Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…

Zacznę tak, jak skończyłem.  Zatem zmierzyłem (od zmierzać haha) do Niemców na szparag. No to nie lada progres w karierze chłopaku, powiedziałby ktoś, z kierownika i właściciela firmy (jak to dumnie brzmi) na zarobkiewicza uganiającego się za warzywem na polu. Kim jesteś, żeby mnie oceniać? spytałbym, ale zaraz dodałbym, przestraszony, że jednak oceni i to oceni źle, pracuję w biurze, ogarniam papierki i takie takie dla robotników z pola. Zatem wyjechałem na saksy do Rajchu na trzy miesiące, pracować 12 godzin dziennie siedem dni w tygodniu. Kiedy wyjeżdżałem perspektywa takich warunków umowy, kiedy 8 godzin dziennie przez pięć dni doprowadzało mnie do frustracji, była raczej niezbyt obiecująca. A raczej obiecująco zło. Ale nie jest źle. Bo choć siedzę pół doby we robocie codziennie (a czasem i dłużej), to oprócz wyjazdów do lekarza z chorymi Polakami, które zajmują najwięcej czasu, ogarniam jakieś bzdurki, które zajmują mi może godzinę, okazjonalnie trzy. Reszta dla mnie. Hej ho! Także czytam, piszę, poprawiam książkę. Mam cel, do końca pobytu tutaj poprawić ją do ostatniej kropki, tak że po powrocie mogę ją bez wahania oddać do druku, hehe. Powiedziałem, będzie można sprawdzić, jak słowny jestem. Warto w tym momencie podziękować najprawdopodobniej niebiosom, bo ograniczyli tutaj net do dwóch godzin na dobę. Inaczej z dużą dozą prawdopodobieństwa postanowienie szlag by trafił, a tak jeśli nie czytam, to piszę. I jakieś tam duperele dla odmiany, gry na komórce? No czasem trzeba. Ale nie o tym chciałem pisać. Chciałem pisać o zderzeniu kulturowym i nie mam tu na myśli kultury polskiej i niemieckiej. Mam na myśli polską i polską. Moją i ludzi, z którymi pracuję. W większości mieszkających na wsi lub pochodzących z rodzin robotniczych. I teraz muszę się zastanowić, jak ubrać w słowa moje impresje, bo jestem już tu od dwóch tygodni, trochę się przyzwyczaiłem, pierwszy szok i związany z nim natłok myśli odszedł już praktycznie w niepamięć. To też ciekawe z pisarskiego, kronikarskiego punktu widzenia. Jak na bieżąco ma się tonę (jedną ludzką tonę) pomysłów, nie wiadomo, o czym pisać najpierw, a po krótkim czasie, jeśli się jednak nie utrwali tych pomysłów nawet w formie skrótów myślowych, to goodbye my love goodbye, Demisz Ruszosz macha ręką na peronie. Po prostu zapominasz. I nie jesteś w stanie przypomnieć sobie zaaferowania, jakie cię wcześniej ogarnęło, a co z tym idzie, pisać ciekawie, bo już samego ten temat cię nie ciekawi. Tu krótka myśl – jak kronikarze mogli pisać o wydarzeniach sprzed dziesiątek, lub setek lat? Pletli takie same bzdury, jak ja teraz.

Więc siedzę tu i zderzam się z kulturą. Pierwsze zderzenie miało miejsce, gdy wsiadłem do autobusu. Autobus wynajęty, nie rejsowy, więc przaśnie i swojsko. Na mój bagaż miejsca w luku nie było, wcisnęli go gdzieś pod fotele, wszystko zapchane walizami czterdziestu chłopa jadących wyrwać asparagusy matce ziemi. Plus z dycha osób na zmywak, kierownik (czyli kierownicę), też z zapasami. Ostatnio dowiedziałem się, że jeden koleś zabrał ze sobą trzydzieści (sic!) bochenków chleba. Jakie inne skarby zabierali z ojczyzny, tylko popuścić wodze fantazji. Na pewno zabrali też alkohole, w tym domowej produkcji. Po 3 godzinach jazdy (z Kielc do Łodzi) gdy wsiadłem, atmosfera była szampańska, a raczej bimbrowska. Pięćdziesiąt nieskomplikowanych ludzi z nieskomplikowanym wyrazem twarzy przywitało mnie na pokładzie. Oprócz bimbru popijali piwo, tak jak człowiek popija wodę. Efekt – co dwie godziny maksymalnie postój. I zaraz po odjeździe już wyczekiwanie na kolejny CPN. Tak, cepeen, tak moi nowi znajomi mówią na każdą stację paliw, każdą. Jako, że miałem świeży ból w ramieniu postanowiłem szybko zaginąć w czasie i przestrzeni. Poczęstowany dwoma kielichami bimbru na lepszy sen ułożyłem się (haha, w zapchanym autobusie z ręką na temblaku, która chciała mi odpaść) do snu. I kolejne doświadczenie: Ci ludzie słuchają disco polo. Na okrągło. Teraz już wiem, jeśli gra muzyka, to tylko Szaza, Boys, Weekend i inne tuzy polskiej muzyki tanecznej. Wtedy był to dla mnie szok. I jako że na płycie było kilka piosenek, a płyty mieli chyba tylko dwie (albo nie doceniłem subtelności różnic) non stop leciało to samo do chyba 3 nad ranem. Hej ho! A dziewczyny w białych skarpetkach do czarnych legginsów na luzaku. Proste żarty o chlaniu i ruchaniu, wtedy nie wiedziałem, że mogą być subtelne i mniej subtelne. Na miejscu poznałem Polaków pracujących przy obsłudze maszyn rolniczych, ho ho, tu się człowiek dowiedział. Albo pili albo ile by nie wypili. Albo ruchali albo czego by nie poruchali. Aparycja i anturaż taki, że wątpisz, czy kiedykolwiek cokolwiek. I tak to się przedstawia. A gdy rozdawałem umowy, które mieli podpisać i oddać dokumenty, okazało się, że złożenie podpisu w miejscu do niego przeznaczonym to wcale nie taka prosta sprawa. Na 10 osób 9 robiła to źle. To znaczy podpisywali się załóżmy w 4,5 miejscach z 9. A dokumenty, które od wielu lat mają dostarczyć (bo od wielu lat jeżdżą i to są cały czas te same dokumenty) nie są w ogóle przez nich wypełniane (choć mają postawić 7 krzyżyków i się podpisać) z obawy, że mogą zaznaczyć źle (w jednym punkcie „tak”, w pozostałych „nie”). I słuszne to obawy, bo połowa z tych, którzy podejmują się jednak wyzwania wypełnienia kratek, nie umie mu sprostać. Ale poczciwe to ludzie i generalnie żyje się nam dobrze. Tylko z ironią kiepsko, rzadko bywa doceniana. Albo rozumiana. Ot, prości ludzie, proste życie. Tak mi się nasuwa myśl o Satansbraten, filmie, który oglądałem jakiś czas temu. Nie rozpisując się (polecam wizualną lekturę) dość surrealistycznym, bardzo śmiesznym właśnie w swojej groteskowości. Czy moi nowi znajomi doceniliby jego wartość artystyczną? Co by się stało, gdybym puścił im w autobusie ten film? Pewnie dostałbym w ryło, bo pomyśleliby, że jestem nienormalny.

