znów

Wydaje mi się, że to całkiem naturalne, kiedy kobiety nie mają problemu z łączeniem się ze starszymi mężczyznami, czasem dużo starszymi. W odwrotną stronę to już nie takie oczywiste, mężczyzna ze starszą kobietą to zdecydowanie rzadszy widok. Nie mam na myśli relacji sponsor – utrzymanek, tylko uczucie.

W pewnym filmie pokazano natomiast taką oto, nietypową relację. Facet, trzydziestkę ma już chyba za sobą, po latach przyjeżdża do rodzinnego miasteczka na jakiś zlot absolwentów? Nieistotne. Spotyka duchy przeszłości, stare miłości, konfrontuje się z nimi. W domu obok jego rodzinnego mieszka młoda dziewczyna, dziewczynka, może trzynaście, może czternaście lat, nie ma więc mowy o podtekście erotycznym, to jeszcze w zasadzie dziecko. I pomimo różnicy wieku, pomimo tego, że widzą się krótko, parę razy spotykają się w ogrodzie, gdzie on wychodzi na papierosa, a ona, żeby postać po prostu na dworze, rodzi się między nimi coś specjalnego. Jakieś nienazwane uczucie, ufają sobie i zwierzają się ze swoich problemów, chociaż są sobie obcy. Rozmowy są zdawkowe, ale czuć głębię tej relacji, jakby przypadkowo trafili na bliską osobę. W końcu on wyjeżdża ze swoją starą miłością, z którą chce spróbować na nowo. Ale kiedy żegna się ze swoją małą przyjaciółką, znów podczas zdawkowej rozmowy w ogródku z tyłu domu, nie potrzeba słów, żeby wiedzieć, że ona jest w nim zakochana. A on żałuje, że ona jest tak młoda, bo najprawdopodobniej byłaby kobietą  jego marzeń, kobietą z jego snów.

I ja kiedyś właśnie coś takiego przeżyłem. Na jakiejś zielonej szkole pokazywałem dzieciakom, czym jest frisbee. Ona była zaczepna, wyszczekana i robiła dużo hałasu, była dzieckiem i jak dziecko próbowała zwrócić moją uwagę. Ale było w niej coś, co sprawiało, że wyróżniała się spośród swoich rówieśników, że była wyjątkowa. Że pomimo wieku doceniłem jej urok, inteligencję, a nawet urodę. I kiedy szła za mną do samochodu, ciągle mnie zaczepiając, pomyślałem, jaka szkoda, że jest taka młoda, kiedyś będzie fantastyczną dziewczyną. A gdy odjeżdżałem, w jej oczach widziałem ten sam smutek, jaki miała dziewczyna z filmu. I też przez moment poczułem żal, bo być może byłaby to kobieta moich marzeń, kobieta z moich snów.

I wiele lat później, leżąc w świetle księżyca na plaży w Czarnogórze, pijany, spalony, lunatyczny, słuchając, jak woda ześlizguje się po kamieniach, pomyślałem o niej. Gdzie jest, co robi, jak jej się wiedzie. I miałem rację wtedy, że kiedyś będzie kobietą moich marzeń, kobietą z moich snów.

just in time for an ale

Minęło sześć tygodni, od kiedy jestem tutaj, tego samego dnia naderwałem więzadło. Dziś ręka nadal mnie boli, obojczyk wystaje, a ja ważę chyba już przeszło dziewięć dych, nie wiem dokładnie, czuję się na sto dwadzieścia. Wczoraj pokazano mi moje zdjęcie sprzed dwóch tygodni, mam na nim taką michę, że aż mi żal, cycki wiszą, brzuch wchodzi pierwszy, a za nim niepostrzeżenie ja. Zatem dziś jest jeszcze obficiej, jak mniemam, bo odbicie lustrzane jest złudne – kiedy ciągle się oglądamy, nie widzimy drobnych zmian. Drobnych, jakże nietrafny przymiotnik! Na szczycie wieżowca, łopocąc peleryną na wietrze zmian, stoi człowiek – pulpet, najlepszy z sosem grzybowym. Do tego rzężę jak silnik syreny, wczorajszej nocy nikt chyba w moim skrzydle nie spał, bo koncertowałem w najlepsze. I leje w stosunku jeden do sześciu, czyli jeden promień słońca, sześć wiader słoty. Także tego ten, nie poćwiczę, bo ręka, nie pobiegam, bo kaszel i deszcz, nie poopalam się, bo znów deszcz, słońce nie zachowało się nawet w tutejszych annałach, ludzie traktują je jak mit. Bożydar miał imieniny w piątek, dla uczczenia tej okazji napisałem jedno zdanie. Na razie poprawiłem sto stron, pozostało jeszcze sto pięćdziesiąt, oprócz samego poprawiania będę musiał jeszcze coś do tego dopisać, czasu coraz mniej, jak żyć? Jest poniedziałek, idealny dzień na marudzenie.

