Opowiadanko, cz. II

- Nie ma tu miejsca na ale. Żądam odsłuchania rozmowy z konsultantem, pani… Elu – Bożydar odczytał imię z tabliczki na piersi dziewczyny, pod którego nieoficjalną formą widniała informacja: „uczę się”. Wcześniej jej nie zauważył, bo wcześniej nie interesowało go imię dziewczyny. Uśmiechnął się nieprzyjemnie. Ela na taką minę nie miała niestety przygotowanej żadnej, widocznie jeszcze się nie nauczyła. Powiedziała więc aha, eeee i przeprosiła na moment. Moment ten Bożydar wykorzystał na kolejne zbulwersowanie się. Nie no, to już jest rypanie ludzi w biały dzień! Haczyki, sraczyki, małym druczkiem, żeby ukryć, co nie jest w umowie fajne, albo przemilczeć i udawać, że się wcale nie przemilczało, może oko i umysł naiwniaka nie zwrócą uwagi. Ale ja się nie dam. Dość już tych podziemnych ciuciubabek! Tymczasem wróciła Ela.

- To ja przyjmę pana rezygnację, a pan nich napisze podanie, że prosi pan o anulowanie kary za zerwanie umowy, bo jest pan niedoinformowany.

- Po pierwsze nie zrywam umowy, a po drugie nie chodzi o anulowanie kary, tylko o zwykłą uczciwość – głosem jak dzwon spiżowy zadudnił Bożydar.

- Aha. Ale inaczej nie będą mogli rozpatrzyć pańskiej reklamacji – Ela miała teraz minę zafrasowanej osoby i było wielce prawdopodobnym, że ta mina była naturalna, nie założona. – No chyba, że jednak pan nie chce zrywać tej umowy, tylko ją kontynuować.

- Nie chcę niczego z wami kontynuować. Nawet jeśli okaże się, że będę zmuszony do zapłacenia kary, wolę to, niż wasze nieuczciwe praktyki. Tu chodzi o pryncypia – zagrzmiał znów Bożydar, ale Ela chyba nie zrozumiała, co sugerował wyraz skonfundowania na jej twarzy. Bożydar westchnął. – Proszę mi podać jakąś kartkę na to śmieszne podanie.

Kula ziemska wykonała ledwo trzy piruety, gdy w bożydarowej skrzynce pocztowej leżało już pismo od Dostawcy Spółki zoo. Szkoda, że wasz Internet nie jest tak szybki, jak korespondencja od was, pomyślał złośliwy Bożydar. W piśmie pisano, że do rozpatrzenia reklamacji konieczne jest uzyskanie wyczerpujących informacji oraz zebranie całego materiału dowodowego związanego z zaistniałą sytuacją. Na uzyskiwanie i zbieranie zgodnie z regulaminem Dostawca Spółka zoo miała trzydzieści dni. A zbierajcie i trzydzieści lat, wielkodusznie zaproponował Bożydar. Jak znajdziecie w końcu jakiś dowód, że jednak zostałem w tej feralnej rozmowie poinformowany o terminie wypowiedzenia i okresie przedłużenia umowy, tego samego dnia zakwitnie mi kaktus na dłoni, a wielbłąd będzie skakał przez ucho igielne tam i z powrotem. Bożydar odrzucił pismo w kąt i zajął się czymś istotniejszym, czym miał się zająć.

Dni, zgodnie ze swoim zwyczajem, upływały. Zapewne różnym osobom w zgoła inny sposób. Bożydarowi jak już wiadomo na zajmowaniu się czymś istotniejszym. Tymczasem listonosz przyniósł w końcu korespondencję od dostawcy Internetu, Dostawcy Spółki zoo. Bożydar odłożył zatem zajmowanie się czymś istotniejszym na później i rozerwał kopertę, aby nie uwierzyć własnym oczom. Dostawca Spółka zoo informowała, że po wnikliwej analizie i rozpatrzeniu dowodów odrzuciła reklamację Bożydara. I że zgodnie z ustawą kara tysiąca złotych zostanie naliczona bla bla. Zagotował się jak woda w czajniku. Przed oczami stanęła mu sytuacja z jego własnej pracy i reakcja jego szefa, gdy okazało się, że kolega obok siedzący pomylił się i źle doradził klientowi, przez co ten stracił ważne dane. „Dla mnie ta rozmowa jest fatalnej jakości” – powiedział szef, gdy słychać było, jak kolega podaje złą sekwencję komend do wpisania na komputerze – „Nic nie słychać. Usuń ją z pamięci, bo tylko zaśmieca. A klientowi napisz, że nie znaleźliśmy powodów, aby uznać jego reklamację. Nie mniej jednak możemy mu dać zniżkę 10% przy kolejnym zleceniu, bo zadowolenie klienta jest dla nas dobrem nadrzędnym. I niech spieprza. Idę na papierosa”. Bożydar zacisnął zęby. Jak chcecie. Czyli wojna!

W bojowym nastroju udał się znów do siedziby Dostawcy Spółki zoo. Gdy usiadł naprzeciwko dziewczyny, która miała go obsługiwać (To nie była Ela, tylko Basia, która nie uczyła się, umiała więc prawdopodobnie wszystko) jego mina musiała być mocno niepokojąca, ponieważ dziewczyna rozejrzała się niepewnie wokół, być może w poszukiwaniu wsparcia, ale że znikąd ratunku, zapytała:

- Czy coś się stało?

W odpowiedzi Bożydar gestem wprawnego pokerzysty rzucił pismo na blat stołu. Basia przeczytała, podniosła wzrok na Bożydara.

- Tak? I?

Bożydar westchnął, a w tym westchnięciu było zawarte całe cierpienie i zniecierpliwienie wszechświata.