Ale dość, trochę jestem krzywdzący. Pewnie, żeby czytało się z jako takim zainteresowaniem. Muszę napisać, że nie są głupi, (niektórzy są), tylko w dużej mierze właśnie prości. To właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie. Fakt, że o tym piszę świadczy, jak duże. Nie miałem pojęcia, w jak różnych światach żyjemy, choć mamy tylko jeden.

A na zakończenie coś, co też było dla mnie novum: nasz kochany język. Okazuje się, że nie tylko jest śląski i kaszubski, ale i gwara. Tak, wiem, o gwarze każdy słyszał. Ale czy każdy ją słyszał? Bo ja po raz pierwszy w życiu w takim natężeniu i okazuje się, że łatwiej mi udawać różne dialekty niemieckie i angielskie, niż polskie. Polskich nie umiem. Tyle.

A przed chwilą ktoś znajomy otworzył drzwi i spytał, czy może wejść. zażartowałem, że nie. Więc nie wszedł. Tadam!

i ogólnie takie takie

Przebrnąłem przez poszukiwanie pracy. Praca. Jest coś niezwykle przybijającego w fakcie, że każdy człowiek wchodzący w dorosłe życie asocjuje je właśnie z pracą. Kończy się szkoła, młodość, sielanka i do roboty! Trzeba pracować. „Idę na studia, bo po nich można znaleźć dobrą pracę”. Nie mogę znaleźć żadnej pracy”. Straciłem pracę, co ja teraz zrobię”. Dawno temu rozmawiałem z moim znajomym, który dobrze to podsumował: Ktoś niezwykle przebiegły kiedyś dobrze to obmyślił: wmówić ludziom, że praca to najważniejsze w życiu. Dlatego każdy chce ją znaleźć. I potem zastępy ludzi szukają, aby w końcu dostać coś, czego tak naprawdę nie lubią robić, u kogoś, kto ich wyzyska (w mniejszym lub większym stopniu), kto będzie na nich zarabiał, leżąc na brzuchu wzbogacał się, podczas gdy ci biedni nieświadomi ludzie myślą, że złapali Pana Boga za nogę, a czasem nawet za brodę, jeśli zarabiają więcej. Jakże nieliczni są ci, którzy szukają czegoś, co im sprawia przyjemność lub próbują samodzielnie o siebie zadbać – zacząć własny biznes. Bo jest trudniej, powiecie? A tak. Ale za to o ile większa satysfakcja. Nie mówiąc już o poczuciu wolności. Właśnie, wolności. Praca u kogoś, nawet „ciepła posadka” prawie zawsze jest ograniczeniem. Dla siebie, nawet nie wiadomo jak wymagająca, łączy się z poczuciem swobody – nikt nie patrzy mi na ręce, robię dla siebie, więc robię dobrze, nie muszę się tłumaczyć, obawiać, że choć ciężko i starannie, to bez efektów (bo tak też się zdarza) coś wykonałem, za co zostanę i tak oceniony negatywnie.

No ale po tych przemyśleniach wróćmy do faktu, że i ja szukałem. Bo jednak własny bizmes się nie udał. Co zrobić. Przynajmniej próbowałem i byłem sam sobie żeglarzem i całą resztą. Życie chłoszcze.

Miałem teraz poopisywać różne rozmowy, jakie formy przybierają, jak groteskowe sytuacje mają miejsce, gdy np. w korporce dziewczyna z dychę młodsza ode mnie ocenia, czy nadaję się na słuchawkę, choć robiłem to i wiele innych rzeczy, między innymi byłem na takim jak jej stanowisku, zanim ona zaczęła ogarniać skakankę. Ale chyba jednak mi się nie chce. Rozmowa kwalifikacyjna ogólnie jest dość smutnym procederem,  trzeba bzdury o sobie opowiadać, a największa bzdura to moment, w którym pada pytanie o kwestie finansowe. Hu hu hu, to zabawne, o jakiej kwocie myśli kandydat, a jaką podaje. Jeszcze zabawniejsze  jaką może zaoferować pracodawca, jaką chciałby zaoferować, a jaką ostatecznie oferuje. A najzabawniejsze, jaka się pojawia na umowie. To jest właśnie przypadek, który chciałbym letko poruszyć. Nie rozumiem, czemu zawsze pracodawca traktuje pracownika jak kogoś, kto powinien lizać mu buty i to najlepiej od strony podeszwy. Przecież to ten pracownik ma wykonać pracę, która przełoży się na zysk pracodawcy. Przecież go potrzebuje, inaczej by nie zatrudniał. To tak oczywiste, że szkoda bitów w internetach, żeby to opisywać. Każdy to wie. A jednak proceder niezmiennie odbywa się, hej hej. I ja tam byłem, miód i wino piłem. Preżes podał stawkę, prawicę moją uścisnął, umowa miała być przed pierwszym dniem pracy. Potem się okazało, że się okazało i umowę dostałem trzeciego dnia pracy. A tam cuda wianki, chyba się klawisz omsknął, więc idę do pani asystent (bo preżes zarobiony) i mówię, ile to brutto to jest netto, bo umawialiśmy się na tyle i tyle. A pani, że nie pamięta i musiałaby sprawdzić. Jako że mam czas to mogę poczekać, więc pani szuka, szuka, przekłada, wzdycha, w końcu znajduje, jęczy przez chwilę, po czym w żywe oczy kłamie, że tyle brutto to tyle netto. Ja w momencie podpisywania umowy już wiedziałem, że ją zerwę, bo mam wyjechać na saksy do rajchu. Ale miałem wyrzuty sumienia, bo jak to, ktoś na mnie liczy, a ja go po miesiącu lub półtora zostawię? Problem rozwiązał się sam przy takiej postawie, zobaczywszy umowę wyrzuty zniknęły jak ręką jaką odjął. Normalnie jednak bym się kłócił i pewnie zerwał umowę. Bo jakże to tak, ludzi oszukiwać? Czemu? I pomyślałem o koleżance, którą ze mną przyjmowali. Jedno dziecko rano do żłobka, drugie do przedszkola, mieszka tu i tu, więc praca w tym miejscu super jej pasuje. Ktoś taki, z rodziną na utrzymaniu, pewnie nie odezwałby się, bo jak w końcu znalazł, inne oferty odrzucił, to teraz co, znów szukać? Niebywale niebywałe, jak podłym gatunkiem jesteśmy, że nawet normalni ludzie, nie jacyś zwyrodnialcy, wobec innych tak się zachowują. Jeśli to są standardy (a zbulwersowany sytuacją niejednemu znajomemu o tym opowiadałem i właśnie takie podsumowanie słyszałem najczęściej), to czas spuścić atomicę i niech przyjdą po nas elfy albo niech ziemię opanują karaluchy i tyle. Będą karalusze piramidy, karalusza wieża Eifella i karalusze You can dance. I będzie spokój.

