Gwiazdy wspomnienie

Ot, wspomnienie. Pojawia się czasem

Znienacka. Nie wiedzieć czemu i po co.

I otula mnie ciepłem, a nad lasem

Gwiazdy jasno ze śmiechu migoczą.

Ten las ciszą szeleści jak ogonem pawim.

Śpią zwierzęta, cała leśna gromada.

Gwiazdy za to chcą w wyścigi się bawić,

Z wdziękiem jedna za drugą w noc spada.

Kołysanki słowa płyną jak liście paproci

Ze strumienia szeptem, wiatr szumi jej melodię.

Leżą gwiazdy na łące, zmęczone po locie,

Złotopiękne, i szczęścia blask bije od nich.

A Ty jesteś właśnie gwiazdami wśród traw

Niedostępna, bo taka gwiazd jest natura.

Choć mnie kusisz feerią doznań, smaków i barw

Nim podejdę znowu skryjesz się w chmurach.

Tylko ślad po Tobie zostaje. Ślad rozkoszy,

Jakże smukły, wyściełany gwiezdnym pyłem.

Ten ślad, nim słońce noc i sen rozproszy,

Ten dotyk, to wspomnienie. Ciepłe i miłe.

Ciepłość

Przestałem śpiewać pod prysznicem

I głupich min już nie robię.

Ale nie, że minąłem dorosłości granicę,

Po prostu smutno mi po tobie.

Jednak wiosna radosna nadchodzi skrycie,

Słonko coraz wyżej świeci,

Ciepły wiatr wieje, deszczyk o świcie,

A z nim jakoś to wszystko leci.

Więc uśmiecham się mrużąc powieki,

Słucham trąbki czy pianina Komedy.

Lub napiję się kawy z mlekiem,

Papierosa zapalę od biedy

I Jest miło. Promień słońca

Parkiet przy biurku maluje na kolor złoty.

Położyłbym się tam i bez końca

Leżałbym, gdybym był małym kotem.

Koty lubią grzać swoje futro

I ja lubię słońce na twarzy.

Wczoraj było zimno. Kto wie, jak będzie jutro.

A dziś jest pełne ciepła, miękkości.  I marzeń.

Wszystko boli

Wszystko boli

Stare kontuzje, umęczone ciało

I stawy nierozciągnięte

A tak by się szpagat zrobić chciało.

Lub szybkie auto z salonu,

Wycieczka po zaułkach Florencji

Czy zwykły za gaz rachunek - 

Bo się nie ma na to pieniędzy.

Ludzka głupota i zawiść.

Że tolerancja to tak wielki trud.

I wojna całkiem daleko

I zupełnie niedaleko głód.

I zwierzęta, które cierpią,

Ziemia łkająca pod stopami.

Że nic się na to nie poradzi,

Choć zabijamy ją sami.

I tyle miejsc nieodwiedzonych,

I te książki nieprzeczytane.

I marzenia niespełnione,

Te proste i te niewypowiedziane.

I sam ból boli,

Że się nie wie, czy mieć czy być.

Że prościej jest oszukiwać

I prawdziwe ja przed innymi kryć.

Że nie krzyczy siebie na głos

Tylko myśli, co ktoś myśli.

Ten brak do wszystkiego dystansu

Więc i przejmowanie się wszystkim.

Że tyle rzeczy się zaczyna,

A tak niewiele skończyć się udaje.

Że się boi zdobyć na to najważniejsze,

Gdy stanie się na decyzji rozstajach.

Że się nie wie, co tak naprawdę jest najważniejsze.

A może się wie? I właśnie to napawa bólem?

Że Cię przy mnie nie ma i nie wiem, gdzie jesteś.

I czy istniejesz w ogóle.

W upojeniu

Wznieść się troszeczkę na wyżyny

I opisać sprawy jak się mają

Znów patos i chęć poetyckości

W efekcie baju baju

 

A takie to proste i proste

zapewne z przyczyn alkoholu

Gdy świat się toczy za oknem

A my skupieni na żyrandolu

 

Co staje się naszym słońcem

I patrzymy się w niego skupieni

I wokół tworzymy własne światy

W których chcielibyśmy coś zmienić

 

To jedyna prawdziwa nadzieja

Na nasze, więc lepsze życie

Oddech spokojny, miarowy

Marzenia wychodzą z ukrycia

 

Otwarcie, przed samym sobą

Rym w drugim wersie, więc się zgadza

Słusznie kroki w naszych myślach

Coś tam, coś tam, wynagradzać

 

Wynagradzać? A pewnie, przecież

Pragniemy dla wszystkich najlepiej

I dla siebie też, ostatecznie

I tak przymkniemy powieki

 

Po długiej, ciężkiej walce

Trudno się z życiem uporać

Gdy na jego kartach tylko palcem piszemy

Dość skomplikowana metafora

 

