Wiekopomne dzieło cz. III

Autor zdał sobie właśnie sprawę, że pisze takie bzdury, że chyba by się nie szanował, gdyby to kontynuował. Młody dzieciak czytujący traktaty filozoficzne i książki naukowe? I o czym, może o fizyce kwantowej jeszcze? Czytelnik został wystawiony na ciężką próbę, czytając te pierdy, autor chyba zwątpił w jego intelekt, zdolność wyciągania wniosków i kojarzenia faktów. Nie mówiąc już o tym, co jeszcze nie zostało napisane, a byłoby skandalem niesłychanym, teorią naciągniętą bardziej niż guma w małych majtkach na tyłku grubasa. Trochę powagi, naprawdę, bo z torbami raczej ktoś tu pójdzie, a nie grube pieniądze zarobi, o pomniku trwalszym niźli spiż już nie mówiąc. No no, spokojne, zaraz coś się elegancko wykreuje. Tak jak wcześniej obwieszczone, autor dopiero zdobywa doświadczenie i nie od razu Rzym zbudowano, prawda, więc cierpliwości, jakoś się ułoży. Po prostu za dużo pomysłów buszuje w głowie autora, a każdy z nich uważa się za najlepszy i pcha się na papier, nie biorąc w ogóle pod uwagę, że taki egoizm i egocentryzm źle wpływa na logikę książki, a z jej twórcy, aspirującego do miana świetnego pisarza, robi marnego prozokletę. Tak więc autor raz jeszcze przedstawi kilka faktów z życia Bożydara, a tych wcześniejszych nie usuwa, lecz zostawia ku przestrodze. A jak komuś się przez przypadek mimo wszystko spodobało, to niech to potraktuje jako alternatywną wersję bez zakończenia, i tyle.

Bożydar był duszą nad wyraz niespokojną. Będąc dzieckiem wszędzie go było pełno, uwielbiał zabawy, wygłupy, śmiał się, hałasował i wszystko psuł. Słowem, robił to, za co dorośli kochają dzieci. Ot, normalny, dobrze zapowiadający się chłopczyk. To, co go wyróżniało, to pasja do książek (zwłaszcza przygodowych), której nie wykazywali inni chłopcy w jego wieku. Gdy z dziecka stał się młodzieńcem, nadal uwielbiał zabawy i wygłupy, ciągle się śmiał i wciąż wszystko psuł, co teraz jednak nie spotykało się z taką aprobatą dorosłych, jak kiedy był dzieckiem. „Nie samą zabawą człowiek żyje” powtarzała jego matka, dając mu do zrozumienia, że powinien już trochę dorosnąć, na co Bożydar odpowiadał radośnie „a powinien”, dając jej do zrozumienia, że wcale nie chce. Ale nie chcieć to on sobie mógł, wiadomo, jak działa świat, kiedy jest się zależnym od kogoś – wyboru dużego się nie ma, trzeba być posłusznym. Chłopak starał się wiec być trochę doroślejszym, kochał też matkę bardzo i nie chciał jej robić przykrości, dlatego też poszedł na studia prawnicze, jak na poważnego, a nie dziecinnego młodego człowieka przystało – studia dają przecież prestiż i łatwiej po nich o pracę. Ciągle jednak uwielbiał czytać przygodowe książki, a ich lektura przenosiła go do innego świata, w którym zapominał o troskach dnia codziennego i innych męczących go rzeczach. Zawsze potem powtarzał, w końcu zacznie żyć po swojemu, realizując cele postawione sobie w młodości (tej bardzo młodej młodości, bo przecież Bożydar mówiąc to miał kilkanaście lat, nie był aż taki stary), nie będzie dopasowywał się wiecznie do innych. Bunt jednak nigdy nie przybrał fazy ostrzejszej od kilku słów wyburczanych pod nosem, pozostawał raczej uśpiony, pamiętajmy, nie chciał smucić matki. Aż pewnego dnia, kiedy po zdaniu ostatnich egzaminów na studiach dowiedział się, że matka załatwiła mu posadę pomocnika w kancelarii, Bożydar uznał, że nadszedł idealny czas na rewoltę. Miał już dość robienia wszystkiego tak, jak życzą sobie inni, a na przekór sobie. Wiedział, że jeśli nie przeciwstawi się teraz, to nie zrobi tego nigdy. Najgorsza jednak była obawa, że świat przygód poznany w książkach pozostanie tylko w jego wyobraźni i nie zasmakuje go, nie poczuje naprawdę. Oznajmił więc, że dopóki jest młody, chce nacieszyć się życiem, a nie grzebać żywcem w zamkniętym budynku z wrakami ludzi zaglądającymi do książek nie dla przyjemności, ale w celu znalezienia odpowiedniego kodeksu. „Na to będę miał jeszcze czas, tymczasem świat na mnie czeka”. Matka jak to matka, martwiła się o syna, ale uszanowała jego wybór. I tak Bożydar zaczął odmieniać swoje życie po dwudziestu latach z hakiem spędzonych w rodzinnym domu. Wyruszył ku przygodzie, jak to się mówi.