- Chcę odsłuchać rozmowę. Mówiłem to już podczas mojej pierwszej wizyty tutaj. Nie mam ochoty dyskutować na ten temat po raz kolejny.

- Ale skoro materiał przeanalizowano i odrzucono pana reklamację, to…

- Pozwoli pani, że przerwę – Bożydar skorzystał z eleganckiego zwrotu, który ktoś kiedyś wymyślił, aby uzasadniać nieeleganckie zachowanie. – Również pracuję w obsłudze klienta i z doświadczenia wiem, że zdarzają się sytuacje, gdy pojawia się problem interpretacji – to samo zdanie jest rozumiane przez dwie strony zupełnie inaczej. Tak że nalegam na możliwość odsłuchania tej rozmowy, nie zarzucam państwu oszustwa – uśmiech Bożydara był fałszywy jak obietnice Amber Gold. W takich okolicznościach przyrody Basi nie pozostało nic innego, jak zostawić Bożydara i udać się w poszukiwaniu pomocy. Ta nadciągnęła w postaci kierownika, w którego towarzystwie wróciła Basia. Kierownik powiedział „Ach, więc to pan”, uścisnął dłoń Bożydara i zaprosił go do swojego gabinetu, wybawiając Basię z opresji.

- Proszę usiąść. Sprawa jest mi znana. Nagranie zostało mi przesłane i jest taka możliwość, aby je przesłuchać – Zaczął kierownik, elegancki i miły, skończył, popatrzył przez chwilę albo i dwie na Bożydara.

- Panie Bożydarze, a gdybyśmy panu zaproponowali dwa razy szybsze połączenie za dużo niższą stawkę? – zapytał elegancki i miły kierownik, uśmiechając się adekwatnie do swojej postawy.

Kąciki ust Bożydara uniosły się powoli, jednocześnie jego powieki opuściły w niemym geście triumfu. Popatrzył na eleganckiego i miłego kierownika z politowaniem. Gdy grunt pali się pod stopami próbujecie się spoufalić i jednak pohandlować? Mam was, szachraje.

- To jest kpina – politowanie na twarzy Bożydara przeobraziło się brawurowo w pogardę. – Najpierw mi mówicie, że nie mam racji, każecie zapłacić karę, a teraz co?

- Po prostu zależy nam na zadowoleniu naszych klientów.

- Niech pan puści tę rozmowę.

Elegancki i miły kierownik smutno pokiwał głową, nachylił się nad swoim laptopem, po chwili z głośników zabrzmiał głos Bożydara i konsultantki, proponującej umowę. „Ależ ja skrzeczę, wydawało mi się, że mam głęboki głos” zasmucił się Bożydar. Jeden moment później zasmucił się jeszcze bardziej. „Proszę pamiętać, aby rozwiązać umowę należy nie później niż na czterdzieści dni przed jej zakończeniem złożyć pisemne wypowiedzenie”, informowała uprzejmie konsultantka. „Mhm” odparł równie uprzejmie Bożydar, ewidentnie zajęty czymś innym, w tle słychać było różne odgłosy świadczące o zajęciu czymś innym. „W przeciwnym wypadku umowa zostanie przedłużona na kolejny rok” ostrzegała konsultantka. „Dobra” nie przejął się Bożydar z głośnika. Ten nie z głośnika patrzył w oczy eleganckiego i miłego kierownika, który nadal uśmiechał się, teraz lekko współczująco.

- Chce pan słuchać dalej? – zapytał.

- Średnio – odpowiedział cicho Bożydar.

Kierownik wyłączył rozmowę, kiwnął głową ze zrozumieniem.

- Ponownie zaproponuję panu szybsze łącze za niższą stawkę, co pan na to?

 

Bożydar zamyślony przyglądał się spieszącym się, by załatwić swoje niezwykle ważne sprawy, obywatelom.

- I co, jak bez Internetu? – zapytał się Czarek, stawiając dwa kubki kawy na stoliku i siadając naprzeciwko Bożydara.

- A wiesz, taki byłem zarobiony, że zupełnie nie miałem czasu podskoczyć do siedziby dostawcy, no i wyobraź sobie, że mi minął termin wypowiedzenia i mi przedłużyli umowę, cwaniaczki – Bożydar zaczął zawzięcie mieszać kawę w celu dezintegracji cukru. – Zresztą, co ci będę mówił Czarek, wiesz jak jest.

- A no tak – skwitował Czarek.

Opowiadanko, cz. I

- Powiem ci Czarek, że ja to już jestem mocno zmęczony tymi Internetami – Bożydar wykrzywił usta w geście dezaprobaty.

- Tak? – zainteresował się Czarek

- Nie no, wszędzie teraz papka, poziom debilny, na każdej stronie sensacja, rewelacja, skandal, srandal, ktoś powiedział, że…, ktoś był w…, same rzeczy i sytuacje niewyobrażalne, w które nikt nie uwierzy, dopóki nie kliknie strony, Lewandowski w Realu okazuje się być pięćdziesięcioletnim monterem zatrudnionym na kasie, fotki znanej aktorki nago ukazują kobitę z reklamy banku, którą mama sfotografowała jak jako dzieciak lepiła babki z piasku na plaży w Bułgarii. A i tak bezmyślnie w nie wchodzę, gnany owczym pędem jakimś. I ten fejsbuk, Jezu, chyba powinienem zachlastać Zuckerberga, tylko siedzę i patrzę, czy czasem mi się na czerwono nie podświetli któraś z tych głupich trzech ikonek.

- A no tak, no tak – Czarek ogarniał temat.