A sama praca – u la la. Dziś już wiem, że księgowym nie mógłbym być. Przez miesiąc pobytu w nowejstarej pracy dzień w dzień wklepywałem cyferki. Po tygodniu co minutę patrzyłem na zegarek i wyłem do księżyca, bo każda była jak godzina. A jeszcze zostałem poproszony o robienie nadgodzin, bo „ciężki okres”. Ja machałem 3 tygodniowo, inni po 6-8. I osoby pracujące ponad 10 lat w tym miejscu. Ludzie są różni, jedni lubią jeść pomidory, inni kamienie. Widocznie tym odpowiadała ta sama praca przez tyle lat na tym samym stanowisku. Ja umierałem. I wklepywanie, drukowanie, potem okazywało się, że brakuje jakiejś adnotacji więc kolejny wydruk, a kilkaset wcześniej wydrukowanych stron siup do kosza. Wgrywanie jakichś odczytów do systemu, żeby było szybciej, ale błąd w systemie (notabene znany nie od dziś) powoduje, że odczyty wgrywają się podwójnie i trzeba duplikaty kasować. Nie ma też możliwości cofnięcia operacji, więc jak przez przypadek ktoś się zagapi i godzinę będzie wklepywał nie w tę rubrykę, nie może przekleić, musi wpisać od nowa, a to, co przepisał, też uzupełnić. I ja takie kwiatki po kimś poprawiałem hej ho. Wyjście do toalety było prawdziwym przeżyciem. Wyjście do sklepu przygodą życia. Poważnie. Ale wychodzenie do sklepu było źle widziane przez prezesa (tego prezesa). Słuchanie muzyki w słuchawkach cichutko, też było źle widziane, bo przecież przeszkadza we wklepywaniu. Telefon w dłoni też był źle widziany. Jak powiedziałem, że nie mogę robić nadgodzin, bo nie mam czasu („robię remont”) to usłyszałem „nie wiem, czy prezes zaakceptuje to tłumaczenie”. Ten prezes, który mówił na rozmowie kwalifikacyjnej, że nie będzie nadgodzin. No ale mówił też, że będę więcej zarabiał. I w tej atmosferze wiecznego nadzoru pracują ludzie, którzy złoszczą się, gdy każe im się przychodzić w weekendy (soboty, niedziele, pełna opcja), ale godzą się na to potulnie. A jak ktoś się nie godzi, to mają mu to za złe. Że się przeciwstawił. Kolejny przykład argumentujący mój pomysł z atomicą. Człowiecze, quo vadis?

dawno, dawno temu…

Miałem pisać regularnie. Także tego ten. Nawet nie wiem, ile minęło od ostatniego posta (dziwnie to słowo brzmi), bo w chwili popełniania tych wersów nie mam dostępu do internetów, ale okres jałowy jest na pewno zdecydowanie za długi. I najzabawniejsze jest to, że nie wynika to z braku pomysłów na temat, a z czystego lenistwa. Od razu uczciwie i asekurancko należy zaznaczyć, że nie wolałem kiwać palcem w bucie, niż pisać, tylko miałem sporo do roboty. Ale i tak nie tłumaczy to mojej postawy. Albo się pisze bez względu na okoliczności, albo albo, szkoda rozwijać oczywistą myśl.

Zatem mamy kwiecień. Nie tylko nie pisałem bloga, ale również nie poprawiałem książki. I to jest dopiero ból. Jak wiemy ból boli. Tłumaczenie (bo tłumaczyć się jest rzeczą ludzką) to samo. Tyle, że blog miał być odskocznią, książka to jednak opus magnum. I ostatnia kropa w grudniu, więc cztery miesiące już pohulały jak wiatr zimowy, a pułki w ępiku zapchane nadal nie moją prozą. Wstyd.

Cóż więc porabiałem, zapytam sam siebie, bo kogo innego mogłoby to interesować? Ano różne różniste rzeczy, między innymi szukałem pracy, a potem pracowałem. I nadal pracuję. Czasu przez to jakby mniej, ale i tu patrz wyżej. Tymczasem po kolei.

Sprzedałem mojego bobka. Akurat 25 lat po tym, jak dumnie zjechał z linii produkcyjnej w Fabryce Samochodów Małolitrażowych. Po tych 25 latach nie został jednak równie dumnie zabytkiem, a niestety gratem. Lub stałby się nim, gdybym nadal o niego dbał jak do tej pory. Założenia były ambitne: miał być Maluch moim oczkiem w głowie. Albo raczej: miał być moją wizytówką. I może i był w sumie, gdy tak zastanowię się nad tym zdaniem? Chciałem go odpicować jak brykę ze Stansów, zamienić plastiki na chromy, rzucić metalik, założyć aluski, może jakie czary mary pod maską, żeby zaskakiwał chłopaków w golfach. Tymczasem wrzuciłem w niego grube tysiące, a nadal wyglądał jak w chwili, gdy go przechwytywałem po babci – jak zwykły maluch. Taka metafora, że niby wiele miałem zdziałać, a nadal jestem zwykłym nikim. No, ale dość o mnie. Więc (nie zaczyna się zdania od „więc”, ale ponieważ licentia poetica, to rozumiecie) maluch był doinwestowany, a nawet przeinwestowany, efekt był jednak niewidoczny. Bo gdyż albowiem powiem wam w sekrecie, że maluszki na dzisiejsze drogi w mojej skromnej opininini nie nadają się w ogóle. Szpecem od mechaniki nie jestem, ale wydaje mi się, że za słabe resory na nasz krajowy szwajcarski ser. Od tych dołków i górek, od tych dziurek i wybojków rozpadał się cały czas, wiek też pewnie robił swoje, ale że polski mam paszport na sercu to jednak zrzucę bardziej na drogi. I tyle. Teraz po zimie coś się obluzowało w silniku, jakaś blacha się urwała i hałasowała jak worek gwoździ wrzucony do pralki, zapiekła się kierownica, opona jedna nie trzymała ciśnienia, same opony w ogóle już do wymiany się nadawały, felgi w ogóle do niczego się już nie nadawały, mimo ocynku zaczynała go rdza lizać jak kulkę pistacjowych lodów. Także z żalem, ale oddałem w dobre rence: mechanikowi, który ma tchnąć w niego nowe życie. Może go odkupię kiedy? Pozostają mi tymczasem wspomnienia. Te miłe, jak klaksony od innych użytkowników drogi i wyciągnięte do góry kciuki. I te niemiłe, jak klaksony od innych użytkowników drogi i wyciągnięte inne palce, twarze wykrzywione w furii. Ile ja się emocjów najadłem panie kochany! Maluch, oprócz sentymentu najczęściej wzbudzał zgoła inne emocje: dla większości był cegłą na drodze – nieruchomą, którą w pod każdym pozorem w każdych warunkach należało wyprzedzić lub też nie dopuścić, aby wjechała przed nas (no bo jak cegła może wjechać?). Często złościłem się i starałem za wszelką cenę uświadomić tym uczestnikom ruchu drogowego, że ja nim również jestem. Często oprócz złości odczuwałem satysfakcję („no i co, frajerze?”), gdy oczekujący dziadka w kaszkiecie napotykali za kierownicą mnie: kwadratową , łysą pałę z żądzą mordu w oczach. Konfrontacja kończyła się natychmiast. I to jest dobry moment aby zastanowić się nad istotą polskiej myśli komunikacyjnej. Nie wiem, czy wynika to z jakiegoś konkretnego powodu, czy z wrodzonej w naszym narodzie głupoty, ale samochód wydaje się dla przeciętnego użytkownika szos wyznacznikiem klasy społecznej. Kto go ma, ten pan, kto nie, ten plebs. Być może pozostało to z czasów brutalnego socjalizmu, gdy niewielu miało, a potem jeszcze dekadę w błyszczącym jak kryształ kapitalizmie nadal nie wszyscy mogli sobie pozwolić na auto, jakiekolwiek, nie mówiąc już o nowym. I teraz, choć mamy grafen i internet w naparstku, to jak już ktoś ma dziesięcioletnią oktawkę lub piętnastoletniego paska, to jest koleś. I jako taki w dupie może mieć innych, choć ci też mają samochody i też w dupie mają. I potem wyprzedzanie, zajeżdżanie, nieustępowanie, zastawianie. Generalnie jazda bobkiem ulicami mego miasta (miasto moje a w nim) służy w równym stopniu szlifowaniu swojej cierpliwości i umiejętności opanowania nerwów, jak transportowaniu się. No i maluch nie wzbudza szacunku. To kolejne ciekawe spostrzeżenie: im masz nowszy, większy, droższy samochód, tym możesz więcej. Jak jeździsz iks szóstką, to możesz olewać przepisy (póki pan porucznik Przemek nie zatrzyma cię lizakiem) i mieć w pogardzie tych, co jeżdżą starą A czwórką, o tych w fabiach nie wspominając. Tak jak kiedyś rycerz na koniu zachowywał się w stosunku do kmiecia na osiołku lub krowie. Ot, pewne postawy nie zmieniają się od stuleci. Człowiek, boże igrzysko…

