Cyrk

Skąd przychodzicie, dokąd zmierzacie,

Życia szarego barwne postacie?

Szukacie wiecznie, nie wiedząc sami,

Wiedzie do celu trakt pod stopami?

Po drodze jarmark, kolejny spektakl.

Może do nieba, może do piekła

Prowadzi wasza sztuka cyrkowa.

Ciągle to samo, ciągle od nowa.

Kurtyna, werbel i chwila ciszy…

I niech się dzieje, niech świat usłyszy!

 

Pod tobą przepaść, mój linoskoczku.

Idziesz niepewnie, kroczek po kroczku.

Utkwione w tobie widzów spojrzenia.

Przejdziesz czy spadniesz – to bez znaczenia.

Oni chcą igrzysk, po to tu przyszli.

Więc balansujesz, dla ich rozrywki.

 

Nos masz czerwony, twarz całą w farbie.

Za nią się kryjesz, bo jesteś klaunem.

Trzeźwo nie patrzysz, wszystko jest farsą.

Nie zmienisz tego, choć pragniesz bardzo.

Chcą tu komedii, a ty nią jesteś,

Więc musisz śmiać się, ku ich uciesze.

 

Skoncentrowany, stoisz na scenie.

Czary i sztuczki twym przeznaczeniem.

Jesteś kuglarzem, zatem żonglujesz

Wszystkim możliwym. Radością. Bólem.

Wciąż oszukujesz i igrasz z ogniem.

Ten ogień prawdę o tobie połknie.

 

Razem ten dziwny teatr tworzycie.

Niby trzy różne, a jedno życie.

Nikt was nie zmusza, chcecie go sami,

By swoje serca sycić brawami.

Czy po to tylko to widowisko?

Sprzedawać siebie, by być artystą?

Nie. To proste tak, jak wiersz ten cały.

Chodzi o więcej niż moment chwały.

Ludzie próbują, wielcy i mali,

Od zapomnienia siebie ocalić.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.