Czasy wtedy były ciężkie. Właściwie to czasy zawsze są ciężkie, każdy to wie, a tym bardziej czuje na własnej skórze, ale mimo wszystko warto czasem o tym przypomnieć. Bożydar oczywiście wiedział o tym też, łebski był z niego chłopak (nadal jest, o ile w międzyczasie nie poległ), toteż za pieniądze otrzymane od matki na łatwiejszy początek wyprawy po szczęście zakupił miecz i skórzany kubrak. Pieniędzy tych nie było zbyt dużo, dlatego i nabytek nie prezentował się zbyt okazale, dla chłopca jednak był to oręż i zbroja godne najznakomitszych rycerzy. Z takim wyposażeniem i ze znajomością sztuki fechtunku (chłopięce bijatyki na patyki, a swego czasu stary wiarus Corso mieszkający nieopodal rodzinnego domu Bożydara dał mu kilka lekcji, pokazał parę sztuczek) nasz śmiałek był gotów podbić świat, przynajmniej okolicę. Młodzieńcza euforia, wiadomo. Wszystko wskazywało na to, że chłopak dostanie po łbie za rogiem i ogolą go z tych kilku groszy, które jeszcze mu się ostały, w najlepszym przypadku obity wróci do domu, a w najgorszym, ha, sprawa oczywista. Jak się jednak okazało, Bożydar miał więcej szczęścia niż rozumu, ba, miał tyle szczęścia, że mógłby z powodzeniem grać w totka i trafiać permanentnie same szóstki. Ale nie znano tam totka, więc fart był wykorzystywany inaczej. Wychodząc obronną ręką z wielu przygód, znalazłszy się w których normalny człowiek sam by się zabił, nie znajdując lepszego rozwiązania, młody Bożydar zdobywał doświadczenie w dziedzinie walki, cwaniactwa, czerpania korzyści z przeróżnych sytuacji, słowem, we wszystkim, co ułatwiało przeżycie. Nigdy jednak nie posuwał się do krzywdzenia ludzi niewinnych, aby coś zyskać, miał – to oczywiste – dobre serce, bo został wychowany na człowieka uczciwego, jakże by inaczej. Warto jeszcze tylko dodać, że Bożydarowi, jak to zwykle u niedorostków, którzy liznęli trochę życia, nawet przez myśl nie przeszło, żeby swe sukcesy przypisać opisanemu wcześniej szczęściu, tylko umiejętnościom i zaradności. Cóż, może to i lepiej, że chłopak w siebie wierzył, wątpliwości mogą czasem złamać i najtwardszego człowieka, a takim przecież Bożydar nie był. Tak czy siak, przygód miał sporo, autor nie będzie tu ich opisywał, może kiedyś, jak czytelnicy zapragną je poznać, a coś sensownego się wyklaruje, najważniejsze, że chłopak był szczęśliwy przemierzając ten padół ziemski i niosąc pomoc uciśnionym bla bla. Banał powiecie, spodziewaliście się czegoś niesamowitego? To obejrzyjcie sobie „Nie do wiary” albo przeczytajcie „Życie na gorąco”, tam znajdziecie niesamowite niesamowitości. Autor sam nie jest do końca zadowolony ze wszystkich popełnianych wersów, ale przynajmniej jest do rzeczy, w miarę się wszystko zazębia, do teorii za bardzo się nie można przyczepić, a o to też autorowi chodzi. A jak po raz kolejny powtarza, styl potrzebuje czasu, żeby się rozwinąć i udoskonalić, na niespodzianki, które wprawią w zdumienie czytelnika (i niewykluczone, że samego autora również) też przyjdzie jeszcze czas, więc niechże czytelnik okaże trochę cierpliwości, naprawdę, każdy by chciał od razu dzieła na miarę literackiego Nobla…