leć Adaś leć!

Justyna dokonała czegoś niebywałego. Ze złamaną stopą zdystansowała o prawie dwadzieścia sekund srebro, pokonując między innymi nakoksowane przeciwniczki. Biegi narciarskie nie są dla mnie szczególnie atrakcyjnym sportem, w zasadzie każde ściganko, konno czy koleśno, z buta czy w worku, tak samo nieekscytujące. Momenty zainteresowania pojawiają się, gdy udział bierze któryś z rodaków, jeśli oczywiście jest szansa na jego zwycięstwo. Taka potrzeba dowartościowania się sukcesami innych, ale niby swoimi, bo przecież to nasi, więc ich zwycięstwo to jakby moje, więc jestem zwycięzcą, jestem zwycięzcą. Na pewno każdy Amerykanin, Niemiec czy Rosjanin zazdrości mi bycia mną i chciałby wykraść część mojej duszy i owinąć się nią jak królewską peleryną. Także wielkopańskim gestem włączam kanał sportowy i czekam, czy być właśnie najlepszym z najlepszych, czy w razie porażki szybko przełączyć kanał zostawiając za sobą wstyd i pogardę, zanim jeszcze sięgnę po pilota już specjalizować się w innej dziedzinie życia, polityki czy kultury, co tam akurat będzie na innym kanale, nie pamiętając w ogóle emocji z przed kilku chwil. Tymczasem jednak Justyna wygrała, nasz jest dzień i nasza jest wiktoria. Krytycy, którzy wytykali dziewczynie brak klasy, że się tłumaczy, że nie powinna, teraz pieją i są zagorzałymi zwolennikami od pokoleń, ależ pokazała niedowiarkom. Bo przecież wcale nie musiała startować. Choć ja myślę, że gdyby tak zrobiła, znaleźliby się i tacy, którzy choć sami w deszcz nie mają ochoty zamoczyć butów tutaj stwierdziliby – mając do tego prawo udokumentowane wieloletnimi sukcesami na arenie międzynarodowej – że prawdziwy mistrz i sportowiec zawsze próbuje. Gdyby spróbowała i przegrała okazałoby się, że jest słaba, zawsze była i hańba jej. Trochę jestem zażółcony, bo intryguje mnie, skąd u większości ludzi bierze się potrzeba krytyki wszystkiego. Mój znajomy stwierdził, że spoko, fajnie i szacun, że wygrała, ale z tą stopa to przesadziła, a w ogóle to była niesympatyczna odpowiadając na milionowe pytania dotyczące stopy (bo po co o niej mówiła, skoro teraz się irytuje) i że jej nie lubi. Nie lubi? A jadł z nią kuropatwę z jednego talerza? Walili wspólnie kielony i zwierzali się sobie z prywatnych bolączek? Urągała jego matce? Nie znam Justyny. Stwierdzenie, że ją lubię lub nie chyba jest trochę nie na miejscu. Mogę ocenić ją jako sportowca. I jako sportowiec jest najlepsza. Nawet gdyby przegrała z dziewczyną z Tanzanii, fakt startu ze złamaniem zasługuje na uznanie. A Zwycięstwo na najwyższe uznanie. W sumie jest mi tej dziewuchy żal, bo poświęciła całe życie na dyscyplinę, w której przeciwniczki mogą się szprycować, wspomagać, papierek od lekarza daje im to prawo. Dla mnie to jakieś qui pro quo. Marit i każda inna, która się steryduje, nie jest według mnie sportowcem, nie zasługuje na to miano. Powinni zabrać jej wszystkie medale. I od razu mówię piszę, że gdyby sytuacja była odwrotna uważałbym tak samo. Startujesz do rywalizacji z tym co masz. Jesteś chory? Przegrywasz. Możesz wystartować na paraolimpiadzie, a nie zażywać niedozwolone środki, no bo przecież mi świszczy w płucach. Mam astmę i jak gram w mecza, to gdy brakuje mi oddechu strzelam w płuco wentolin i hopsasa, za pięć minut mogę hulać po parkiecie jak wiatr zimowy. Średnio to uczciwe. Ale ja gram na hali w szkole podstawowej i nikt nie ma pretensji o to, nie gramy o dolce i laur. Więc gdy patrzę na tę farsę z dzieleniem na tych, co mogą się wspomagać i tych, co nie, bo pan doktór nie wypisał karteczki, to jest mi żal. Ale gdy ktoś, kto nie oszukuje wygrywa z kimś, kto oszukuje, i robi to jeszcze z kontuzją, nie mam pytań. Wiem, ile wyrzeczeń i bólu kosztuje bycie sportowcem – ja puchę na crossficie na osiedlowej siłce, więc czym musi być poziom światowy i przygotowanie się do niego, a co dopiero bycie najlepszym na świecie. Nawet gdyby teraz Justyna się zaćpała, opluła staruszkę, podstawiła nogę dziecku i ukradła kosz śliwek, a potem śmiała się do rozpuku – to co zrobiła jako sportowiec jest godne pomnika. Poważnie.