Każdy ma swoje zmartwienia i smutki, Konczita Wurst chce być akceptowana jako kobieta z brodą, ja chcę mieć sylwetkę lekkoatlety bez ćwiczeń. Na nieszczęście dla Konczity prościej chyba będzie osiągnąć to drugie. Świat stara się jak może, aby wszystko postawić na głowie, nawet to, co już na niej stoi. Donatan z Cleo zostali odrzuceni przez żyri, bo byli w jego mniemaniu zbyt seksistowscy . Konczita natomiast była sobą. Nigdy nie wpadłbym na to, że problem może być nie z nieakceptowaniem transseksualisty, tylko właśnie z akceptowaniem jego, a epatujących swoimi ciałami kobiet nie. Gdzieś to wszystko pogubiło się w sobie samym. Ze skrajności w skrajność. Mam wrażenie, że Wurst wygrała Eurowizję dlatego, ponieważ chciano pokazać, jak otwarta jest Europa, a nie dlatego, że świetnie babka zaśpiewała. Dlaczego każdy nie może być sobą po prostu, bez chęci wykrzyczenia swojej inności lub bez bycia atakowanym ze względu na nią? Jedni bulwersują się, że upadek cywilizacji, bo cycki przegrywają z brodą u kobiety. Drudzy są zniesmaczeni, bo kobiety są kobietami i emanują kobiecością, a to już krok do cielesności, więc tak jakby zezwierzęcenia, gdzie uczucia i dusza, zdają się zapytywać. Mimo wszystko chyba mamy problem z tolerancją, bo tak jak w tym przypadku coś każe mi sądzić, że ta wspomniana wyżej jest w dużej mierze na pokaz. Z drugiej strony ci nietolerowani, przez lata tłamszeni, teraz próbują tak jakby odbić sobie wszystkie te upokorzenia. Niczym feministki, które z walki o równouprawnienie zrobiły karykaturę, żądając eksterminacji mężczyzn (taka hiperbola). Warczymy na siebie i szczerzymy kły, bo wydaje się nam, że ktoś chce zabrać to nasze, narzucić swoje, którego my nie chcemy. Nie zauważamy, że prezentujemy taką samą postawę, chcąc, aby nasze było jedyne słuszne. Jestem zmęczony, posiedziałbym w karczmie i posłuchałbym minstrela. 

kolejny wpis zaczynający się od „dziś”

Dziś znów mi się nie chce. Zmienia mi się jak pogodzie, ale z przewagą dęszczu za szybą. Mógłbym poopisywać kilka ciekawych przypadków u pana dochtóra, na przykład faceta, któremu popękały wrzody, więc brał ketonal. Lekarz, gdy doszedł już do siebie po zawale wywołanym tą informacją powiedział mu, że nie może tego brać, bo to zabójstwo dla żołądka i mu bardzo szkodzi, a pan na to, że jak szkodzi, kiedy mu lepiej, bo przez dwie godziny nic nie czuje. Tylko krwią wymiotuje, jak się schyla. Ale nie chce mi się. Książki nie ruszyłem chyba od tygodnia. To akurat mi się chce, ale jakoś nie znalazłem czasu, zapał też niespecjalny. Czyli chce mi się tak trochę. A najbardziej to chce mi się spać. Nigdy nie potrafiłem położyć się po pracy, zawsze miałem coś do załatwienia, nawet jak nic nie miałem, to albo papierosa zapaliłem i coś w necie sprawdziłem, albo po książkę sięgałem, zawsze coś, choć byłem zmęczony, dopiero wieczorem zalegałem. Teraz wchodzę do pokoju, mam pół godzinki przerwy, więc siup na pryczę i delektuję się leżeniem. Z wiekiem odkrywam dobrodziejstwa tej pozycji. Albo i z prawdziwym zmęczeniem, może do tej pory tylko mi się wydawało, albo udawałem.

Tęskni ni się do puszcz zielonych, dzikich, tajemniczych, gór mgłą osnutych, niezdobytych, klifów Moheru, szumu oceanu, north, northwest, the Stones of Faroe. Nie wiem, jak może się tęsknić do miejsc, w których się nie było, ale tak właśnie jest. To miejsce i jego monotonia zaczyna mnie już jekko nudzić, przytłaczać. Co prawda nie mam daleko do natury, gdy nocą wracam z pracy z drugiej bazy spotykam sarny, zające, jeże, myszy, niedźwiedzie, hipopotamy i pterodaktyle. Ale jestem zwykle zmęczony, więc  jadę dalej, nie zatrzymuję się na kawę i ptysia, raz tylko zapatrzyłem się na księżyc, co w pełnej krasie błyszczał mi zmysłowo. A gdy kończę wcześniej pracę, to nie mam samochodu i nie mogę pojechać na bezludzie powbijać w ziemię patyk. A tak dzień w dzień te same budynki, hale, twarze, mortadele. Gdyby nie moje postanowienie i świadomość, że okoliczności są idealne do skończenia książki, pewnie bym już zaczął nadgniwać (o dziwo takie słowo ponoć  jednak istnieje) wewnętrznie. Pora się zmusić do zmuszenia się. Konstruktywność boli. Loreena pieści moje uszy melancholijnie. Chciałbym, aby ta książka spodobała się choć jednej osobie, żeby powiedziała „świetnie, że ją napisałeś, warto ją przeczytać”. Wtedy pomyślałbym sobie „warto było ją napisać”. Takie takie nonsensy. Wrócił Rumun-szef i bizmesy kręci na cały regulator. Skupie-nie.