- I te posty z demotywatorów, z kwejka, z mistrzów, wchodzisz, żeby zobaczyć, co rozśmieszyło jakiegoś typa, którego nawet nie kojarzysz za bardzo, okazuje się, że oczywiście jakiś debilny komentarz rodem z gimnazjum, ale nie przeszkadza ci to samemu skomentować, a przy okazji przejrzeć pozostałych kometarzy, rysunków, memów, sremów, i jeb z dzidy i wikary to nie do wiary i życia by nie starczyło na jedną dziesiątą tego wszystkiego, ale i tak usilnie się starasz, bo wszyscy o tym gadają, więc nie chcesz nie być w temacie.

- Nie no, tak – bez żadnych wątpliwości zgodził się Czarek.

- Ale dość już tego, dość tracenia czasu na głupoty jakieś, dość przesiadywania wiecznie przed kompem, rozumiesz, życie mi ucieka sprzed nosa Czarek!

- Nie no, pewnie – Czarek kiwał głową z pełnym zrozumieniem.

- Także zdecydowałem, że rezygnuję ze stałego Internetu! – Bożydar dumnie wypiął pierś.

- Że co? – Czarek zmarszczył czoło w zdziwieniu.

- Akurat się świetnie składa, bo mi się umowa kończy na stały Internet, to jej nie przedłużę i będę miał w końcu święty spokój – kontynuował pewny swego Bożydar.

- Ale że jak, że na stałe? – Czarek jednak nie mógł zrozumieć Bożydara.

- No tak Czarek, zupełnie, na stałe – Bożydar miał świadomość, że jego decyzja może wzbudzić kontrowersje, był z tego powodu zadowolony, bo lubił wzbudzać kontrowersje.

- No sam nie wiem – Czarek nie wahał się wyrazić swojego sceptycyzmu.

- Coś ty Czarek, to już postanowione, już nie ma odwrotu – Bożydar był nie tylko człowiekiem radykalnym, ale i konsekwentnym w swoich decyzjach. – Wiesz, to też nie ma co się tak denerwować, bo mam przecież Internet w komórce, tak że zawsze jak coś, to sobie mogę pocztę sprawdzić czy jak – uspokoił kolegę.

- No skoro tak, to jak uważasz – Czarek postanowił nie kwestionować pomysłu, kimże był, żeby to robić, miał swoje problemy, tak że ostatecznie zaakceptował karkołomny plan Bożydara. – Muszę lecieć, podrzucić cię gdzieś?

- Nie, dzięki, ja to wiesz, nie przepadam za autami, dlatego sobie nie kupuję jeszcze, choć bym mógł, wolę jeździć tramwajami, wiesz, wtedy człowiek jest bliżej drugiego człowieka, nie alienuje się tak jak ci wszyscy kierowcy – wyjaśnił Bożydar.

- Aha, no chyba, że tak. To trzymaj się – dwie kontrowersje w ciągu dziesięciu minut to było dla Czarka jednak za dużo. Niepewnym uśmiechem pożegnał Bożydara i udał się do swojego samochodu, zaparkowanego na dachu galerii, najprawdopodobniej w celu wyalienowania się.

Tymczasem Bożydar udał się na przystanek.

Przed kolegą robił dobrą minę do złej gry. Życie to jednak nie bajka, zawyrokował, dzieląc się tym egzystencjalnym wnioskiem z własną duszą. Wszystko to przez te układy, układziki, pomyślał gorzko. Był przekonany, że dostanie awans, a wraz z nim podwyżkę. Przecież operations manager bardzo nieprzychylnie wyraził się o koncepcji Andrzeja dotyczącej usprawnienia projektu, natomiast pomysły Bożydara wydały mu się zupełnie sensowne, do tego na papierosie Bożydar parę razy uświadomił managerowi, jak nieodpowiedzialną osobą jest Andrzej, jak się skompromitował na ostatniej imprezie firmowej, szkoda, że manager musiał wyjść wcześniej i tego nie widział, dramat po prostu, Andrzej nawalony jak świnia, taka osoba na stanowisku kierowniczym, sam wstyd. A jednak to jego wybrał manager, taki sam cwaniak, jak Andrzej, siebie warci, było do przewidzenia, że się skumplowali, bo Andrzej merytorycznie to absolutnie się nie nadaje na project leadera, a tam, szkoda gadać. No ale Bożydar, przekonany o swoim awansie i podwyżce, których nie dostał, bo układy, układziki, wziął już niestety wcześniej a conto tego awansu i tej podwyżki pakiet rozszerzony telewizji cyfrowej, telefon też wziął na najwyższy abonament, iPhone był w nim tylko za stówkę, 8 giga, ale opowiadał, że 32, a że piątki to nie chciał, bo ona to jest dobra dla lansiarzy. No i jak nie dostał tego awansu i tej podwyżki, to się zrobiło kiepsko, bo mu dobrze ponad stówa doszła do rachunków, a że przez te parę tygodni pożył sobie jak na managera przystało, też a conto, to powydawał oszczędności i był blisko minusa na koncie, skąd tu wziąć na to. No i przypomniał sobie, że mu się umowa na Internet kończy, dobra, prawie stówę płacę, to mi odejdzie, wi-fi teraz wszędzie, w robocie pościągam filmy czy co tam będzie potrzebne, a tak to z Internetu w komórce będę korzystał. I elegancko, niedługo się odbiję, fajnie to sobie wymyśliłem.

Ale przed znajomymi głupio było Bożydarowi się przyznać, że finansowo zrobił się niewydolny, zwłaszcza przed takim Czarkiem, co to własne lody kręci i mu dobrze idzie, w dobie kryzysu, chyba ma więcej szczęścia, niż rozumu, ciekawe, czy te jego biznesy wszystkie takie legalne, coś śmiem wątpić. A fakty są takie, że w tym Internecie rzeczywiście badziew taki, że aż strach, mózg się lasuje, naprawdę szkoda czasu na to. Tak że tak.