 

A ja pracuję nad książką. Poprawek już jest sporo, niektóre ograniczają się do lapidarnej informacji na marginesie „tu opis zlewozmywaka” lub „historia powstania Państwa Czekolady”. Zamiana tych didaskaliów w ciekawą literaturę zajmie na pewno dużo czasu. Nie wspominając o fakcie, że na razie w ten sposób opracowałem jedną trzecią materiału, na pozostałych stronach znajdzie się jeszcze wiele miejsc, które będę chciał uzupełnić. Planowane ukończenie – biorąc pod uwagę moje tempo pracy – któraś z jesieni kolejnej dekady obecnego stulecia. Warunki mam idealne. Zima za oknem, Loreena w głośnikach, pracy nadal nie mam, nic więc nie zmusza mnie do wyjścia z domu i zostawienia pisania na później. Nic sobie jednak z tego nie robię. Dziś wstałem przed ósmą, jest prawie południe, zdążyłem do tej pory zrobić nic – internety, telewizja, dyskretna lektura literatury innych, że niby coś chociaż konstruktywnego, bo wzbogacam warsztat. Parafrazując jednego z bohaterów „C.K. dezerterów” nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów dostatecznie obelżywych, aby opisać moją postawę. I czym są sny o potędze, gdy człowiek robi nic, a chciałby olimpijskiego złota? 

cudze chwalicie, bo swoje znacie

Otóż i byłem u pana doktora. Generalnie temat służby zdrowia jest tak przegadany, że już w epoce Gierka nużył, ale dla własnej potrzeby wykrzyczenia bólu popiszę raz krótko.

Młodym niedzielnym sportowcem będąc spartoliłem sobie coś w barku. Sprawa zaczęła się w sierpniu, przez moje jej bagatelizowanie oraz wiarę w siły regeneracyjne jak u Volverine’a (to ten x-man, co się zrasta po cięciu maczetą w chwil kilka, pijąc piwo) do listopada nadal zajmowała pierwszą stronę mojego dodatku sportowego. Zatem postanowiłem upomnieć się o hajs ze składek zusowskich, które z największą przyjemnością płaciłem jako samodzielnie zatrudniony. Termin: Grudzień. Hu ha, ponad miesiąc czekania, niby dramat, jeśli patrzeć na kwestie ortopedyczne, ale znając realia raczej powód do radości. Tyle zwlekałem, to teraz też poczekam, przecież nie będę płacił prywatnie, skoro. W dniu wizyty standardowa kłótnia pod gabinetem, bo niby każdy pacjent ma wyznaczoną godzinę co do minuty, a kolejka na kilka osób. I okazało się, że mój termin został wyznaczony poprzez wciśnięcie mnie w już zajęty termin innej osoby. Dla jeszcze ciekawszej atmosfery okazało się, że nie tylko ja zostałem dopisany. Hu hu ha. Pozostało mi tylko wzruszyć ramionami, nie moja wina, więc się nie będę kamienował. Pan dochtór był miły i przepisując lek i okłady kazał przyjść już za tydzień, co to się dzieje. W resepsją zaszedł znów proceder dopisania mnie do czyjejś wizyty (teraz już byłem tego świadomy) i po tygodniowej kuracji znów pojawiłem się u szpecjalisty. Ponieważ stan barku nie uległ jakiejś diametralnej poprawie najpierw chciano mi zaaplikować blokadę, a potem postanowiono wysłać mnie na rezonans magnetyczny. I tu się zaczyna zabawa. Będąc roztropnym najpierw ustaliłem kolejny termin wizyty (też tylko miesiąc, bo grafik na nowy rok był jak na nasze standardy praktycznie pusty) i rozdzwoniłem telefony w przychodniach z rezonansem. Terminy: lipiec. Jako że do lipca ręka mogła już odpaść, z bólem serca (i barku) poszedłem na prywatne badanie. Koszt: Ponad 500 peelenów, ale jedna miejscówa proponuje za dwieście. Robię i na dzień przed wizytą u lekarza dostaję telefon: pan doktor zgłosił nieobecność (jak w szkole) i kolejny termin tydzień później, bo przyjmuje tylko raz w tygodniu. Czyli dublowane terminy przeniosi się, zatem możliwym jest, że na jedną wizytę i sześć osób przypadnie, razy nie wiem ile wizyt pan doktor ma dziennie. Więc przezornie wpadłem godzinkę przed wyznaczonym czasem i oczywiście nie byłem jedynym przezornym, ale tylko 4 osoby przede mną. A już podczas wizyty okazuje się, że instytucja, która miała tak korzystną cenę, ma niestety niekorzystny sprzęt. Stąd ta zależność. I pan doktor nie chce się podjąć analizy badania, bo nie jest specjalistą od barku, więc wysyła mnie do swojego kolegi, prywatnie (sic!). I teraz żeby nie przeciągać: gdybym nie miał tych dwóch stów to czekałbym do lipca, a tam mogłoby się okazać, że to badanie też jest niekorzystne. I że trzeba powtórzyć. Znów czekać pół roku? Zapłacić 500, żeby mieć pewność? Iść od razu do specjalisty i zapłacić kolejne sto coś złotych? Niedawno pan ministar Aryłukowicz atakowany przez opozycję też atakował. I ja go rozumiem, że mając do dyspozycji to, co ma skrócenie czasu oczekiwania na wizytę u specjalisty z czterech miechów do trzech to jest sukces. Ale jako chory mam to w dupie. Bo nadal muszę czekać, żeby się dowiedzieć, że lepiej mi iść prywatnie.

A teraz z innej beczki:

Ostatnio wracając z Wawy czekałem na polskiego busa. Pierwsza w nocy, dworzec na Młocinach, poczekalnia zapchana, bo taki mamy klimat. I z jednej strony na ławkach siedzące lub leżące ofiary systemu, proces rozkładu zróżnicowany, ale aromat, jaki tworzyli czuć było już przed wejściem pomimo mrozu. A po drugiej stronie stojący z walizami podróżni, odliczający minuty do przyjazdu autobka i modlący się o to, by czas w swojej łasce przyspieszył – środowisko internacjonalne, po angielsku, po hiszpańsku i po takiemu, co nie znam. Po środku wąski, na ile miejsce pozwoliło, pas ziemi niczyjej, po którym krążył chłopak w kamizelce polskiego busa, odpowiedzialny za bagaże zapewne. On, w przeciwieństwie do pasażerów, musiał tam pewnie odstać nie minuty, a godziny. Odstać, bo siedzenie wiązało się wiadomo z czym. Zostawiam tę wizytówkę stolicy jak Zola „Nędzników”, można się pochylić nad losem, choć ja wolałbym spuścić napalm.