das ist sehr spargel

Dzisiaj nie ma we mnie niechęci, wprost przeciwnie. Z przyjemnością bym coś napisał, ale ciekawego (zakładając, że potrafię pisać ciekawe rzeczy). Z racji identyczności dni i co z tym się wiąże ich powtarzalności nic ciekawego do napisania nie mam. Minął długi weekend, dwa jakże istotne dla nas Polaków święta, bez nich kalendarz urlopowy byłby wręcz pusty. Święto Pracy uczciłem pracując, Konstytucję takoż. Trochę się rozchorowałem (staram się urozmaicać sobie pobyt), zabrałem się za kolejną książkę, po lekturze Scotta Linch’a przyszedł czas na Myśliwskiego. Czytam oszczędnie, bo zostały mi dwa miesiące i oprócz pana Wiesława tylko dwóch cieniutkich Zafonów leży na walizkowej półce. Ponieważ jednak mój plan poprawienia własnego pisania realizuję powoli, im bliżej końca czerwca, tym pewnie więcej czasu będę poświęcał na te swoje bazgroły, także może nie będę cierpiał na brak beletrystyki. Ewentualnie nabędę Blaszany Bębębęnek, akurat mija ileś tam lat od czasu, kiedy studiowałem, dobry moment na przeczytanie noblisty, przecież kiedyś będę jak on wśród laureatów. Hu hu. (w poprzednich dwóch zdaniach użyłem cztery razy „będę”. Nie godzi się dopiero co wzmiankowanej aspiracji do nagrody wręczanej przez Szwedzką Akademię z tak potworną grafomanią razem zestawiać, ale zostawiam, ku przestrodze). Trochę nad tym myślałem, bo choć nie ma nawet czego porównywać, to jednak porównując nie piszę o rzeczach ważnych, które skłaniają do pochylenia się nad życiem, jak Myśliwski czy Grass, nijak więc sięgać po nagrody i uznanie krytyków. O rzeczach ciekawych też nie piszę, bo akcji żadnej u mnie nie ma, więc nie zainteresuję również poszukiwaczy literatury rozrywkowej, relaksującej, którą czyta się jednym tchem, żeby następnego dnia już o niej zapomnieć i sięgnąć po kolejną przygodę. Ciekawe, że zostawiłem to zdanie na parę godzin i teraz już nie pamiętam, co chciałem napisać. Skupiam się. Nadal się skupiam, pewnie jak zwykle w takich przypadkach na nic się to nie zda. Umknęło i tyle. Chyba mam. Ciekawe, czy spełnieni, uznani pisarze czytając kolegów po fachu zazdroszczą im warsztatu, esprit, czy się ze sobą porównują. I czy wydaje im się, że ten drugi jest lepszy, jakkolwiek lepszość w literaturze jest dość niemierzalna. W książce Italo Calvino Jeśli zimową porą podróżny jest genialny fragment o dwóch pisarzach, mieszkających naprzeciwko siebie i obserwujących swoje życie, a dokładnie proces twórczy. Przytoczę go, mam nadzieję, że Italo nie będzie mnie nachodził zza grobu w sprawie praw autorskich.

Zarys opowiadania. Dwaj pisarze, zamieszkujący dwa górskie domki położone na przeciwległych zboczach okalających dolinę, obserwują się na przemian. Jeden z nich ma zwyczaj pisania rano, drugi po południu. Tak zatem pisarz, który akurat nie pisze, wycelowuje lunetę w tego, który pisze.

Jeden z nich jest pisarzem płodnym, drugi pisarzem znerwicowanym. Pisarz znerwicowany patrzy, jak pisarz płodny zapełnia stronice równymi linijkami pisma, jak rękopis rośnie w stos uporządkowanych kartek. Wkrótce książka zostanie ukończona, będzie to z pewnością jeszcze jeden bestseller — myśli pisarz znerwicowany z pewną wzgardą, lecz także z niejaką zazdrością. Uważa on pisarza płodnego jedynie za zręcznego rzemieślnika, zdolnego produkować seryjne powieści, schlebiające gustom czytelników. W uczuciu tym mieści się nie tylko zazdrość, jest w nim także podziw, tak, szczery podziw. W tym, że człowiek ten, nie stwarzając sobie problemów introwertycznych, całą swą energię poświęca pisaniu, zawiera się pewna wielkoduszność, wiara w zdolność komunikowania, w dawanie innym tego, czego od niego oczekują. Pisarz znerwicowany zapłaciłby każdą cenę, by upodobnić się do pisarza płodnego. Chciałby uznać go za wzór, gorąco pragnie stać się takim jak tamten.