Dotarł wreszcie nasz bohater do pewnego dziwnego miejsca, co się zwało Cichogród… Po krótkim namyśle autor doszedł do wniosku, że miejsce wcale nie nazywało się Cichogród, bo to bardzo pretensjonalna nazwa, i przemianował je na, dajmy na to, Kleindorf, hehe. Nie, nazywało się Zagrzybice. Ponoć grzyby tam w wielkiej obfitości rosły, ale kto to wie na pewno. Tak czy siak, chłopak jest już na miejscu i oto czego się dowiaduje od miejscowych. Nieopodal wioski wznosi się otoczona gęstym lasem góra, a na niej stoi zamek. Ponure to zamczysko, tonie w wiecznie ciemnych chmurach, a to dlatego, że w nim ponury mieszka człowiek. A może i nie człowiek? Złym czarnoksiężnikiem Michałem się nazywa, strach wśród mieszkańców Zagrzybic sieje i nie tylko, wszak inne wioski też znajdują się w okolicy. Oprócz strachu budzi też zły czarnoksiężnik Michał inne emocje, a najczęstsze z nich to straszne nerwy, bo haracz trzeba mu płacić, i to niemały, więc się ludziska irytują. Jednym słowem kiepsko, sąsiad upierdliwy i fajnie by było, gdyby coś się zmieniło. Tylko nie bardzo wiadomo jak to zrobić. Ale my już, moi mili państwo, oczywiście wiemy, jak. Tutaj Bożydar widzi szansę na potwierdzenie swej męskości, siły, sprawności, odwagi no i całej reszty cech z listy superherosa. Zasięga nasz młodzian, jak to się mówi, języka i dowiaduje się, że zły Michał sam jeden w swojej willi na górce mieszka. Sam jeden? Bez obstawy stu najemnych zbirów? Pewnie pieniędzy z haraczu mu na to żal, skąpiec, a przecie uczciwie nie zarobił, to co mu szkoda. Ale, co tu gadać, do pracy trza się brać. Przekonany o tym, że jest prawie bogiem, wszak nie pokonał go do tej pory nikt, Bożydar postanawia rozprawić się z szwarccharakterem, zdobyć uznanie i szacunek mężczyzn, serca kobiet oraz pieniądze Michała z jego skarbca. Co? Byli już jacyś śmiałkowie, ale słuch o nich zaginął? No to ja będę pierwszym, o którym nie zaginie. Szczęście mi sprzyja, młody jestem (ale z dużym doświadczeniem, z niejednego pieca wszak chleb jadłem), no i oczywiście jestem świetnym wojownikiem. Tak to sobie wszystko elegancko potłumaczył i wytłumaczył nasz bohater, a my przez wyrozumiałość nie będziemy tego komentować, bo i po co? Przez głowę chłopaka nawet nie przeszła myśl, że coś tu musi nie grać, porażka nie była wkalkulowana w eskapadę. Dziwne się w zamku rzeczy dzieją, ludzie bez wieści znikają, w nocy odgłosy takie stamtąd dochodzą, że aż włosy dęba stają? Czary mary, strachy na lachy, nie boję się niczego, zwycięstwo to moje drugie imię. No i ruszył Bożydar na złe moce. Dotarłszy do podnóża góry i skonfrontowawszy swe waleczne serce z mrokiem lasu, do którego miał wkroczyć, zaszczęknęło mu się trochę zębami, ale że nikt tego nie widział (a czytelnik fakt ten ze zrozumiałych względów zachowa dla siebie), to nie ma co z tego problemu robić, wziął się w idiomatyczną garść i ruszył dalej. Wiemy już o jako takim doświadczeniu chłopaka, nie zdziwi więc nas, że aspirujący na herosa, kiedy wychynął z lasu i rozejrzał się, jak się sprawy mają, nie poleciał wymachując mieczem na wszystkie strony i nie pruł się straszliwie (jak czynią niektórzy, chcąc zapewne dodać sobie odwagi), tylko spokojnie, ostrożnie i po cichu przemknął do wrót zamku. Te były zamknięte, ale bez problemu dało się je uchylić i wśliznąć do środka. Nie zabrakło przy tym klasycznego złowróżbnego skrzypnięcia, ale tak jak ludzie w wiosce mówili, żadnej straży, służby, przysłowiowe ani widu ani słychu, nikt więc nie pojawił się, gdy Bożydar przekradał się wzdłuż ścian pokrytych zmurszałymi gobelinami. Gdy zaglądał do pustych komnat, nikt nie przeszkodził mu, wznosząc okrzyk: „obcy, obcy”, „alarm, intruzi, do broni” czy zwykłe „czego tu szukasz gnojku?”. Nikt nie natknął się na niego, gdy wspinał się po krętych schodach na szczyt wieży, która, jak zwykle w takich opowieściach, jest siedzibą złego maga (ale dobrzy też miewają tam swoje lokale, wieże nie są domeną tylko złych czarodziejów). Tak było i tym razem, przecież nie wyłamie się autor ze schematu tak od razu, zwłaszcza, że ten schemat bardzo mu odpowiada, bo nie wyobraża sobie autor, żeby taki mag miał mieszkać w jakieś chatce na moczarach, trzeba wszak pewien status mieć. Więc jak już powiedziane, tak było i tym razem, zły mag Michał mieszkał na ostatniej kondygnacji wieży ponurego zamczyska. Siedział sobie na fotelu przypominającym tron (co było do przewidzenia) i uśmiechał się szyderczo (co też było do przewidzenia). W dłoni dzierżył kostur, na końcu którego zatknięty był kryształ.