 Bo też rozumiem, że nie zawsze jest to wybór tych nieboraków, że życie czasem nie zostawia jednak tego wyboru. Ale jako pasażer mam to w dupie. Bo ja płacę i stoję i zaczynam przesiąkać smrodem. A oni zdobyte skądś pieniądze wydają na chlanie – zarzygani i zapluci z nieprzytomną miną debila też tam byli. A umyć się nie chce.

Znajomi i rodzina liczą na to, że pracę znajdę jednak w kraju, a nie będę się pętał po obcych krajach. A ja zastanawiam się, co lepsze? Obcy w normalnym świecie czy swój w tym? Nie pierwszy się zastanawiam, i nie ostatni.

kraina lodu

Mamy zimę, a ja poszukując pracy, albo będąc dokładnym możliwości zarobku, praca jakoś gryzie się z moim jestestwem – niestety, jakże wygodniej byłoby mi w jakimś alternatywnym świecie, a nie tu, gdzie istotą bytu jest praca. Nie radość z motylka, relaks, spokój, tylko tyra – rano wstajesz, zasuwasz do kołchozu, 8-16, powrót tramwajem, w czterech ścianach zniszczony codziennością, kontaktem z innymi stłamszonymi ludźmi dogorywasz oglądając tele lub sącząc jad – ulubione ostatnio sformułowanie w mediach – komentujesz internety.

Zatem poszukując pracy delektuję się możliwością leżenia w łóżku tak długo, aż będę chciał, nie musiał, wstać. Freude, schöner Götterfunken, jak napisał Szileru, a Europa śpiewa unisono. Gdzieś tam w okolicy potylicy błąka się bzdurna myśl, że oto ktoś znajdzie tego bloga, przeczyta, zachwyci się, walnie reklamę za one milion dollars i będę mógł leżeć w tej wełnianej pościeli po wsze czasy, zamiast szperać po portalach pisać moje wynurzenia i generalnie robić nic. Ponieważ jednak widziałem już świat z bliska wiem, że mało to prawdopodobne, żeby nie użyć bardziej dosadnej partykuły przeczącej. Ale pomarzyć można zawsze, tym bardziej, gdy fantazyjne obrazy na szybach maluje dziadek mróz.

I te marzenia skonfrontowane z rzeczywistością powodują westchnienie, ach, westchnienie. Bo praca, jaka jest oferowana na rynku to przede wszystkim, jeśli nie tylko kołchoz. Nie chcę się zagłębiać w temat, bo smutno się tylko zrobi, a jeszcze człowiek narazi się na krytykę. Bo przecież skądś się biorą ludzie, którzy realizują się. I muzykę robią, i sporty uprawiają, i w filmach grają. Robienie muzyki i granie w mecza jest dla mnie sprawą wcale nie taką mistyczną. Ktoś dzieckiem będąc wpadł do kociołka z nutami lub dostał oszczepem rzuconym z pobliskiego stadionu, tak zaszczepiła się w nim miłość do. I brzdąkając na bandżo lub kopiąc szmaciankę rozwijał pasję, a  kapryśny talent akurat jemu dał szansę zostać zauważonym, plus ciężka praca i bach, oto jesteś kimś. Ale taki aktor? Kwestia talentu i ciężkiej pracy w tym przypadku chyba nie jest najważniejszym wykładnikiem sukcesu.  Czy to więc łut szczęścia? Osobowość? Sympatia kogoś ważnego? Znajomości? Ładna buzia? Ładne ciało? Brązowy nos? W nieciekawą i chyba niesprawiedliwą stronę idą te atrybuty. Ale może prawdziwą? Ja nie wiem, po prostu strzelam jak z kapiszonów. Bo co z aktorami, którzy kiedyś byli popularni, a dziś nie są? Ta sława, jak łaska, na wiadomo jakim koniu jeździ.

Nie wiem, jaki procent cukru jest w cukrze. Ilu z aktorów to ludzie z wykształceniem, którzy pokończyli pewueste i inne. Ci dostają potem możliwość sceninenia się i jedni odnoszą większy sukces, inni mniejszy, a inni tyci, a inni nie! Ale ilu jest naturszczyków? Chodzą na przesłuchania, castingi? Ktoś ich wypatruje w tłumie? Czy to ich geniusz, iskierka boga? Tak się po prostu zapytuję, nie zazdrość to, bo skoro jestem leniwy, to jestem też sobie winny, jakże słuszne wnioskowanie.

Ale jakże fajnie byłoby być takim aktorem, albo na przykład podkładać głosy! Ten sentymentalny wniosek napadł mnie po kinowej uczcie disneyowej, z resztą zwykle po Disneju coś mię rusza w przedsionkach i komorach.  Disney to jest jednak Disney. Żadore! Przyjemności związanych z oglądaniem jego filmów trudno porównać. A teraz wyobraźcie sobie, być częścią tego filmu. Ale nie mówimy tu o dziecięcych fantazjach wskoczenia w buty Mulan czy zamianie miejscami z Aladynem. Tylko o zwyklej produkcji. Zwykłej, a jakże niezwykłej ho ho ho. Ostatnio nawet dyskutowałem o tym ze znajomymi, albowiem – jak mawia klasyk w TVP – warto rozmawiać. No i oni, znajomi, odzierali mnie ze złudzeń, że korporka to korporka i oprócz kilku artystów, którzy podkładają głos, reszta to tyra, ciężka praca, delektujesz się tylko papierosem, na którego wyskakujesz w przerwie. Ja jednak myślę, że świadomość uczestniczenia w tworzeniu czegoś, co wywołuje uśmiech i radość i ciepło w ludziach na całym świecie daje więcej satysfakcji, niż zdalne skorygowanie ustawień drukarki (taki przykład, bo akurat korygowałem kiedyś zdalnie ustawienia drukarki i wiem, ile z tego satysfakcji). Rysowanie, montowanie, renderowanie? Widząc efekt, musisz się cieszyć.

I teraz krótko o dubbingu – Do takich hitowych produkcji zawsze pewnie będą zapraszani znani i lubiani, Stuhra czy Adamczyka nie przebiję. Albo teraz Czesiek Mozil, dla mnie genialny. Ale żeby jakieś szanse sobie dać (jeśli kiedyś jednak zdecyduję się na karierę) to powiem, że choć świetne i znane głosy – jak wspomniany Stuhr czy Adamczyk, czy wreszcie Stenka i mistrz Boberek – to jednak słuchanie ich w każdej kolejnej produkcji zaczyna trochę męczyć. I tu jest wspomniana szansa dla mnie. Szansa, szansa, szansa, szansa na…na na na na.

tam i z powrotem

Tymczasem kończę przygodę z własną działalnością. Co zrobić, okazuje się, że pomysł i chęci czasem nie wystarczą na kręcenie lodów. Aby zatem wrócić na łono przeciętnego pracownika pomiatanego przez system byłem zmuszony udać się do różnych urzędów. Wyprawa do urzędu ma w sobie coś z questa.

