dziś o sporcie

Dziś byłem u lekarza z jednym z wesołych traktorzystów. Chłopak 22 lata, drugi rok siedzi tu przez 10 miesięcy. Wcześnie zaczęta emigracja zarobkowa. W naszym kraju chyba jednak niewiele się zmienia, skoro ludzie non stop wyjeżdżają za chlebem. Ale nie o tym chciałem pisać. Byliśmy u lekarza, bo chłopak robił sobie na dmuchanej poduszce typu zamek salta, źle wymierzył i łupnął klatą o ziemię. Czekając na wizytę trochu pogadalim i okazało się, że chłopak połamany był nie raz, kiedyś bujając się z bratem na gałęzi urwali ją, brat znalazł się na(d) (wozie) gałęzią, a on pod. Ręka w łubkach. Ciekawiej było, gdy gnał szosą na ścigaczu – koło wpadło do dziury i przy szybkości 160 na godzinę (tak przynajmniej utrzymuje) wykonał salto mortale! i powędrował w gips z połamanymi rękoma, nogami, żebrami i obojczykiem. W sumie szczęściarz. A oprócz tego trenował 10 lat boks tajski, tu o dziwo żadnej kontuzji. Ale zakończył przygodę ze sportem, albowiem no właśnie, zaczyna się życie i trzeba na nie zarobić. Wspomniał też o swoim koledze, który zdobył mistrzostwo Polski, ale też musiał poszukać pracy bo nie znalazł się sponsor , który popchnąłby dalej jego karierę. W zasadzie nic nowego, kolega z zespołu też bawił się w waterpolo na ciekawym poziomie, a poszedł ciskać paczki od 8 do 16 na umowę, znów życie wypięło dupę na sportowe marzenia. Ale akurat naszła mnie refleksja, bo przecież rękę na temblaku noszę, w kulę się zamieniam bez sportu, z zazdrością patrzę na współlokatorów, co to pompki machają o poranku, gdy wracają ze służby nie drużby. I tak mi smutno, bo od grudnia nie ćwiczyłem prawie 3 miesiące, żeby mi się ręka naprawiła, a jak ledwo zacząłem, to zepsułem drugą. I żal mi straconych, bezczynnych tygodni. A nie raz wzdychałem patrząc, jak grając w mecza chłopaki golów jak mrówków strzelają,  jak się boksują, jak do drop shotów dobiegają, jak sporty wszelakie uprawiają z sukcesami, ochiwani i achiwani przez publikę, ciała piękne, spojrzenia dumne, wawrzyn, wawrzyn wszędzie. Bo ja też chciałbym, więc żałowałem, że za młodu nie zacząłem, nie zmuszałem się do katorżniczych treningów, nie poświęciłem młodości na kształtowanie swojego ciała i ducha, a nie tylko ducha. Bo najprościej pozrzędzić, że „gdybym tylko wtedy…”, albo jeszcze lepiej „gdyby rodzice mnie popchnęli…”. Absurd. Zwycięzców nie trzeba popychać, sami się pchają. Więc nie mam duszy zwycięzcy. Ale i tak sobie wzdycham i żałuję. Bo przecież teraz byłbym kimś, bożyszczem zapewne. Dziś jednak uświadomiłem sobie (tak oczywistą rzecz, dopiero dziś), że są też tacy, którzy za młodu zaczęli, do katorżniczych treningów się zmuszali, w końcu młodość poświęcili na kształtowanie siebie, na pogoń za marzeniami. I dziś wiedzą, że pomimo tej ciężkiej pracy, niesłychanego trudu, niezwykłego poświęcenia jednak marzeń nie dogonią. Gorzki poniedziałek. Zagryzę więc czekoladką z brantwajnem. 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.