur, spojrzał swymi przerażająco błyszczącymi oczami na chytrego króla i rzekł „Przybyłem odebrać ci to, co ty wcześniej zabrałeś mi, chytry królu”.

Chytry król rozkazał zabić przybysza, a sam skrył się w najwyższej komnacie najwyższej wieży swego zamczyska. Tam, dygocząc ze strachu, wsłuchiwał się we wrzaski mordowanej gwardii, ciężkie kroki na schodach, hałas rozrąbywanych mieczem drzwi. Gdy te padły, do komnaty wszedł młody król. W jego ciele tkwiło pełno strzał, a z wielu ran sączyła się powoli czarna jak noc krew. „To niemożliwe, zabiłem cię”, wyszeptał przerażony chytry król.

Młody król uśmiechnął się posępnie.

„Chytry królu, nie wiesz, że nie da się zabić śmierci?”

I choć chytry król miał swoją wierną gwardię przyboczną, a grube mury potężnego zamku broniły go przed wrogami, nikt nie mógł go ochronić przed śmiercią.

 

Gdy młody król wrócił do swego królestwa i znów ujrzał spalone ziemie, ogołocone pola, w otaczającej go ciszy nie słyszał śmiechu ludzi, szczekania psów, nawet śpiewu ptaków. Jednak ciągle wiejący wiatr dawno wysuszył jego łzy, nie mógł już więcej zapłakać. Wtedy u jego boku pojawił się diabeł, aby odebrać swoją należność. Spojrzał w oczy młodego króla, szukając w nich tryumfu zemsty, lecz ujrzał tam tylko pustkę. Pokiwał głową. Znów uśmiechnął się do młodego króla i zabrał go ze sobą, lecz nie jak swą ofiarę, a równego sobie.

Kołysanka

Cyt, cyt, zamknijcie oczy dzieci,

Księżyc złowrogo dziś świeci.

Posłuchajcie swojej matuli,

Ona głosem do snu was utuli.

Nie spoglądajcie przez okno.

Stare wierzby na deszczu mokną.

Wiatr mocno ich konarami targa.

W jego wyciu smutna skarga,

Że zimno mu i samotnie.

Więc gdy zobaczy was w oknie

Porwie i już tu nie wróci.

Matulę to zasmuci.

Posłuchajcie jej, gdy was prosi.

Deszcz cichnie, mgła się wznosi.

Nie płaczcie, cicho, sza.

To nie jest dobra mgła.

W niej się coś złego kryje.

Wiatr wciąż złowieszczo wyje.

Cyt, cyt, słyszycie to?

Za oknem czyha zło.

Połóżcie się spać, kochane,

Matula przy was zostanie.

Zamknijcie swoje oczy.

Niech sen was zauroczy.