Mój zaczął się od „zebrania drużyny” – musiałem najpierw pojechać po pana Bobka do mechanika. Uu, ile ja już kapusty w niego wrzuciłem, niekończąca się historia. Ale bez żalu, no, może z malutkim, ostatecznie z tę kwotę miałbym teraz średniej klasy średnio stary parowóz, jakąś megankę, astrę lub szkodę oktawię. Ale szkoda gadać, cud techniczny zmierzchu rodzimego socjalizmu jeszcze się sprawuje, właśnie stuknęło mu ćwierćwiecze, także z okazji stania się zabytkiem życzę mu kolejnej ćwiartki zmagania się z polskimi drogami, a sobie zmagania się z nim.

W każdym razie wyruszyłem do miasta autobusem. I oto przygoda z MPK. Jakieś 5 lat temu pisałem opowiadanie na konkurs. Temat: Kanary. Czy Kanarowie, żeby nie mylić z wyspą, na którą każdy chciałby polecieć, aby sączyć drinka z palemką, ale nie każdy wie, gdzie ona jest. Więc pisząc o uczynnych stróżach biletów pisałem również o swoich doświadczeniach z Ę-pe-ka. Co to za doświadczenia każdy wie, bo każdy chyba miał nieraz przyjemność. Nie rozpisując się głodno, chłodno i chujowo. Jakie wnioski po upływie tych pięciu lat? Tylko jeden: NO CHANGE HERE. Teraz podróżuję albo autem albo rowerem i wolę stać w korkach lub być ochlapywanym przez samochody mijające mnie jadącego na rowerze, niż delektować się jazdą tramwajem, nawet, jeśli jest to PESA. Jesienią oddałem 126p na przegląd, do domu i następnego dnia po odbiór musiałem pojechać autobkiem. I tak w jedną stronę nie przyjechał jeden, w drugą dwa. Godzina czekania w lekko niesprzyjającej aurze, a potem towarzystwo niekoniecznie czystych współpasażerów to obraz znany użytkownikom MPK równie dobrze, jak Mona Lisa.

Także wyruszyłem po przygodę autobusem. Przesiadka do malucha była dla mnie niczym skok Gandalfa z wierzy Sarumana na Orła – salvation. Sami rozumiecie, czemu tak chwalę fiaciora, wyobrażacie sobie podróż do USu, do ZUSu, do PUPu (lub PUPy, jeśli kręcą kogoś fekalne żarty) jednego dnia komunikacją miejską? Gdybym zdecydował się na coś takiego, eskapada byłaby bardziej karkołomna niż wyprawa do Smauga, co mi tam, do Góry Przeznaczenia. Dochodzenie do przystanków, czekanie, przesiadki, czekanie na te przesiadki, koszt biletów pewnie wyższy niż paliwa, które jak wiadomo tanie nie jest, a czas poświęcony na to dłuższy chyba niż powrót Odysa. A teraz jeszcze lepsza część przygody: jaskinia smoka, czyli Uuu-rząd!. Żeby zamknąć biznes, na który dostałem dofinansowanko musiałem dostarczyć do PUPu dwa dokumenty, z USu i ZUSu. Zdobycie ich to takie zdobycie artefaktów. Najpierw dostanie się do jaskini, które jest niczym próby odgadnięcia hasła przez drużynę u wrót Morii, haha, powiedz przyjacielu i wejdź. Odnalezienie miejsca parkingowego w okolicy plus potwory grasujące na parkingach (popilnować?). Sama radość i ekscytacja. A kiedy jesteś już wewnątrz czeka cię konfrontacja z wężami, dziećmi smoka: odstanie swojego w kolejce, potem w drugiej kolejce, bo okazało się, że ta pierwsza była niepotrzebna, pani w informacji pomyliła się lub powiedziała cokolwiek, niech nikt nie odważy się mieć złudnego wrażenia, że siedzi w tej informacji dla nas. Ostatecznie docierasz do okienka z brodą jak krasnolud lub też po dwóch goleniach, jeśli byłeś przezorny i zabrałeś jednorazówkę żilet. I tutaj loteria. Przyczepi się? Nie przyczepi? Zażąda paszportu, książeczki wojskowej, pozwolenia notarialnego od rodziców w trzech kopiach i pięciu językach, własnego aktu zgonu? W ZUSie trafiłem szóstkę – miła pani wypisała zaświadczenie od ręki, nie zniechęcona nawet tym, że nie pamiętałem dokładnej daty rozpoczęcia działalności, z uśmiechem skarciła mnie, że wpisałem błędną na wniosku. Galadriela. W USie byłem już niestety jednym z wielu – po wypełnieniu wniosku dowiedziałem się od Meduzy, która łaskawie ani razu nie zaszczyciła mnie spojrzeniem, że na identyczne zaświadczenie muszę poczekać tydzień – odbiór wiąże się z kolejnymi przyjemnościami fundowanymi nam przez państwową administrację. Hej przygodo!

czas na coś

Otóż i rozpoczął się nowy tydzień, a nawet minął jego pierwszy dzień. I siedzę nad klawiaturą i tylko z obowiązku piszę o niczym. Ma to być forma wpadnięcia w nawet nie wiem w co, brakuje mi słowa, tak jak brakuje mi pomysłu na pisanie. Ale piszę. Albowiem czasem trzeba się zmusić do działania, inaczej zdziadzejemy, zjełczejemy jak masło, nic nam się nie będzie chciało. Od dwóch miesięcy nie ćwiczę, bo mam ból barku. Ból boli, zapalenie kaletki nie chce się ugasić, staram się oszczędzać ramię moję męskię. I wiem już, że kiedy znów będę rybą powrót do systematyczności będzie ciężki. Bo do lenistwa łatwo się przekonać, do pracy – och, jakie to odkrywcze – trudno. Badania wykazały, że jeśli poświęcimy na jakąś czynność minimum dziesięć minut dziennie po upływie około miesiąca wejdzie nam ta czynność w nawyk. Dlatego wielu wielkich pisarzy (chyba dlatego, tak mi się wydaje, bo po co, jeśli nie po to) siadało nad kartką na kilka godzin i tworzyło lub pracowało nad tworzeniem, czy była wena, czy nie. Ja weny nie mam. Ale wyrabiam nawyk. Pisząc książkę trochę go wyrobiłem, ale już mi się zdążył odwyknąć. Ot marność naszego gatunku. Po napisaniu pierwszego wpisu miałem moc tematów. Ale postanowiłem zostawić je na później, genialny pomysł mój drogi.