Sen na jawie, chaos na papierze

Ale może zrozumiecie, co mam na myśli

Walka o prawdziwych nas i nagroda

A nagrodą sen, który się ziści

 

Oto głos z oddali znajomy

Buduje nas, daje wsparcie

I choć wspiera, nie tego chcemy

Nie o to walczymy zażarcie

 

Cóż za bełkot spod palców wypływa

A to głowa dyktuje te bzdury

Skupmy się na naszych potrzebach

Kwintesencjach naszej natury

 

Tak naprawdę chciałem napisać

O istocie naszego jestestwa

O tym, co nas prowadzi

I o tym, co nas określa

 

O tym, czego pragniemy

Lecz szeptać nie mamy odwagi

O tym, co chcielibyśmy spotkać

Nie na końcu, a w trakcie naszej drogi

 

O kimś, kto nas zaakceptuje

O kimś, kto nas zrozumie

O kimś, kto dojrzy wyjątkowość

W zwykłości i szarości tłumie

 

Kto weźmie nas bez zastrzeżeń

Bez pytań,  bez wątpliwości

Takich, jakimi jesteśmy

Nie będzie sobie rościł

 

Praw do ingerencji

Praw do nas zmieniania

Koniec i początek, bez znaczenia

 Najważniejsze, że tak, bez wahania.

Le chat noir

Oczy masz takie piękne, takie duże i takie złote.

Rozkosznie się przeciągasz, zupełnie tak, jak lubią koty.

Wtulasz się we mnie mocno i mruczysz w mych ramionach.

A kiedy wyjść chcę, płaczesz i jesteś obrażona.

Bo ciągle chcesz być przy mnie, zasypiać u mego boku.

Tu czujesz się bezpiecznie, choć świat wiruje wokół.

Oczy mrużysz w ekstazie, gdy twoje ciało pieszczę.

Gryząc mnie delikatnie uśmiechasz się drapieżnie.

I godzisz się potulnie, bym robił z tobą wszystko.

Aż trudno w to uwierzyć, że jestem tylko myszką.

Że tylko się mną bawisz, udając, że mam władzę.

Zabawna ról zamiana w emocji maskaradzie.

Nigdy cię nie zdobędę i razem wiemy o tym.

Naiwny ten, kto sądzi, że może rządzić kotem.

Nie umiem Cię zatrzymać, bo jak zatrzymać ducha?

Chcesz – przyjdziesz, chcesz – odejdziesz, a w twoich kocich ruchach

Zmysłowość, obojętność. Pogarda, pożądanie.

I chociaż to niezdrowe, to ciągle czekam na nie.

A ty się ze mnie śmiejesz, że dręczy mnie choroba.

Że jesteś tą chorobą to też ci się podoba.

Nie pojmie tego nikt, kto choć raz tego nie poczuł.

Nie umiem się uwolnić od twoich kocich oczu.

I znów jak głupek się zakochałem

I znów jak głupek się zakochałem.

Człowiek nie wyciąga wniosków.

Bo ciągle powtarza, że nigdy więcej,

A potem bach! i już, po prostu.

Siedzi, wzdycha, w sufit patrzy,

Serca kreśli, pisze durne wiersze.

I upaja się deszczem za szybą

I w kominku grającym świerszczem.

Gdzieś by poszedł, pobiegł, poleciał.

Sam dobrze nie wie, po co i dokąd.

I piosenki fałszuje pod nosem

I uśmiecha się do siebie szeroko.

I myśli – ach, głupi głupek –

Że teraz to już będzie na wieki,

Więc aby sen w głowie zatrzymać

Ze wszystkich sił zaciska powieki.

W końcu oczy otworzy zdumiony

I zapyta „ale przecież, jak to?”

Bo nie komedia to, lecz jak zwykle

dramat, tylko we trzech aktach.

Co później, wszyscy świetnie wiedzą,

Szkoda papier na jęki marnować.

Ale później to, później, a teraz

Idę kochać, jak głupek, od nowa.

Cyrk

Skąd przychodzicie, dokąd zmierzacie,

Życia szarego barwne postacie?

Szukacie wiecznie, nie wiedząc sami,

Wiedzie do celu trakt pod stopami?

Po drodze jarmark, kolejny spektakl.

Może do nieba, może do piekła

Prowadzi wasza sztuka cyrkowa.

Ciągle to samo, ciągle od nowa.

Kurtyna, werbel i chwila ciszy…

I niech się dzieje, niech świat usłyszy!

 

Pod tobą przepaść, mój linoskoczku.

Idziesz niepewnie, kroczek po kroczku.

Utkwione w tobie widzów spojrzenia.

Przejdziesz czy spadniesz – to bez znaczenia.

Oni chcą igrzysk, po to tu przyszli.

Więc balansujesz, dla ich rozrywki.

 

Nos masz czerwony, twarz całą w farbie.

Za nią się kryjesz, bo jesteś klaunem.