Pisarz płodny widzi, jak pisarz znerwicowany siada przy biurku, gryzie paznokcie, drapie się, przedziera kartkę, wstaje, by pójść do kuchni i zaparzyć sobie kawę, potem herbatę, potem rumianek, potem czyta wiersz Holderlina (chociaż to jasne, że Holderlin nie ma nic wspólnego z tym, co on pisze), przepisuje gotową stronę, a potem przekreśla ją linijka po linijce, dzwoni do pralni (chociaż wiadomo, że niebieskie spodnie będą gotowe nie wcześniej niż w czwartek), potem robi parę notatek, które być może przydadzą mu się później, potem sprawdza w encyklopedii hasło Tasmania (chociaż to jasne, że w tym, co pisze, nie ma żadnej wzmianki o Tasmanii), drze dwie kartki, nastawia płytę z Ravelem. Pisarz płodny nigdy nie lubił książek pisarza znerwicowanego, zawsze ulegał złudzeniu, że już-już uchwycił punkt kulminacyjny utworu, potem punkt ten umykał mu, a on sam czuł się niepewny. Teraz jednak, kiedy patrzy, jak tamten pisze, czuje, że człowiek ten walczy z czymś mrocznym, z jakimś zagmatwanym splotem, że próbuje przebić drogę, która nie wiadomo dokąd prowadzi. Czasami wydaje mu się, że tamten stąpa po linie rozpiętej nad otchłanią, i wtedy czuje, jak ogarnia go uczucie podziwu. Nie tylko podziwu, także zazdrości, gdyż czuje wówczas, jak bardzo ograniczona i powierzchowna jest jego praca w porównaniu z tym, czego poszukuje pisarz znerwicowany.

genial, n’est-ce-pas?

debata nad tym, do czego człowiek jest zmuszany, a czego pragnie – odwołana

Salut, koniec Arbeit? zapytał mnie któregoś wieczoru jeden z rumuńskich kierowców. Środowisko multi-kulti, w którym się znalazłem, jest zabawnie niedopracowane, jak patchworkowy namiot, podtrzymywany przez plastikowe filary i gałęzie leszczyny. Z Niemcami rozmawiam po niemiecku, z rumuńską koleżanką z biura po angielsku, z Rumunami po polsku, bo znają tylko rumuński, więc i tak się nie dogadamy. Oni odpowiadają mi w swoim języku i każdy jest zadowolony. Najciekawszym babelowym tworem była historia, którą polska pracownica opowiadała rumuńskiej, używając wszystkich wymienionych czterech wcześniej języków, plus język ciała oczywiście. Okazuje się, że wystarcza to, aby firma zatrudniająca ponad tysiąc osób funkcjonowała prężnie. Nie słowa, a czyny, chciałoby się powiedzieć w tej dostojnej chwili.

Będąc szczerym w ogóle nie chce mi się dziś pisać, nie chcę mię się nic się. Myśli są niespójne, pogoda pod psem (biedne psy), ciśnienie usiadło gdzieś w kopalniach Morii, pewnie w pokoju Balroga (taki żart fantasy, że niby bardzo głęboko), wczoraj znów przed północkiem wróciłem z drugiej bazy, w ciągu paru dni chlapnąłem 11 nadgodzin. Pamiętając o tym, ile godzin dziennie pracuję standardowo okazuje się, że mało śpię. Rewizja poprzedniej deklaracji, że nie przemęczam się – rozbudowanie myśli o fakcie, że duch jest lekko styrany. Ciało, jak wynika z relacji naocznych świadków, też się męczy, teoretycznie nie zmuszając go do wysiłku. Sny, które nawiedzają mnie od lat, sprawiające, że podrywam się do walki z imaginacją w środku nocy, przybyły w końcu do Niemiec. Miesiąc miałem spokój. No cóż. Rano kolega z pokoju, który jest tu już któryś sezon z kolei, utrzymywał, że muszę porwać furę i pod pretekstem załatwienia czegoś w drugiej bazie zrobić sobie parę godzin przerwy, dla mentalnego relaksu. On wsiada na rower i jedzie gdziekolwiek, byle z dala od tej bazy i tych ludzi. Znał już kilka osób, które po dwóch miesiącach psychicznie wysiadały, a nawet i wcześniej. Wszystko to kwestia tego jednego wolnego dnia w tygodniu, bez niedzieli trudno funkcjonować normalnie, zawyrokował. I podsumował „Nawet Bóg odpoczywał w siódmym dniu po stworzeniu świata”. Ten argument przypomniał mi skecz Eddiego (znacie Eddiego, lubi biegać) o Mojżeszu. Co zrobili żydzi, gdy po 40 latach tułaczki Mojżesz zostawił ich na pustyni i poszedł szukać przykazań? Stopili metal. Biblia jako skarbnica mądrości i wskazówek. Nie rozwijam myśli, zwijam się w kłębek, krople deszczu uderzające o liście, uderzające o dachy, zniewolenie, wolność, kołysanka Loreeny McKennitt, końcowa scena w Łowcy androidów. Uciekam do krainy czekolady.