- Ach ach, kolejny poszukiwacz przygód, no proszę. Tak dawno żaden z was mnie nie odwiedzał, że już myślałem, że o mnie zapomnieliście. A może po prostu baliście się tu przyjść? Hhahahah – zaśmiał się, a w jego śmiechu można było wyczuć nutkę teatralności.

Bożydar uniósł brwi i wykrzywił usta.

- Tak długo tu siedzisz sam, to mógłbyś sobie lepszą kwestię przygotować, ta jest kiepska. Tak jak twoje poczucie humoru. I nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale jestem tutaj sam, więc nie mów do mnie w liczbie mnogiej.

- O, zadziorny chłopak. Kilku już takich było. I wszyscy tak samo skończyli – powiedział czarnoksiężnik i znów się zaśmiał, i znów można było wyczuć teatralność.

- Nudzisz, czarowniku – nasz bohater wzruszył ramionami – Mówisz, ktoś przede mną miał pecha? Trudno się mówi. Ja przyszedłem po to, żeby móc wrócić w chwale. Myślisz, że nie ma na ciebie mocnych? Zaskoczę cię. Ale zanim pożegnasz ten świat, powiesz mi, gdzie ukryłeś swój skarb, bo nie chce mi się go potem szukać, czarowniku – dokończył i założył rękę na rękę (zapewne, żeby dodać sobie powagi i pokazać, że się nic nie boi, choć jest to, trzeba być szczerym, kłamstwo na potęgę. Ale nadrabia chłopak miną, i to też się liczy).

Zły mag Michał zmrużył niesympatycznie oczy, po czym rozciągnął usta w złośliwym uśmiechu.

- Nie zabiję cię od razu – pokręcił głową – Nie, najpierw się z tobą pobawię. A jak już skończę zabawę, to będziesz błagał, żebym cię zabił. I dopiero wtedy zacznę zadawać ci ból – piorun wystrzelił w kierunku Bożydara, który odskoczył w bok. Pocisk jednak mocno chybił celu, widać było, że czarnoksiężnik nie chciał trafić.

- Wreszcie coś konkretnego, bo od tych przechwałek słownych mdło się robiło – krzyknął chłopak, po czym natarł mieczem na Michała. Jednak gdy ostrze miało wbić się w ciało rywala, ten błyskawicznym ruchem zasłonił się swym kosturem, a ten zadźwięczał metalicznie. Bożydar poczuł ból w dłoni, która trzymała miecz, a całe ciało przeszedł zimny dreszcz. Uchylił się o włos od kontrataku michałowego kostura i odskoczył pod ścianę.

- Dziwne to drewno – skomentował, rozcierając zdrętwiałą dłoń – Z jakiegoś drzewa, które rośnie w twoim przyzamkowym ogrodzie?

- Zobaczysz i poczujesz jeszcze kilka dziwnych rzeczy, zanim umrzesz – paskudny uśmiech nie znikał z ust czarnoksiężnika – Nie wiesz, na co się porwałeś. Lepiej by było dla ciebie, żebyś przekuł sam siebie tą swoją śmieszną zabaweczką.