Na gwiazdę dostałem nowego Jędrusia Sapkowskiego, który wbrew opiniom zasłyszanym tu i ówdzie wcale nie okazał się słaby, sprawił mi wiele radości. Chcąc pozostać w krainie fantasy jeszcze przez moment sięgnąłem potem po antologię rosyjskich i ukraińskich pisarzy, oddających cześć mistrzowi. Opowiadania różne. Takie, których lektura nasuwała pytanie, czy sam autor miał pojęcie o tym, co pisze? Moje wynurzenia o dajmy na to szafie, którą dostałem w prezencie będąc na stypendium w Niemczech tak w formie jak w treści byłyby o niebo albo i o piekło lepsze. Nie dziwota, że nikt nie zna tego pisarza. Były i takie, których lektura była dużą przyjemnością. Czemu nikt nie zna tego pisarza? Czemu nie zrobił kariery? Może jeszcze zrobi? I teraz nie wiem, jak napisać, że były i litość i kpina, że takie kiepskie o!powiadania powstają, a nawet są wydawane, były i zazdrość i smutek, że tych fajnych opowiadań oprócz grupy fanów Sapka szersza publiczność nie pozna i nie doceni. Więc napiszę, że była i litość i kpina, i zazdrość i smutek.

Czy kiedyś ja zostanę poproszony o napisanie opowiadania? Czy jeśli je napiszę, wywoła ono litość i kpinę? Czy zazdrość? Ale bełkot.

A Jurek znów zagrał, by ratować życie, i znów znalazła się grupa ludzi, która jedząc zupę wytyka go łyżką i bełkoczą, że robi to dla poklasku lub dla pieniędzy. To dopiero jest smutek

 

myśli kilka Majka Świrka

Wydawać by się mogło, że napisanie krótkiego tekstu o niczym jest zdecydowanie prostsze, niż napisanie książki. Tymczasem od postawienia ostatniej kropki w dziele mego życia nie napisałem nic (oprócz listu motywacyjnego, który jest formą dla mnie – mimo mego wieku – nadal zaskakującą – kto wierzy w te autopeany doprawdy nie pojmuję). Wolę czekać na pierwsze opinie recenzentów i szykować się na oczywiste poprawki. Przez chwilę chciałem wmówić mojej łatwowiernej duszy artysty, że nie tak łatwo wpaść na koncept, lepiej poczekać, aż on wpadnie na nas, jak nielubiany kolega z lat szkolnych – nie wiadomo, co począć, ale generalnie niefajnie. Mamy wytłumaczenie, że nie ma możliwości zanotowania, ale cieszymy się, że umysł jest twórczy. Po powrocie do domu nie robimy z tym nic, bo już zapomnieliśmy. Efekt summa summarum gorszy niż żaden, bo świadczy o naszej nieudolności. Ale wspomniana łatwowierność jest podszyta obrzydliwym kunktatorstwem, gorszym od nieudolności, oraz gorszym jeszcze od kunktatorstwa strachem. Miałem bowiem, za namową bliskich, spróbować od nowego roku pisać bloga. Komentować wszystko wokół mnie, a także, co może trudniejsze, to, co we mnie. Tymczasem minął już pierwszy tydzień Anno Domini 2014, a ja jak wiadomo, ten tego, a zresztą. Bo albowiem gdyż obleciał mnie zwykły strach. Co, jeśli blog okaże się niewypałem? Jeśli moje przemyślenia będą warte mielonki z dyskontu? W połowie konsumpcji siup do kosza? I ból brzucha, w tym przypadku tego intelektualnego? Znajomi zawiedzeni, tracę w ich oczach, tracę w swoich, tracę też na wadze, umieram wyschnięty, nikogo na pogrzebie, matka zawstydzona, sąsiedzi kpią, już nawet nie ma sąsiadów, wszyscy się wyprowadzili z dala od tej degrengolady. No i co ze spiżem na stronicach? Przecież jak każdy twórca chciałoby się sławy, skoro już piszę. Niby dla własnej przyjemności, ale próżność jest cechą ludzką bardziej chyba, niż chodzenie w pozycji wyprostowanej. Jak zatem osiągnąć rozgłos w dzisiejszym świecie, gdy co pięć minut pojawia się nowe bożyszcze i po przysłowiowych pięciu minutach, jak i rzeczywistych pięciu minutach odchodzi w niepamięć? Jak zaistnieć, a do tego zaistnieć z klasą, a nie w formie, która byłaby niezrozumiała nawet dla Witkacego? Tu dochodzimy do kultury, czy pop-kultury, która jest dziś miazgą. Wbija w asfalt. Ale nie w tym dobrym znaczeniu. Ponoć Marylin powiedziała, „nieważne, jak o tobie mówią, ważne, że mówią”. Był to jeden z argumentów we wczorajszej śledzonej przeze mnie dyskusji fejsikowej o nowym teledysku Nataszy Urbańskiej. Piękna i zdolna, a taką chałę zaserwowała, gorzką lub nawet bez smaku. Prawie wszyscy ją atakowali. Prawie wszyscy smutni, szarzy ludzie, wróciwszy z pracy, w której są nikim lub najwyżej popychłem, o których świat najprawdopodobniej nigdy się nie dowie. Ani świat, ani Natasza. Siedząc w dresie lub w majtkach, z wywalonym brzuchem okraszonym okruszkami po kanapce z dżemem też ferowałem wyroki, a jakże. W moim (nawet nie moim) małym, brudnym, ciemnym królestwie. O którego istnieniu ani świat, ani Natasza nie wie. A dziś rano również na fejsiku widziałem dyskusję o Michale Szpaku, Michału Szpaku. Nie dyskusję, same inwektywy, poziom których zbliżony był do poziomu Rowu Mariańskiego, a których treści zakazuje nasza konstytucja. Z niesmakiem odłożyłem kolejną kanapkę. I przemyślałem, bo lubię przemyśliwać. Michał o tej dyskusji też na pewno i na szczęście się nie dowie, tak jak Natasza o tamtej. Tymczasem to wszyscy ci nienawistnicy (hejterzy, huhu, hejterzy) mówią o nich, a nie odwrotnie. Także tego ten. I to powinno dyskusję urwać. Ale sobie podsumuję.
Nie jest prosto się wybić. A jeśli komuś się uda, to najczęściej walec drogowy byłby mniej dewastujący niż opinia publiczna. Coś się porobiło naprawdę smutnego, że jeśli mówimy o kimś lub o czymś, to przede wszystkim źle. Zachwytów nad kimś lub nad czymś jest procentowo zdecydowanie, zdecydowanie, zdecydowanie (tu zdecydowanie w okresie, bo zdanie lekko matematyczne) mniej. Tak, wiem, bo w zalewie chłamu fajność bez problemu zmieściłaby się na malutkiej wysepce. Wynika to pewnie z faktu, że każdy może, każdy ma dziś możliwość i dlatego wielu próbuje, na swoją i naszą zgubę. Ale to, czy realizuje swoją pasję lub próbuje zyskać sławę, chwałę, nieśmiertelność pozostając sobą lub robiąc rzeczy zgoła do siebie zupełnie niepodobne, jest bez znaczenia. Dopóki sami nie zrobimy czegokolwiek, nie zadamy sobie jakiegokolwiek trudu, nie narazimy się na krytykę, nie wypada być sędzią i katem jednocześnie. Tak sądzę. I dlatego piszę. Bo chcę być sędzią i katem. Uch, w końcu będę mógł.

I tak napisałem pierwszą kartkę internetu.