Wiersz dla potomnych

Kolejny wiersz napisać skłonnym,
tak „ku pamięci” i dla potomnych,
by po wsze czasy mnie wielbili!
Więc nie zwlekając ani chwili
ołówek łapię i już gotowym
na papier przelać myśli z głowy.
Ale gdzie pomysł? Zero. Nic.
Więc szybko w buty hop! i hyc!
Na miasto weny szukać idę.
Lecz gdy się klepie liryczną bidę
do głowy łatwo nic nie wskoczy.
Może opiszę, co widzą oczy,
gdy po bruku wąziutkich uliczek
spaceruję wśród starych kamieniczek:
W nich się mieszczą małe sklepiki,
na wystawach których antyki
z nowymi rzeczami się gromadzą.
E, za takie rymy to nie dadzą
mi nawet miana wierszoklety.
Ach, ciężkie życie, no niestety.
Bo choć już coraz później w nocy,
to pracy ciągle brak owoców.
A gdyby tak coś sprawdzonego?
Coś od poety uznanego?
Nie żaden plagiat! Ja legalnie,
inaczej, nowo, oryginalnie!
I tylko pomysł, motyw krótki…
Oj, nie obędzie się bez wódki.
I nagle wiem: toć Mistrz Konstanty
temat mi wiersza da galanty!
Napiszę, że choć dzisiaj brak dorożek,

to ciągle w podróży poeta być może.
Lub że latarnie elektryczne
mogą być równie romantyczne.
Albo że srebrny blask księżyca
z Armstronga stopą też zachwyca.
Wtem: Gałczyński z nieba dzwoni:
-Gdybym żył, to bym zabronił
korzystać z mych patentów!
-Konstaś, nie siej zamętu,
o księżycu możesz nie ty jeden,
poza tym, gdzie mi do ciebie
z finezją, rymem i dowcipem.
-To fakt, me wiersze znakomite,
a twoje trochę, hm, nie ten tego.
Ale się nie łam mój kolego.
Cóż, niektórzy mają talent,
a inni nie. Lecz jeśli wytrwale
do celu swego ciągle dążą
i w smutku się nie pogrążą,
bo „lipa, panie, wiersz nie wyszedł”
to w końcu laur i milion szyszek
i droga otwarta do poetyckich przestworzy!
I skończywszy orację Mistrz słuchawkę odłożył.
Więc się krytyką wcale nie łamię,
tylko dalej papier wersami plamię.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.