Trzeźwo nie patrzysz, wszystko jest farsą.

Nie zmienisz tego, choć pragniesz bardzo.

Chcą tu komedii, a ty nią jesteś,

Więc musisz śmiać się, ku ich uciesze.

 

Skoncentrowany, stoisz na scenie.

Czary i sztuczki twym przeznaczeniem.

Jesteś kuglarzem, zatem żonglujesz

Wszystkim możliwym. Radością. Bólem.

Wciąż oszukujesz i igrasz z ogniem.

Ten ogień prawdę o tobie połknie.

 

Razem ten dziwny teatr tworzycie.

Niby trzy różne, a jedno życie.

Nikt was nie zmusza, chcecie go sami,

By swoje serca sycić brawami.

Czy po to tylko to widowisko?

Sprzedawać siebie, by być artystą?

Nie. To proste tak, jak wiersz ten cały.

Chodzi o więcej niż moment chwały.

Ludzie próbują, wielcy i mali,

Od zapomnienia siebie ocalić.

Kołysanka

Cyt, cyt, zamknijcie oczy dzieci,

Księżyc złowrogo dziś świeci.

Posłuchajcie swojej matuli,

Ona głosem do snu was utuli.

Nie spoglądajcie przez okno.

Stare wierzby na deszczu mokną.

Wiatr mocno ich konarami targa.

W jego wyciu smutna skarga,

Że zimno mu i samotnie.

Więc gdy zobaczy was w oknie

Porwie i już tu nie wróci.

Matulę to zasmuci.

Posłuchajcie jej, gdy was prosi.

Deszcz cichnie, mgła się wznosi.

Nie płaczcie, cicho, sza.

To nie jest dobra mgła.

W niej się coś złego kryje.

Wiatr wciąż złowieszczo wyje.

Cyt, cyt, słyszycie to?

Za oknem czyha zło.

Połóżcie się spać, kochane,

Matula przy was zostanie.

Zamknijcie swoje oczy.

Niech sen was zauroczy.

M jak

Tak łatwo się o Tobie pisze

Lecz tak trudno Ciebie spotkać.

A może to ze zwykłego strachu

Nie chcę Cię wpuścić do środka?

Bo przecież już u mnie byłaś,

Przecież pukałaś do drzwi.

Ale ja Ciebie nie słyszałem,

byłem wtedy zajęty i byłem zły.

Bo wytężałem wszystkie siły,

A nie mogłem Ciebie odnaleźć.

Choć miałem Cię tak blisko.

To doprawdy niebywałe.

Niebywałe, że ma się odwagę

Wyruszyć na świata kres

I ma się siłę, by szukać,

By bez tchu za Tobą biec.

Zdobywać wichrowe góry

Lub nurkować w mrocznej toni.

A boję się po prostu Cię wziąć,

Gdy leżysz obok, jak na dłoni.

Ballada o Cymbale

Gramofon już włączony i kręci się płyta.

Będzie kto tu gadał, to biedy se napyta.

Bo teraz, gaduły, słuchania jest pora.

Nie zagłuszać mi tedy pana narratora.

Żył na Retkini oprych, Cymbałem był zwany.

Wszyscy się go bali, choć mieszkał u mamy.

Większego łobuza nie znał Retki świat.

Od dzieci był starszy o dobrych parę lat.

Spodnie miał przykrótkie i głupawą gębę,

Zęby całe czarne, jakby jadał węgiel.

Kradł małym złotówki, kanapki i picie.

Ciężko z nim tam mieli, toć sami słyszycie.

Teraz rozkręca się ta smutna ballada,

Kto jej nie chce słuchać, niechajże stąd spada.

Więc razu pewnego malutką Halinkę

Babunia wysłała po świeżą botwinkę.

Chciała starowinka ugotować zupę.

Dodała już soli, wsypała też krupę

I tylko warzywa w tej zupie był brak.

Halince, wiadomo, nie było to w smak –

Bo Cymbał gdzieś tam na pewno grasuje.

Cóż, trudno się mówi. Wiatr wśród bloków duje,

Hala idzie, na ramieniu torba, a na drugim dusza.

Wraca już ze sklepu, wtem! Coś się porusza

Między trzepakami a brudnym śmietnikiem.

Spłakało się dziewczę, biegnie z głośnym krzykiem.

Lecz ją dopadł Cymbał! Już jej torbę zrywa,

Już łapska tam wkłada! „A co to? Warzywa?

Ni cuksów, ni pączków, tylko jakieś kwiatki?

I jak tu z was wyżyć, moje biedne dziatki?”

Zniesmaczony Cymbał oddał torbę Hali

I ruszył szukać innych, co się jego bali.

Cymbał nie był vege, więc z groźnej kabały

I Halinka i zupa się uratowały.

Narrator milknie, z płyty słychać trzaski.

Ballady jest kuniec, pora na oklaski.