znów zapomniałem, to pewnie ta praca

Weekend, weekend i po weekendzie. Tymczasem ja nie miałem, bo od miesiąca dzień w dzień jestem w pracy. W piątek byłem u dentysty i u lekarza i w sklepach różnych i wszędzie tam życzono mi udanego tego weekendu. Najpierw byłem zaskoczony, bo zapomniałem, że coś takiego w ogóle istnieje, a potem melancholijnie pomyślałem o czasach, kiedy miałem jeszcze weekend, czyli miesiąc temu. A poza tym na ogół mam relaks, o czym już pisałem multum razy, a poza drugim tym to uskuteczniając własną działalność w sumie przez ponad rok siedziałem w domu, także taki pięciusetdniowy weekend.

Żeby jednak nie było zbyt cukierkowo, trzydzieści dni pod rząd po 12 godzin w pracy, nawet, gdy trzeba być tylko w gotowości, jest trochę męczące dla ducha. Czasem, gdy szykuje się wyjątkowo długi dzień teoretycznie mogę zrobić sobie przerwę w trakcie, godzinę lub dwie uciąć komara tak gdzieś w połowie. (pół komara leży na perskim dywanie, krew wsiąka, łącząc się z kaszmirowymi splotami…)Ale przerwa to nie czas wolny. Teoria teorią, a praktyka czyni mistrza, tak jak trening. Nie mam kiedy robić tych przerw, ale on jest biedny, mój Boże.

Eddie Izzard oprócz tego, że jest jednym z najzabawniejszych komików, z jakich dane mi było się pośmiać, aby zebrać pieniądze na szczytne cele przebiegł całe Zjednoczone Królestwo. Wyruszył z Londynu, przez Walię, Szkocję, Irlandię Północną, znów Szkocję i znów Anglię po 51 dniach dobiegł z powrotem do Londynu. 43 maratony, 1166 mil, co daje pół miliona kilometrów. 43 maratony w 51 dni! Miałem chyba z sześć lub siedem podejść, aby w jednym zdaniu opisać ogrom przedsięwzięcia i związanych z nim doznań, ale mi się nie udało. Czterdziestosiedmioletni komik, bez żadnego przygotowania (przed startem biegał około dwóch tygodni) pokonał ponad tysiąc osiemset kilometrów w półtora miesiąca, biegając w czasie lodowatych ulew, wichur spychających go z drogi, prażących upałów, w górzystych terenach i po twardym asfalcie. W dniach wolnych od biegu zamiast leżeć i błagać o śmierć miał występy, spotykał się z ludźmi – wszystko, aby promować swoją akcję wspierania potrzebujących. Chyba nawet nie pokuszę się o jakiś wniosek, ani o pean. Determinacja, konsekwencja, hart ducha. Człowiek jest jednak zdolny do wielkich rzeczy. Coś fantastycznego. Jak o tym myślę, to aż się trzęsę z ekscytacji. Aha, miało to miejsce pięć lat temu. Ktoś słyszał? Ja wtedy nie. Dopiero teraz znalazłem na żutubę. Co trzeba zrobić, żeby zwrócić na siebie uwagę świata?  Jakieś seksy z Britney, Lady Gagą czy nie pamiętam, kto wtedy był na topie, najlepiej w jakimś lokalu na stole, a potem zabił kota, zrobiłyby pewnie ze mnie celebrytę i każdy by mnie kojarzył. Eddiego, który zdobył liczne nagrody za swoje stand-upy, między innymi dwie grammy, najczęściej na końcu maratonu witała tylko ekipa mu towarzysząca. Nie ma skandalu i cycków, nie ma publiki. Brak słów, znów, ale teraz to nie zachwyt. Musiałem okrasić marudzeniem, a jakże.

Na zakończenie anegdotka: pośród tony załączników, które muszą podpisać szparcy szparagowcy, jest deklaracja o tym, że nie przywiozło się ze sobą mięsa wieprzowego – w Rumunii  stwierdzono kilka przypadków pomoru świń czy jakoś tak i teraz ponieważ Rumunia i Polska to to samo, polscy pracownicy sezonowi też muszą oświadczać, że wszystko jest koszer. I podczas zbierania podpisów jeden z przyszłych akordeonowców pyta, co to tyle tych papierów, a ten co za kolejny? Więc mu mówię tutaj informujesz, że żadnej świni nie przywiozłeś. Na co kolega aha i zaczyna gryzmolić. Nachylam się sprawdzić, czemu ten podpis taki długi, a tam „nie przywiozłem żadnej świni”. Badum tss!

