kolejny wpis zaczynający się od „dziś”

Dziś znów mi się nie chce. Zmienia mi się jak pogodzie, ale z przewagą dęszczu za szybą. Mógłbym poopisywać kilka ciekawych przypadków u pana dochtóra, na przykład faceta, któremu popękały wrzody, więc brał ketonal. Lekarz, gdy doszedł już do siebie po zawale wywołanym tą informacją powiedział mu, że nie może tego brać, bo to zabójstwo dla żołądka i mu bardzo szkodzi, a pan na to, że jak szkodzi, kiedy mu lepiej, bo przez dwie godziny nic nie czuje. Tylko krwią wymiotuje, jak się schyla. Ale nie chce mi się. Książki nie ruszyłem chyba od tygodnia. To akurat mi się chce, ale jakoś nie znalazłem czasu, zapał też niespecjalny. Czyli chce mi się tak trochę. A najbardziej to chce mi się spać. Nigdy nie potrafiłem położyć się po pracy, zawsze miałem coś do załatwienia, nawet jak nic nie miałem, to albo papierosa zapaliłem i coś w necie sprawdziłem, albo po książkę sięgałem, zawsze coś, choć byłem zmęczony, dopiero wieczorem zalegałem. Teraz wchodzę do pokoju, mam pół godzinki przerwy, więc siup na pryczę i delektuję się leżeniem. Z wiekiem odkrywam dobrodziejstwa tej pozycji. Albo i z prawdziwym zmęczeniem, może do tej pory tylko mi się wydawało, albo udawałem.

Tęskni ni się do puszcz zielonych, dzikich, tajemniczych, gór mgłą osnutych, niezdobytych, klifów Moheru, szumu oceanu, north, northwest, the Stones of Faroe. Nie wiem, jak może się tęsknić do miejsc, w których się nie było, ale tak właśnie jest. To miejsce i jego monotonia zaczyna mnie już jekko nudzić, przytłaczać. Co prawda nie mam daleko do natury, gdy nocą wracam z pracy z drugiej bazy spotykam sarny, zające, jeże, myszy, niedźwiedzie, hipopotamy i pterodaktyle. Ale jestem zwykle zmęczony, więc  jadę dalej, nie zatrzymuję się na kawę i ptysia, raz tylko zapatrzyłem się na księżyc, co w pełnej krasie błyszczał mi zmysłowo. A gdy kończę wcześniej pracę, to nie mam samochodu i nie mogę pojechać na bezludzie powbijać w ziemię patyk. A tak dzień w dzień te same budynki, hale, twarze, mortadele. Gdyby nie moje postanowienie i świadomość, że okoliczności są idealne do skończenia książki, pewnie bym już zaczął nadgniwać (o dziwo takie słowo ponoć  jednak istnieje) wewnętrznie. Pora się zmusić do zmuszenia się. Konstruktywność boli. Loreena pieści moje uszy melancholijnie. Chciałbym, aby ta książka spodobała się choć jednej osobie, żeby powiedziała „świetnie, że ją napisałeś, warto ją przeczytać”. Wtedy pomyślałbym sobie „warto było ją napisać”. Takie takie nonsensy. Wrócił Rumun-szef i bizmesy kręci na cały regulator. Skupie-nie.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.