Następnego dnia po pracy Bożydar udał się do swojego dostawcy Internetu, firmy Dostawca Spółka zoo, aby zakończyć z nim przygodę i zacząć nową, jako wolny człowiek. Poczekał na swoją kolej pół godziny, po czym zbulwersowany poczekał kolejne pół godziny, bo nie zauważył, że trzeba wyciągnąć numerek z automatu przy wejściu. Ekstra, wszyscy mnie widzieli, ale nikt mi nie powiedział o tym zasranym numerku, obyście zawsze mieli słaby sygnał, Bożydar staropolskim zwyczajem złorzeczył bliźnim w myślach. Gdy w końcu usiadł przy stanowisku, przywdział minę biznesmena, który nie ma czasu na głupoty. Dziewczyna, która miała go obsługiwać, miała przywdzianą minę świadczącą o tym, że biznesmeni, którzy nie mają czasu na głupoty, są jej ulubioną klientelą.

- W czym mogę pomusz? – Zapytała promieniejąc uśmiechem jednej z wiodących marek past do zębów.

- Proszę pani, chciałbym zrezygnować z państwa usług – poinformował uprzejmym, aczkolwiek znudzonym głosem Bożydar.

- A może chciałby pan większy pakiet? – zaproponowała nadal uśmiechnięta dziewczyna. Bożydar poprawił swoją minę, aby nie było wątpliwości, że oto mają do czynienia z głupotami, na które on przecież nie ma czasu.

- Nie, jednak zrezygnuję – powtórzył nadal uprzejmie, ale stanowczo.

- Aha – skwitowała profesjonalnie swoją porażkę dziewczyna. – Czyli chce pan zerwać umowę?

- Nie, bo umowa mi się kończy, więc informuję, że nie chcę jej przedłużać, bo wiem, że jeśli tego nie zrobię, przedłużycie ją automatycznie.

- Aha. To poproszę pana numer klienta.

Bożydar podał swój numer klienta, a ten doprowadził dziewczynę do informacji niezwykle zaskakujących.

- Aha. Ale już jest za późno, jeśli chce pan zrezygnować, to jednak zerwie pan umowę i będzie musiał zapłacić karę – dziewczyna założyła teraz minę jest mi niewymownie wręcz przykro z powodu tak niefortunnej i brzemiennej w skutki sytuacji, niestety nie mogę nic z tym zrobić, choć bardzo bym chciała.

- Przecież jeszcze ponad miesiąc do końca umowy – zmarszczył brwi Bożydar.

- Tak, ale wypowiedzenie trzeba złożyć najdalej czterdzieści dni przed upływem terminu umowy, inaczej jest ona przedłużana na kolejny rok. Jest to standardowy warunek umowy, w niej zapisany, musiał go pan przeczytać, gdy podpisywał pan umowę – przypuszczalnie marką była Colgate.

- Umowę podpisywałem przez telefon – głosem spokojnym jak stojąca woda odparł Bożydar – więc jej nie mogłem przeczytać. Ale takie informacje, jak termin wypowiedzenia i okres przedłużenia umowy powinny być podane w rozmowie przez państwa konsultanta. A nie zostały, bo zapewniam panią, że tak absurdalny termin wypowiedzenia jak czterdzieści dni, gdy standardem jest miesiąc i okres przedłużenia umowy o kolejny rok, gdy standardem również jest miesiąc, na pewno utkwiłyby mi w głowie.

- Aha. Ale… – zaczęła dziewczyna, ale Bożydar obcesowo jej przerwał.

c.d.n.

M jak

Tak łatwo się o Tobie pisze

Lecz tak trudno Ciebie spotkać.

A może to ze zwykłego strachu

Nie chcę Cię wpuścić do środka?

Bo przecież już u mnie byłaś,

Przecież pukałaś do drzwi.

Ale ja Ciebie nie słyszałem,

byłem wtedy zajęty i byłem zły.

Bo wytężałem wszystkie siły,

A nie mogłem Ciebie odnaleźć.

Choć miałem Cię tak blisko.

To doprawdy niebywałe.

Niebywałe, że ma się odwagę

Wyruszyć na świata kres

I ma się siłę, by szukać,

By bez tchu za Tobą biec.

Zdobywać wichrowe góry

Lub nurkować w mrocznej toni.

A boję się po prostu Cię wziąć,

Gdy leżysz obok, jak na dłoni.

Ballada o Cymbale

Gramofon już włączony i kręci się płyta.

Będzie kto tu gadał, to biedy se napyta.

Bo teraz, gaduły, słuchania jest pora.

Nie zagłuszać mi tedy pana narratora.

Żył na Retkini oprych, Cymbałem był zwany.

Wszyscy się go bali, choć mieszkał u mamy.

Większego łobuza nie znał Retki świat.

Od dzieci był starszy o dobrych parę lat.

Spodnie miał przykrótkie i głupawą gębę,

Zęby całe czarne, jakby jadał węgiel.

Kradł małym złotówki, kanapki i picie.

Ciężko z nim tam mieli, toć sami słyszycie.

Teraz rozkręca się ta smutna ballada,

Kto jej nie chce słuchać, niechajże stąd spada.

Więc razu pewnego malutką Halinkę

Babunia wysłała po świeżą botwinkę.

Chciała starowinka ugotować zupę.

Dodała już soli, wsypała też krupę

I tylko warzywa w tej zupie był brak.

Halince, wiadomo, nie było to w smak –

Bo Cymbał gdzieś tam na pewno grasuje.

Cóż, trudno się mówi. Wiatr wśród bloków duje,

Hala idzie, na ramieniu torba, a na drugim dusza.