A jeśli ktoś wam będzie wmawiał, że nie da się nie zauważyć autobusu zaparkowanego metr od naszego pojazdu i w niego wjechać, nie wierzcie nic. Można.

zapomniałem o tytule

Zjadłem na śniadanie tort. Wybór wydawał się prosty, bo alternatywą była mortadela. Problem tkwi w tym, że nie lubię tortów. Także nie smakowało mi, nie najadłem się, a do tego miałem wrażenie, że każdy kęs powiększa o centymetr mój bębę. Bębę, lub benben, w zależności, z której części fonetycznej Polski się pochodzi, rośnie mi zastraszająco. Od miesiąca (lub od księżyca) moimi jedynymi aktywnościami jest spacer do kantyny i z powrotem. Jeszcze tak około dwóch tygodni będę oszczędzał Barken, der, od wstrząsów i mam zamiar biegać. Biegania też nie lubię, jak żyć. Muszę poszukać w internetach jakichś wieści, kiedy po naderwaniu więzadła można zacząć pompki i inne pseudoatletyczne duperele. Jeju, ależ mi brakuje szportu. Biegać, skakać, latać, pływać, jakby powiedział pan Kleks. A wczoraj byłem z jednym panem w szpitalu, bo naderwał więzadło, ale w stawie skokowym. Jeszcze bardziej frajersko, niż ja, bo zapomniał o kamiennej rynnie na podwó® (hehe), podwórku, i cofając się wpadł w ten spadek. Też 6 tygodni w plecy. Z wiadomych przyczyn byłem empatyczny i pomyślałem „dobrze, że nie ja”. Lekarz kazał mu tydzień leżeć. Dziś na konsultacji stwierdzono, że opuchlizna znacznie się zmniejszyła, więc facet uznał, że już jest ok i że po południu idzie do pracy. Praca: przeładunek, 12 h na nogach. Siubidu, pieniądz jest pieniądz, reminiscencja rodziny banknotów powinna załopotać na wietrze waszej pamięci. A mnie bark boli coraz bardziej, pewnie dlatego, że coraz szybciej się regeneruje ha ha. Zapominam o nim czasem i zaczynam robić pajacyki, wtedy on albo klepie mnie w bark albo oburzony wychodzi trzaskając drzwiami. No i sobie boleśnie o nim przypominam.

Pora na filozofię. Otóż Kobiety ze wsi wyglądają starzej niż kobiety z miasta. Rozwinę: kobiety ze wsi wyglądają starzej niż wskazywałby na to ich wiek, albo też kobiety w mieście wyglądają młodziej. Oto kolejne spostrzeżenie, które zaobserwowane było pewnie już stulecia (od czasów pierwszych miast, hehe) temu, a moje oko skupiło się na tym dopiero teraz. Faceci w sumie też. Także praca tak fizyczna, jak umysłowa potrafi równie styrać. Ale ta fizyczna zostawia ewidentne ślady. Więc krzepi bez wątpienia, ale i bruździ (od: bruzd na twarzy). A może to jednak bimber, ale aż tak daleko w swojej filozofii nie chcę się posuwać.

Z nowinek technicznych: Do tej pory biegałem z laptopem pod daszek po lepszy sygnał, bo w biurze pojawiał się i znikał jak Latający Holender. Teraz przyjechał drugi kierownik rumuński i podłączył jakiś przekaźnik i sygnał zakotwiczył na dobre. I teraz drugi wątek filozoficzny a propos drugiego kiera. Otóż kolega jest mocno zarobiony, ma swoją firmę spedycyjną, trzydzieści tirów. Ponoć przyjechał tutaj w 2007 z niczym i od tamtej pory bizmesy się ruszyły. A ruszyły się dlatego, że od każdego pracownika, którego tu przywiezie, bierze po 200, 300 eurasków za danie tej możliwości. Jako że w sezonie buja się tu kilkuset Rumunów, matma robi się sama. Polacy (którzy pewnie też biorą, ale nie tyle, i ich boli, albo nie biorą w ogóle, albo sami płacą, albo) scenicznym szeptem powtarzają „mafia”. I że wyzysk. No bierze hajs za nie swoją pracę, prawda to. Z drugiej strony daje pracę. W Rumunii ponoć takie pieniądze, jakie tu zarabiają, to le majątek. Więc czy ta pewna forma pośrednictwa nie jest w zasadzie uczciwą formą zarobku (Nie mówimy o podatkach)? Czy ja nie życzyłbym sobie też tej w sumie symbolicznej kasy? Około trzy dni pracy tutaj, dla niektórych dwa. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu widzenia, może gdybym usiadł z tymi którzy płacą, to bym się bulwersował. Ale mimo wszystko uważam, że jak ktoś nie chce, to nie musi jechać. To po pierwsze, a po drugie naprawdę daje im zarobić, więc może wdzięczność byłaby na miejscu? A może Rumuni są wdzięczni, tylko Polacy jak zwykle w cudze sprawy lubią paluch włożyć, bo Bóg dał nam do tego prawo, bo jego mama jest królową Polski. Trochę mnie krajanie smucą tutaj, może dlatego krytycznym okiem spoglądam. Wszyscy Rumuni, kiedy wchodzą do mnie do biura, pukają. Polacy wbijają z buta, jakby byli u siebie. Widocznie 6 lat okupacji wystarczyło, żeby z jednym z pierwiastków germańskich zaszła reakcja, mianowicie poczucie bycia rasą panów.

A na obiad ma być Kordą blu.  