Zły mag Michał z rozbawieniem przyglądał się, jak Bożydar stara się unikać jego magicznych pocisków. Jeden z nich trafił w miecz, tak, że chłopak go upuścił, lecz chwilę później trzymał go znów w ręku. Drugi trafił go w bok, ale że był słaby (Michał nie chciał go przecież zabijać od razu), rzucił nim tylko o ścianę. Nasz bohater zaczął już odczuwać zmęczenie walką, a przecież nawet nie trafił jeszcze złego Michała, nie mówiąc o jego zranieniu. Sam zaś był już bardzo obolały, tamto lądowanie na ścianie kosztowało go trochę zdrowia. Podróżując tak skokami po komnacie natrafił na krzesło, jeden z nielicznych elementów umeblowania. Chwycił je zgrabnym ruchem i z niesamowitą wręcz precyzją i siłą cisnął nim w złego maga. Ten jednak odbił je, gdy było już tuż przed jego nosem, jednym ruchem ręki i zaczął się śmiać (no i wreszcie był to śmiech naturalny)

- Jesteś niepoprawny. Ale dobrze, mam przez to więcej uciechy. Wielu śmiałków próbowało ze mną walczyć. Niektórzy byli naprawdę nieźli, ale tych zabijałem szybko. Sam rozumiesz, na wszelki wypadek, po co kusić licho – znów zaśmiał się, a jego oczy podziwiały przez moment sufit – Ale ty, chłoptysiu, oprócz zwinnego języka i ciała nie posiadasz nic, co mogłoby mi zagrozić. Dlatego – kula ognia poszybowała w stronę Bożydara – z nudów jeszcze trochę cię pomęczę, zanim w końcu zabiję.

- Palant – westchnął nasz młody bohater i ukrył się za filarem, których jako jedynych było w sali pod dostatkiem. Dyszał już ciężko, a nie miał pojęcia, co ma dalej począć z tym fantem. Nagle ujrzał po drugiej stronie komnaty dużą tarczę przytwierdzoną do ściany. Może uda mi się nią osłonić i dotrę do tego bubka, pomyślał. Nie zastanawiając się długo ruszył pędem wzdłuż sali, ukrywając się za filarami i meandrując wśród czarów maga Michała, który ujrzał cel chłopaka i znów zaniósł się śmiechem.

- I do czegóż to jej niby chcesz użyć? Chyba, żeby, jak to się mówi, wrócić nie z tarczą, a na niej, muahahaha. Cóż, już późno, ściemnia się, pozwól więc, że oświetlę ci tę drogę powrotną – kula ognia wyfrunęła z dłoni złego czarownika, przeleciała przez komnatę i trafiła w środek tarczy, którą Bożydar właśnie oderwał od ściany i ujął w rękę, zapalając ją. Zrozpaczonemu chłopakowi zaświtał nagle pomysł. Nie był zły, ale do jego realizacji potrzeba było niewyobrażalnej wręcz ilości szczęścia. No, ale tak się akurat składa, że nasz młody heros taką właśnie ilość posiada, a nawet i trochę więcej, więc na co czekać? Chłopak zbliżył się do Michała, pokonując znaczny dystans ich dzielący zygzakiem, zamachnął się i wypuścił z dłoni płonącą tarczę. Ta wirując pomknęła w stronę głowy złego czarnoksiężnika Michała, który ciągle zanosząc się śmiechem odbił ją, tak jak wcześniej odbił krzesło. I tu pojawia się haczyk przedsięwzięcia, gdyż w sekundę po wyrzuceniu w kierunku Michała tarczy, Bożydar wyekspediował tą samą drogą swój miecz. Płonąca tarcza zasłoniła drugi pocisk, a gdy zły czarnoksiężnik ze zdumieniem go odkrył i zorientował się, że padł ofiarą podstępu, na adekwatną do sytuacji reakcję było już za późno. Furkoczący miecz zaskoczył go, gdy miał rozpostarte ręce, a ostrze elegancko oddzieliło głowę od korpusu. Cóż za niesłychany fart, powiecie, przypadek jeden na milion? Owszem, ale Bożydar, jak już wcześniej autor napomknął, miał taką przypadłość, że właśnie ten jeden na milion przytrafiał się właśnie jemu, a nie komuś innemu. 

<c.d.n.>

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.