Wraca już ze sklepu, wtem! Coś się porusza

Między trzepakami a brudnym śmietnikiem.

Spłakało się dziewczę, biegnie z głośnym krzykiem.

Lecz ją dopadł Cymbał! Już jej torbę zrywa,

Już łapska tam wkłada! „A co to? Warzywa?

Ni cuksów, ni pączków, tylko jakieś kwiatki?

I jak tu z was wyżyć, moje biedne dziatki?”

Zniesmaczony Cymbał oddał torbę Hali

I ruszył szukać innych, co się jego bali.

Cymbał nie był vege, więc z groźnej kabały

I Halinka i zupa się uratowały.

Narrator milknie, z płyty słychać trzaski.

Ballady jest kuniec, pora na oklaski.

65.11:37

Aha, już dziesięć minut się spóźnia. Obym nie skostniał doszczętnie, bo nawet jeśli się w końcu pojawi, to nie będę w stanie poruszyć nogami i do niego wsiąść. Ciekawe, czy dożyję dnia, kiedy wszystkie środki komunikacji miejskiej, na które będę czekał, pojawią się na przystanku punktualnie? I czy z niego potem odjadą, bo to też nie takie oczywiste. Jeden plus, że nie ma tłoku o tej porze, bo o szesnastej choćbym granat rzucił, to nie zrobiłoby się na tyle luźno, żebym wsiadł. Wreszcie! Piętnaście minut po czasie, sukces, ostatnio czterdzieści pięć czekałem, no, ale wtedy nie było tak zimno, tylko lało niesłychanie, ale szczęśliwie był wysoki krawężnik, więc mi buty nie przemokły. No to w drogę. Fajnie, Aragorn Łazik też się załapał, co za zapach. Życie różnie się układa, zdaję sobie z tego sprawę, ale nie idzie wytrzymać. Czemu jedni bezdomni tylko trochę zalatują, a inni zabijają swym aromatem faunę i florę w promieniu kilometra? Muszę malucha naprawić, tak czy siak się w korku stoi, ale przynajmniej nikt mi nie śmierdzi, nie popycha mnie i nie drze się do ucha. Ciekawostka, skąd wezmę tylko pieniądze na naprawę, prędzej mój wehikuł ulegnie rozkładowi, niż uzbieram na części, naprawdę, za nową skrzynię biegów musiałem zapłacić dwa razy więcej, niż mi proponowano za całego fiaciora. I co, i nic, tydzień pojeździł i znów umarł. A ja się znów zdezelowanym ikarusem telepię, tak samo zimno w nim, jak na przystanku, tylko wiatr nie wieje. Nowy fiacik jest ładny, ale musiałbym obydwie nerki sprzedać i brata o użyczenie jednej poprosić, żebym sobie zakupić takie cacuszko. Jak to mówiła pani profesor? Że najlepszymi specjalistami na rynku będziemy po skończeniu studiów? Że akredytacja z unii dla naszego kierunku drzwi u każdego pracodawcy otworzy? Że zabijać się o nas będą? Cóż, jak dotąd zbyt dużo osób nie poległo w walce o mnie. Robi się tłoczniej, no, ale centrum coraz bliżej. Czemu ta pani tak wyzywa? A, pan i władca zamknął jej drzwi przed nosem. Standardowo, każdemu ze dwa razy dziennie się to przydarza, a jednak zawsze się człowiek zirytuje, nie jest w stanie się z tym pogodzić. Ot, natura ludzka. Chyba, ze tak jak ja, na rozmowę o pracę kobitka się spieszy i teraz nie zdąży. Rozmowa o pracę, co za absurd. Rok temu jak na kosmitów patrzyłem na znajomych ze studiów, którzy poszukiwali ofert na portalach internetowych, a każdą w miarę odpowiadającą ich oczekiwaniom krytykowali, że to nie to, co chcą robić, a jednocześnie cieszyli się, że taka oferta w ogóle jest i mogą na nią odpowiedzieć. A teraz sam tak robię. Gdzie wielkie plany życiowe? Gdzie podziało się moje postanowienie, że po studiach będę żyć pełną piersią i wreszcie realizować to, co zawsze mnie fascynowało? Niby na tę realizację swych marzeń ma się całe życie, ale skoro już teraz boję się zaryzykować, kiedy tak naprawdę nie mam żadnych zobowiązań, to co będzie za lat kilka? Jakich lat, za dwa trzy miesiące skończą się oszczędności i wezmę jakąkolwiek pracę, żeby dotrwać do tego smutnego „pierwszego”.  Co za porażka egzystencjalna, nie podjąłem jeszcze żadnego wyzwania, a już się poddałem. Mój śliczny domek w Irlandii kupi sobie ktoś z ambicjami, kto działa, a nie tylko gada. Nawet nie napisałem żadnej linijki przez ostatni miesiąc… Ale bzdura, nie napisałem nic przez ponad rok! Tyle że wcześniej miałem ambitne wytłumaczenie, przecież musiałem pisać pracę magisterską, nie było zatem czasu na radosną twórczość. Ale teraz? Cały dzień siedzę w domu i nie robię nic, tylko się oszukuję, że się przyzwyczaić do dużej ilości wolnego czasu nie potrafię, tak jakbym pisząc magisterkę był zawalony robotą. Po prostu nie mam pomysłu ani chęci, żeby coś napisać, bądźmy szczerzy. A jak już pójdę do mojej wymarzonej pracy ósma-szesnasta, w której ku mej radości szef będzie mną komenderował w jakimś celu lub bez niego, to po powrocie do domu na pewno będę miał tyle zapału, żeby zasiąść do pisania i rozwijać świetlaną karierę znakomitego pisarza. Pilot w garść i tępe patrzenie w ekran telewizora lub bezcelowe siedzenie w necie, i nie ma co się łudzić, że będę miał ochotę na kreatywność. Dość, po co zakładać najgorsze, pozytywnie myśl, chłopaku, kreatywność, a nie ciągle wszystko jest złe, złe, złe. Ćwierć wieku dopiero na karku, a zrzędzę jak stary dziad. À propos starych dziadów, to o wilku mowa. Czemu starzy ludzie prawie nigdy nie przeproszą, tylko pchają się do upadłego?