Alleluja i do przodu

Kolejny dzień, jak poprzedni kolejny dzień, nie obfituje w ciekawe wydarzenia. W zasadzie w żadne wydarzenia nie obfituje, nie bardzo jest o czym pisać, wszystko zlewa się tu w jedno długie popołudnie, podczas którego domownicy po zjedzeniu obiadu gdzieś się zapodziali, nie wiadomo gdzie, każdy zajmuje się swoimi nic nie znaczącymi sprawami z dala od z bliska. Mimo nieustającego sezonu szparaga (roślina choć żyje, to jest głupia jak but i nie wie, że są święta) w tym okresie zadumy nad pogańskim rytuałem przeniesionym sprytnie do kościołów jest tu jakby ciszej. Weekendy są na ogół spokojniejsze, ten natomiast był nad wyraz spokojniejszy (ciekawe, jaka jest etymologia związku frazeologicznego „nad wyraz”). Siedziałem i siedziałem (co w niczym nie różniło się od pozostałych moich zajęć praktycznie codziennie) i po raz pierwszy w życiu lubiłem te święta. Ale nie dlatego, że mnie omijały, wręcz przeciwnie. Lubiłem je i było mi żal, że jestem z dala od nich. Zapewne w Polsze standardowo bym pogderał i nie zastanowił się nad nimi tylko pojadł pasztetu z ćwikłą, rolady z majonezem i sałatki warzywnej też z majonezem, a potem dopchał pięcioma rodzajami ciasta. Tutaj ciesząc się z jajka i czekoladowego zająca jako jedynych atrybutów Wielkiejnocy myślałem o rodzinach dzielących się jajeczkiem i oglądających familiadę. I pewne „Potop”. A propos filmu, miała miejsce również filmowa scena, kiedy siedząc w namiocie – kantynie i jedząc samotnie kolację, gdy wiatr poruszał storami namiotu, a deszcz smentnie od nich się odbijał, w szarym świetle wieczoru byłem alternatywą do obrazu rodzinnych spotkań. Takie życie. Ktoś powie „twój wybór”. Ano mój. Podsumuję to obrazkiem widzianym ostatnio: Bolesław Chrobry z banknotu dwudziestozłotowego pyta „tato, czy mogę wyjść na dwór?”, a Mieszko z dychy odpowiada „możesz”. Podpis pod obrazkiem: „Hajs się zgadza”. Tadam!

A na koniec dygresja techniczna – najczęstszym błędem, jaki mi się przytrafia jest wrzucenie znaczka ® – („zastrzeżone”) w słowie który („któ®y”) i  1) w zakończeniach słó2) hehe słów, kombinacja alt + r i w czyni takie cuda. A alt i d robi przypis. Też wiem z lietrówki. Pewnie wiedzieliście i  wy, którzy tego nie czytacie, ale dzięki temu, że o tym napisałem, tekst jest o trztery (połączenie trzy i cztery, nie wiem, ile wyjdzie na blogu) linijki dłuższy. Jedni zbierają szparag na akord, inni na niego piszą. Hu hu hu. Ostatecznie o sześć. (siedem)

znów o niczym

Dziś mam tu wyjątkowy ruch w interesie, dopiero po obiedzie znalazłem chwilę dla siebie. Bałem się, że nic nie napiszę, a chciałem w miarę regularnie coś tam dukać, aby nie powtórzyła się powtórzyła się powtórzyła się sytuacja (najpierw napisałem sytucaja, postanowiłem tak zostawić, ale z drugiej strony takie lapsusy są zabawne w mowie, nie w piśmie), gdy wiadomo jaką miałem przerwę w blogowaniu na papierosa. Tymczasem w poniedziałek nie mogłem wkleić, bo mi się internety skończyły (mam tu dwie godziny dziennie, z założenia, bo sieć działa tak, że u la la i czasem nim się połączy, to pół godziny już zeżre, ciasteczkowy potwór), więc we wtorek o poranku wbijam na kokpit blogerski, a tam okazuje się, że ostatni wpis ino szkicem jest, nie publikacją. Także poślizgi i tak będą, więc mam super wytłumaczenie, także świetnie się złożyło, bo zdążyłem jeszcze na autobus.

