Kołysanka

Cyt, cyt, zamknijcie oczy dzieci,

Księżyc złowrogo dziś świeci.

Posłuchajcie swojej matuli,

Ona głosem do snu was utuli.

Nie spoglądajcie przez okno.

Stare wierzby na deszczu mokną.

Wiatr mocno ich konarami targa.

W jego wyciu smutna skarga,

Że zimno mu i samotnie.

Więc gdy zobaczy was w oknie

Porwie i już tu nie wróci.

Matulę to zasmuci.

Posłuchajcie jej, gdy was prosi.

Deszcz cichnie, mgła się wznosi.

Nie płaczcie, cicho, sza.

To nie jest dobra mgła.

W niej się coś złego kryje.

Wiatr wciąż złowieszczo wyje.

Cyt, cyt, słyszycie to?

Za oknem czyha zło.

Połóżcie się spać, kochane,

Matula przy was zostanie.

Zamknijcie swoje oczy.

Niech sen was zauroczy.

M jak

Tak łatwo się o Tobie pisze

Lecz tak trudno Ciebie spotkać.

A może to ze zwykłego strachu

Nie chcę Cię wpuścić do środka?

Bo przecież już u mnie byłaś,

Przecież pukałaś do drzwi.

Ale ja Ciebie nie słyszałem,

byłem wtedy zajęty i byłem zły.

Bo wytężałem wszystkie siły,

A nie mogłem Ciebie odnaleźć.

Choć miałem Cię tak blisko.

To doprawdy niebywałe.

Niebywałe, że ma się odwagę

Wyruszyć na świata kres

I ma się siłę, by szukać,

By bez tchu za Tobą biec.

Zdobywać wichrowe góry

Lub nurkować w mrocznej toni.

A boję się po prostu Cię wziąć,

Gdy leżysz obok, jak na dłoni.

Ballada o Cymbale

Gramofon już włączony i kręci się płyta.

Będzie kto tu gadał, to biedy se napyta.

Bo teraz, gaduły, słuchania jest pora.

Nie zagłuszać mi tedy pana narratora.

Żył na Retkini oprych, Cymbałem był zwany.

Wszyscy się go bali, choć mieszkał u mamy.

Większego łobuza nie znał Retki świat.

Od dzieci był starszy o dobrych parę lat.

Spodnie miał przykrótkie i głupawą gębę,

Zęby całe czarne, jakby jadał węgiel.

Kradł małym złotówki, kanapki i picie.

Ciężko z nim tam mieli, toć sami słyszycie.

Teraz rozkręca się ta smutna ballada,

Kto jej nie chce słuchać, niechajże stąd spada.

Więc razu pewnego malutką Halinkę

Babunia wysłała po świeżą botwinkę.

Chciała starowinka ugotować zupę.

Dodała już soli, wsypała też krupę

I tylko warzywa w tej zupie był brak.

Halince, wiadomo, nie było to w smak –

Bo Cymbał gdzieś tam na pewno grasuje.

Cóż, trudno się mówi. Wiatr wśród bloków duje,

Hala idzie, na ramieniu torba, a na drugim dusza.

Wraca już ze sklepu, wtem! Coś się porusza

Między trzepakami a brudnym śmietnikiem.

Spłakało się dziewczę, biegnie z głośnym krzykiem.

Lecz ją dopadł Cymbał! Już jej torbę zrywa,

Już łapska tam wkłada! „A co to? Warzywa?

Ni cuksów, ni pączków, tylko jakieś kwiatki?

I jak tu z was wyżyć, moje biedne dziatki?”

Zniesmaczony Cymbał oddał torbę Hali

I ruszył szukać innych, co się jego bali.

Cymbał nie był vege, więc z groźnej kabały

I Halinka i zupa się uratowały.

Narrator milknie, z płyty słychać trzaski.

Ballady jest kuniec, pora na oklaski.

Relacja

Bożydar, chłopak gładki jak dandys,

Zaproszon został do panny Wandy

Na łyczek wyśmienitej brandy.

Elegancko więc się odsztyftował,

Chustkę batystową do butonierki schował,

Brylantyną (zawsze noszoną w kieszeni)

Włosy nasmarował

I do drzwi pięknej panny zastukał.

„Ależ z pana jest niezła sztuka!”

Powiedziała Wanda na powitanie

I tak zaczęło się spotkanie.

 

Chichotanie, długie w oczy spoglądanie,

Do uszka słówek czułych szeptanie

I w rytm muzyki z adaptera

Zmysłowe stópką poruszanie.

Wtem panna Wanda

Swoje eleganckie sandałki zdejmuje

I taniec argentyński, co się Tango zwie,

Zatańczyć proponuje.

 

Bożydar przyjął propozycję skwapliwie,

Gdyż pomyślał „Niewątpliwie

W tańcu zdarzy się okazja jaka

Na tak zwanego potocznie ,cwaniaka’

skraść tej pannie buziaka,

Skoro panna ochotna taka”.

I chłopak kilka kroczków postępuje,

A tu panna Wanda już w tańcu wiruje!