- Wysiadasz pan?

- Nie.

- To się pan posuń!

- Wie pan, jest takie słowo, które czyni cuda.

- Co? No posuń się pan!

Co za koleś, nie ustąpię.

- Niech się pan przestanie pchać, bo zaraz zrobi się niesympatycznie.

- Gówniarzu, nie masz szacunku do starszych!

- Do starszych mam, ale do chamów nie.

- Co?!

- Co to za awantura? Bilety proszę!

Ach, wysłannik niebios. Bym sobie z nim podyskutował, jak to jest, że autobusy kursują co dwa lata, oprócz niedziel i świąt, lub wcale nie przyjeżdżają, a w tych, które przypadkowo się pojawią, zawsze siedzi kanar, ale wyjdzie na to, że to ja krzykacz jestem i problemy robię, więc dziś sobie daruję.

- Ja już siedemdziesiąt lat skończyłem, nie muszę mieć biletu!

- A pan?

- Ja jeszcze musze trochę poczekać na ten uprzywilejowany wiek, więc nie mam wyboru i płacę za podróż w takim luksusie. Oto moje zezwolenie na tę ekstrawagancję.

- No ale bilet nie jest skasowany.

- Jak to?!

- A tak to. Chciał pan na cwaniaka sobie pojechać i skasować bilet dopiero, jak wsiądzie kontrola?

- Co też pan opowiada, zapomniałem po prostu.

- Dobra, dobra. Wysiadamy.

- Chyba jest pan niepoważny, skoro myśli pan, że wysiądę teraz i będę potem znów czekał na zaczarowaną dorożkę pół godziny lub więcej. Jeszcze dwa przystanki chyba pan wytrzyma? A ja i tak jestem już gapowiczem, więc nie powinno to panu robić różnicy.

Co za frajer ze mnie, jak mogłem nie skasować biletu? Trzeba w końcu zainwestować w migawkę, teraz, jeśli dostanę tę pracę, będzie wygodniej i ekonomiczniej. Jeśli zdążę na rozmowę, bo płacić nie mam zamiaru, więc dyskusja może trochę zająć. By to szlag trafił, nie mogę w swoje szczęście uwierzyć, chyba kupon w totka puszczę. No dobra, wysiadka, cerber śledzi każdy mój ruch, nie będę uciekał, bo jeszcze wpadnie na pomysł, żeby mnie gonić, niewiadomo, jak to się skończy, a za 15 minut muszę być na rozmowie. O no proszę, żniwa w pełni, jeszcze jakąś bidulkę złapał drugi ptaszek. Ha ha, ależ ma misję, nie odpuścił, chociaż nie może jej zrozumieć. Dobra, co mi szkodzi przetłumaczyć, przecież po coś się tego języka uczyłem.

- Ona mówi, że nie rozumie, o co chodzi, bo przecież dała panu bilet.

- Rozumiesz ją pan? To jej pan powiedz, że bilet jeszcze musi być skasowany, a nie tylko trzeba go mieć.

 - Widzę, że nie tylko ja dziś bez formy jestem. Mhm, mhm, u niej w kraju wystarczy mieć ze sobą bilet, nie trzeba go kasować.

- Ale nie jesteśmy u niej w kraju!

- Chyba jest tego świadoma, mimo wszystko.

- Niech da dokumenty, bo mandat trzeba wypisać.

- Ależ emocje. Ta pani mówi, że nie ma na to czasu, bo się spieszy i może dać pięćdziesiąt złotych.

- Stoi.

- Och, jak miło. No to chyba załatwione.

- No dobrze, to teraz pana kolej. Sprawa taka sama, więc tak samo możemy się dogadać.

- Niezupełnie. Myślę, że teraz to spiszę sobie numery identyfikatorów i zgłoszę, że byłem świadkiem przekupstwa.

- Że co zrobisz?!

- Czy tam wręczenia łapówki, jak pan woli.

- Posłuchaj!

- Nie, to ty posłuchaj. Albo tak, albo rozchodzimy się bez żalu każdy w swoją stronę. Trzeba było nie brać kasy „na cwaniaka”, jak to kolega określił.

- Daj spokój Kazek, chłopak ma rację. Zawaliliśmy i tyle.

- Ha, kanarek też człowiek, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi.

- Jeszcze się spotkamy!

- Oby nie. Miłego dnia.

Uf, ale fart, świetnie, że tak się ułożyło, żal mi tej dziewczyny, ale ktoś musi nie spać, żeby spać mógł ktoś… No nic, teraz biegiem na tę rozmowę, bo tu oszczędziłem trochę grosza, ale tam nie zarobię nic, jak poślizg będę miał już na kwalifikacyjnej!

Relacja

Bożydar, chłopak gładki jak dandys,

Zaproszon został do panny Wandy

Na łyczek wyśmienitej brandy.

Elegancko więc się odsztyftował,

Chustkę batystową do butonierki schował,

Brylantyną (zawsze noszoną w kieszeni)

Włosy nasmarował

I do drzwi pięknej panny zastukał.

„Ależ z pana jest niezła sztuka!”

Powiedziała Wanda na powitanie

I tak zaczęło się spotkanie.