I w zasadzie nic ciekawego mi do głowy nie przychodzi, tyle tylko, że człowieka umysł raczej jest nie do ogarnięcia. Standardowo się tu no właśnie nic się nie tu, mam luzy takie, że aż brakuje mi porównania z czymś równie luźnym, absolutnie zdecydowaną większość czasu poświęcam na siebie, już o tym pisałem. Tymczasem dzisiaj popracowałem od 8 do 13 i nagle wydaje mi się, że ło matko, ile tego jeszcze, ale tyra, dajcież mi wytchnąć. Głupie, nie? Do wygody człowiek zdaje się adaptować w ułamkach sekundy i po tychże ułamkach traktuje ją jak standard od wieków trwający. Niewygoda, lub cokolwiek, co nas angażuje niekoniecznie z naszej woli, nawet jeśli na krótko, jest komentowana latami. Pamiętam, jak w wieku dwudziestu pięciu  czy dwudziestu sześciu lat dopiero zrobiłem prawo jazdy. I jak kumpel się śmiał, że po zasmakowaniu w czterech kółkach nieprędko wrócę do Ę-Pe-Ka. Ja życiowo mówię tyle lat jeździłem, to szybko nie zapomnę. Hu hu hu. Jak się wóz popsuł, to nabyłem rower. Już mi się nie chciało po przystankach wystawać. I taka pointa. Tyle na dziś, żebyście moi wierni czytelnicy poczuli niedosyt i mieli chrapkę na jeszcze.  Jadłem zupę szparagową, była dobra, ale to chyba z racji tego, że codziennie konsumuję tutaj na śniadanie mortadelę, więc każda odmiana jest ambrozją. Pamiętajcie, szparag nie jest wart swojej ceny! Chyba, że ma tyle witamin i związków mineralnych, że proszę siadać, to wtedy może cofnę, ale niechętnie. A Rumuni przychodzą umyci na obiad i są skromni, a Polacy w kaloszach ubłoconych z pola wbijają i czują się lepsi. W którym miejscu naszej narodowej jaźni się to rodzi, że nie umiemy się podpisać, a przekonani jesteśmy, że Nobel się nam bezwzględnie należy? 

dziś o sporcie

Dziś byłem u lekarza z jednym z wesołych traktorzystów. Chłopak 22 lata, drugi rok siedzi tu przez 10 miesięcy. Wcześnie zaczęta emigracja zarobkowa. W naszym kraju chyba jednak niewiele się zmienia, skoro ludzie non stop wyjeżdżają za chlebem. Ale nie o tym chciałem pisać. Byliśmy u lekarza, bo chłopak robił sobie na dmuchanej poduszce typu zamek salta, źle wymierzył i łupnął klatą o ziemię. Czekając na wizytę trochu pogadalim i okazało się, że chłopak połamany był nie raz, kiedyś bujając się z bratem na gałęzi urwali ją, brat znalazł się na(d) (wozie) gałęzią, a on pod. Ręka w łubkach. Ciekawiej było, gdy gnał szosą na ścigaczu – koło wpadło do dziury i przy szybkości 160 na godzinę (tak przynajmniej utrzymuje) wykonał salto mortale! i powędrował w gips z połamanymi rękoma, nogami, żebrami i obojczykiem. W sumie szczęściarz. A oprócz tego trenował 10 lat boks tajski, tu o dziwo żadnej kontuzji. Ale zakończył przygodę ze sportem, albowiem no właśnie, zaczyna się życie i trzeba na nie zarobić. Wspomniał też o swoim koledze, który zdobył mistrzostwo Polski, ale też musiał poszukać pracy bo nie znalazł się sponsor , który popchnąłby dalej jego karierę. W zasadzie nic nowego, kolega z zespołu też bawił się w waterpolo na ciekawym poziomie, a poszedł ciskać paczki od 8 do 16 na umowę, znów życie wypięło dupę na sportowe marzenia. Ale akurat naszła mnie refleksja, bo przecież rękę na temblaku noszę, w kulę się zamieniam bez sportu, z zazdrością patrzę na współlokatorów, co to pompki machają o poranku, gdy wracają ze służby nie drużby. I tak mi smutno, bo od grudnia nie ćwiczyłem prawie 3 miesiące, żeby mi się ręka naprawiła, a jak ledwo zacząłem, to zepsułem drugą. I żal mi straconych, bezczynnych tygodni. A nie raz wzdychałem patrząc, jak grając w mecza chłopaki golów jak mrówków strzelają,  jak się boksują, jak do drop shotów dobiegają, jak sporty wszelakie uprawiają z sukcesami, ochiwani i achiwani przez publikę, ciała piękne, spojrzenia dumne, wawrzyn, wawrzyn wszędzie. Bo ja też chciałbym, więc żałowałem, że za młodu nie zacząłem, nie zmuszałem się do katorżniczych treningów, nie poświęciłem młodości na kształtowanie swojego ciała i ducha, a nie tylko ducha. Bo najprościej pozrzędzić, że „gdybym tylko wtedy…”, albo jeszcze lepiej „gdyby rodzice mnie popchnęli…”. Absurd. Zwycięzców nie trzeba popychać, sami się pchają. Więc nie mam duszy zwycięzcy. Ale i tak sobie wzdycham i żałuję. Bo przecież teraz byłbym kimś, bożyszczem zapewne. Dziś jednak uświadomiłem sobie (tak oczywistą rzecz, dopiero dziś), że są też tacy, którzy za młodu zaczęli, do katorżniczych treningów się zmuszali, w końcu młodość poświęcili na kształtowanie siebie, na pogoń za marzeniami. I dziś wiedzą, że pomimo tej ciężkiej pracy, niesłychanego trudu, niezwykłego poświęcenia jednak marzeń nie dogonią. Gorzki poniedziałek. Zagryzę więc czekoladką z brantwajnem.