W rytm muzyki się kręci,

Ciałem młodym a pięknym Bożydara nęci.

 

Nachylił się tedy młodzieniec bez wahania

By szyję, nastawioną do ucałowania,

Pokryć pocałunkami –

A pocałunków tych miało być niemało! –

I przycisnął dziewczynę do siebie śmiało.

Lecz o dziwo! Ta wyrywa się nagle

I mówi: „Cóż robisz diable,

Pan trzymasz mnie jak w imadle!”

 

Zdębiał Bożydar młody,

Szkarłatem mu nabiegły jagody:

A cóż to za podchody!

Najpierw tak, a potem nie?

Przecie ja w żyłach nie mam wody! –

Łapie w emocjach za sandał prędko:

Ach, ty przewrotna panienko!

Trach! Bucik rozbija szybę i leci przez okienko.

 

Obruszyła się nadobna Wanda:

„Toż to granda i skandal!

Pan jesteś nieokrzesany zwierz

I do tego wandal!

Czy pan wiesz,

że to był mój ulubiony sandał?”

Bożydar szybko się opanował,

Jak cziko latino

Włosy przejechał brylantyną

I przemówił z dostojną miną:

 

„Wandal? Jedyne, co łączy mnie z Germanami,

To ich język studiowany niektóremi chwilami

Oraz czasem paranie się u nich pracami,

Aby móc się potem pochwalić

Większemi niż tu zarobkami.

Ale pokrewieństwo nas żadne nie łączy” –

Przerwał, westchnął, po czym dokończył:

 

„A co do zwierzostwa, moja droga pani,

Przykro mi, że zaszło to między nami,

Ale dałem się zdrożnym myślom omamić

I nie mogłem już zapanować nad emocjami.

Więc tak niestety wyszło. A za bucik

Przepraszam. Proszę się nie smucić.

Wykorzystam koneksje

I postaram się go tu wrócić.

 

Tymczasem proszę o mnie

Nie myśleć niesympatycznie.

Ja serce mam liryczne,

A że pani słuchała tak ślicznie,

Chciałem zbliżyć się metafizycznie

Kulturalnie się zwierzając.

Ale „meta” później psikusa sprawiając

I od reszty słowa w tańcu się odłączając,

spowodowało, że doszło do samej ,fizyki’.

Jednak powtarzam, zwykle nie bywam dziki.

Cóż, więcej pani nie napadam.

Zabieram siebie – i spadam”.

 

Piękna Wanda przymrużyła oczy

Podmalowane kolorem,

Uśmiechnęła się, po czym

Oblizała wargi różowiutkim jęzorem

I rzekła:

„Przyjdź pan do mnie jutro wieczorem.

Pozwierzymy się sobie przed telewizorem.

Oczywiście kulturalnie –

Będzie film z Nikiforem”.

Bajka

Wiem, że gdzieś jesteś. Że też na mnie czekasz.

Że będziesz aksamitem, co duszę powleka.

Że we mnie się wtulisz, szukając wytchnienia.

Że popchniesz, gdy przyjdzie dogonić marzenia.

Że zrozumienie znajdziesz i sama je okażesz.

Że z uśmiechem pomożesz nieść życia bagaże.

Że będę Ci wodą i ogniem Ci będę.

Że będę spokojem. I będę obłędem.

Że będę drogowskazem w życiowej rozterce.

Że dam Ci to wszystko, czego pragniesz sercem.

I nie będziesz już miała żadnych wątpliwości,

Że jestem spełnieniem banalnej miłości.

 

I Ty nim też będziesz, wiem to na pewno.

Znajdę Twą wieżę, bajkowa królewno.

O możliwościach

Żył raz mężczyzna, który

Choć skromnej był postury

Mierzyć chciał ponad chmury.

I na szczycie stanąć góry

Co się nazywa Parnas.

Pisał więc wiersze i klecił

wersy dla starych i dzieci,

A wszystko to warte śmieci.

I śmiali się inni poeci,

Że jest poetycki parias.

Lecz oto pewnego razu

Na widok kobiety obrazu

Strofy nabrały wyrazu

I utkał on z weny nakazu

Piękny liryczny arras.

Tak że widzicie, kochani

Że nawet gdyście do bani

I zwykle każdy was gani

Spychając do otchłani

 Artyzmu, to furda marazm!

Z muzą każdy go może pokonać

Pisząc słowa godne Katona.

Potem w chwale unieść ramiona,

A tłum na waszą cześć wykona

Taniec, i zabrzmią dźwięki fanfar.

Sen o śnie

Chciałbym być z Tobą i ufać Ci.

Przynosić rano ze sklepu rogale,

Wieczorem zaś z ogrodu bzy.

Nocą sypałbym na Ciebie korale.

Chciałbym czuć Twoje ramiona,

Całować Twe uda i Twe biodra.

Dotykać skóry, co słońcem spalona

Poci się, gdyś dla mnie szczodra.

Chciałbym Ci szczęście wielkie dać

I brać je również od Ciebie garściami.

A potem spokojnie moglibyśmy spać,

A księżyc spałby tuż nad nami.