 

Chichotanie, długie w oczy spoglądanie,

Do uszka słówek czułych szeptanie

I w rytm muzyki z adaptera

Zmysłowe stópką poruszanie.

Wtem panna Wanda

Swoje eleganckie sandałki zdejmuje

I taniec argentyński, co się Tango zwie,

Zatańczyć proponuje.

 

Bożydar przyjął propozycję skwapliwie,

Gdyż pomyślał „Niewątpliwie

W tańcu zdarzy się okazja jaka

Na tak zwanego potocznie ,cwaniaka’

skraść tej pannie buziaka,

Skoro panna ochotna taka”.

I chłopak kilka kroczków postępuje,

A tu panna Wanda już w tańcu wiruje!

W rytm muzyki się kręci,

Ciałem młodym a pięknym Bożydara nęci.

 

Nachylił się tedy młodzieniec bez wahania

By szyję, nastawioną do ucałowania,

Pokryć pocałunkami –

A pocałunków tych miało być niemało! –

I przycisnął dziewczynę do siebie śmiało.

Lecz o dziwo! Ta wyrywa się nagle

I mówi: „Cóż robisz diable,

Pan trzymasz mnie jak w imadle!”

 

Zdębiał Bożydar młody,

Szkarłatem mu nabiegły jagody:

A cóż to za podchody!

Najpierw tak, a potem nie?

Przecie ja w żyłach nie mam wody! –

Łapie w emocjach za sandał prędko:

Ach, ty przewrotna panienko!

Trach! Bucik rozbija szybę i leci przez okienko.

 

Obruszyła się nadobna Wanda:

„Toż to granda i skandal!

Pan jesteś nieokrzesany zwierz

I do tego wandal!

Czy pan wiesz,

że to był mój ulubiony sandał?”

Bożydar szybko się opanował,

Jak cziko latino

Włosy przejechał brylantyną

I przemówił z dostojną miną:

 

„Wandal? Jedyne, co łączy mnie z Germanami,

To ich język studiowany niektóremi chwilami

Oraz czasem paranie się u nich pracami,

Aby móc się potem pochwalić

Większemi niż tu zarobkami.

Ale pokrewieństwo nas żadne nie łączy” –

Przerwał, westchnął, po czym dokończył:

 

„A co do zwierzostwa, moja droga pani,

Przykro mi, że zaszło to między nami,

Ale dałem się zdrożnym myślom omamić

I nie mogłem już zapanować nad emocjami.

Więc tak niestety wyszło. A za bucik

Przepraszam. Proszę się nie smucić.

Wykorzystam koneksje

I postaram się go tu wrócić.

 

Tymczasem proszę o mnie

Nie myśleć niesympatycznie.

Ja serce mam liryczne,

A że pani słuchała tak ślicznie,

Chciałem zbliżyć się metafizycznie

Kulturalnie się zwierzając.

Ale „meta” później psikusa sprawiając

I od reszty słowa w tańcu się odłączając,

spowodowało, że doszło do samej ,fizyki’.

Jednak powtarzam, zwykle nie bywam dziki.

Cóż, więcej pani nie napadam.

Zabieram siebie – i spadam”.

 

Piękna Wanda przymrużyła oczy

Podmalowane kolorem,

Uśmiechnęła się, po czym

Oblizała wargi różowiutkim jęzorem

I rzekła:

„Przyjdź pan do mnie jutro wieczorem.

Pozwierzymy się sobie przed telewizorem.

Oczywiście kulturalnie –

Będzie film z Nikiforem”.

Bajka

Wiem, że gdzieś jesteś. Że też na mnie czekasz.

Że będziesz aksamitem, co duszę powleka.

Że we mnie się wtulisz, szukając wytchnienia.

Że popchniesz, gdy przyjdzie dogonić marzenia.

Że zrozumienie znajdziesz i sama je okażesz.

Że z uśmiechem pomożesz nieść życia bagaże.

Że będę Ci wodą i ogniem Ci będę.

Że będę spokojem. I będę obłędem.

Że będę drogowskazem w życiowej rozterce.

Że dam Ci to wszystko, czego pragniesz sercem.

I nie będziesz już miała żadnych wątpliwości,

Że jestem spełnieniem banalnej miłości.

 

I Ty nim też będziesz, wiem to na pewno.

Znajdę Twą wieżę, bajkowa królewno.

O możliwościach

Żył raz mężczyzna, który

Choć skromnej był postury

Mierzyć chciał ponad chmury.

I na szczycie stanąć góry

Co się nazywa Parnas.

Pisał więc wiersze i klecił

wersy dla starych i dzieci,

A wszystko to warte śmieci.

I śmiali się inni poeci,

Że jest poetycki parias.

Lecz oto pewnego razu

Na widok kobiety obrazu

Strofy nabrały wyrazu

I utkał on z weny nakazu

Piękny liryczny arras.

Tak że widzicie, kochani

Że nawet gdyście do bani

I zwykle każdy was gani

Spychając do otchłani

 Artyzmu, to furda marazm!

Z muzą każdy go może pokonać

Pisząc słowa godne Katona.

Potem w chwale unieść ramiona,

A tłum na waszą cześć wykona

Taniec, i zabrzmią dźwięki fanfar.

Sen o śnie

Chciałbym być z Tobą i ufać Ci.

Przynosić rano ze sklepu rogale,

Wieczorem zaś z ogrodu bzy.

Nocą sypałbym na Ciebie korale.

Chciałbym czuć Twoje ramiona,

Całować Twe uda i Twe biodra.

Dotykać skóry, co słońcem spalona

Poci się, gdyś dla mnie szczodra.

Chciałbym Ci szczęście wielkie dać

I brać je również od Ciebie garściami.

A potem spokojnie moglibyśmy spać,

A księżyc spałby tuż nad nami.

 

Spacer z księżycem

Były imieniny Małgorzaty, nie mogłem więc nie pojechać. Szkopuł w tym, że nie dostałem przepustki. Dogadałem się więc z kumplami, mieli mnie kryć. Zawinąłem się i pojechałem. Jeszcze zanim wyruszyłem, wiedziałem, że będzie warto. I było. Gdy w końcu musiałem wracać, jak naelektryzowany maszerowałem na przystanek pekaesu. Na czubku języka czułem przyjemnie mrowienie, pozostawione przez jej pocałunek. Gdybym wtedy ten język dotknął, najpewniej poraziłby mnie prąd, tak wielki był we mnie ładunek emocji. Wspomnienie radosnych iskierek w jej oczach rozgrzewało ciało i duszę, rozjaśniało tamtą zimną, lutową noc. Nie powiedziałem jej, ale ona wiedziała. W jakiś niewytłumaczalny, kobiecy sposób zorientowała się, że uciekłem z jednostki, aby się z nią zobaczyć. Bardzo się starała, ale widziałem  w jej zachowaniu to tłumione, skrzętnie ukrywane uwielbienie. Takie, na które możesz sobie pozwolić, kiedy już wiesz, że ta druga strona też uwielbia, ale do którego możesz przyznać się tylko przed samym sobą. Takie, które pozostawia niedopowiedzenie, otwartą grę, jakże urzekającą i ekscytującą. Choć znaliśmy się tak krótko i tak niewiele o sobie wiedzieliśmy, rozstawaliśmy się jakby po latach i jakby na zawsze. Powrót, pomyślałem, będzie długi i trudny. Nawet nie przypuszczałem, jak bardzo.

Przez to przeciąganie pożegnania uciekł mi ostatni autobus. Gdybym wyszedł pięć minut wcześniej, zdążyłbym. Ale nie wyszedłem i nie żałowałem, to było bardzo dobre pięć minut. Tymczasem stałem o dziewiątej wieczorem na przystanku w Działoszycach, sześćdziesiąt pięć kilometrów od Kielc. Nie było czasu na wzdychanie, o siódmej musiałem stawić się na służbie. Trochę szedłem, trochę biegłem, żaden samochód nie jechał, żeby zabrać się autostopem. Kiedy dotarłem do Pińczowa, miałem za sobą dwadzieścia pięć kilometrów w nogach i moc przemyśleń w głowie. Najistotniejszym było zorganizowanie jakiegoś samochodu. Wszedłem między domy i zacząłem szukać. W pierwszym fiacie, do którego się włamałem, po kilku próbach odpalenia z kabli rozładował się akumulator. Zima rzadko kiedy bywa sprzymierzeńcem. W drugim tak samo. Zacząłem się irytować, bo traciłem czas. Z daleka, w wojskowym płaszczu i czapce, wyglądałem jak milicjant, więc nieliczni przechodnie nie interesowali się mną. Pewnie myśleli, że patroluję ulice. Poczekałem chwilę, aż znów zostanę sam i w kolejnym samochodzie, również fiacie, wybiłem szybę obcasem. Nie chciało mi się już dłubać przy zamku. Właściciel raczej nie doceni chęci pozostawienia  jak najmniejszych szkód, skoro wozu i tak nie będzie. A ja opatulę się szalikiem i jakoś wytrzymam chłodny wiatr wpadający przez wybite okno. Lepsze to niż czterdziestokilometrowy spacer. Samochód odpalił, a ja szczęśliwy wyjechałem na drogę do Kielc. Po dwóch kilometrach silnik zgasł. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nie ma paliwa. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Wróciłem i włamałem się do pierwszego napotkanego auta. Syrenka o dziwo odpaliła za pierwszym razem. Wskaźnik paliwa pokazywał pół baku, zadowolony ruszyłem w drogę.  Tym razem radość trwała jeszcze krócej, bo za pierwszym zakrętem natknąłem się na radiowóz. Ktoś widocznie zorientował się, że nie milicjant, a zwykły złodziej kręci się po osiedlu. Albo zauważono porzucone auto z wybitą szybą i wybebeszonymi stykami. Skręciłem w boczną uliczkę, potem w kolejną. Gdy zniknąłem z pola widzenia jadącej za mną milicji wyskoczyłem z syreny i ile sił w nogach pognałem wzdłuż ścian zabudowań, kryjąc się w cieniu.  Przeskoczyłem przez płot, przebiegłem przez posesję, jeszcze raz przez płot i dalej przez pole uciekłem w stronę lasu. Znów trochę idąc, trochę biegnąc, skrajem lasu ruszyłem do Kielc. Choć parę razy widziałem światła samochodów na oddalonej o kilkaset metrów szosie tym razem nie chciałem łapać okazji. Mogłem natrafić na kolejny radiowóz, szukający samotnego wędrowca, najprawdopodobniej będącego włamywaczem z Pińczowa. Także nie tylko straciłem godzinę i przeszedłem kilka dodatkowych kilometrów w poszukiwaniu auta. Teraz zamiast asfaltu miałem pod stopami śnieg. Dopiero w Morawicy zdecydowałem się wrócić na drogę.

I tak, w przemoczonych butach, jednocześnie przemarznięty i zziajany, kwadrans przed siódmą dotarłem do jednostki. W dziesięć godzin pokonałem pieszo prawie siedemdziesiąt kilometrów. Stawienie się na czas nie pomogło, mój wygląd opowiedział więcej, niż ja.  Dostałem areszt i zdegradowali mnie do rangi starszego szeregowca. I tak jak powiedziałem wcześniej, nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Nawet tamtych pięciu minut. Było warto.