Cyrk

Skąd przychodzicie, dokąd zmierzacie,

Życia szarego barwne postacie?

Szukacie wiecznie, nie wiedząc sami,

Wiedzie do celu trakt pod stopami?

Po drodze jarmark, kolejny spektakl.

Może do nieba, może do piekła

Prowadzi wasza sztuka cyrkowa.

Ciągle to samo, ciągle od nowa.

Kurtyna, werbel i chwila ciszy…

I niech się dzieje, niech świat usłyszy!

 

Pod tobą przepaść, mój linoskoczku.

Idziesz niepewnie, kroczek po kroczku.

Utkwione w tobie widzów spojrzenia.

Przejdziesz czy spadniesz – to bez znaczenia.

Oni chcą igrzysk, po to tu przyszli.

Więc balansujesz, dla ich rozrywki.

 

Nos masz czerwony, twarz całą w farbie.

Za nią się kryjesz, bo jesteś klaunem.

Trzeźwo nie patrzysz, wszystko jest farsą.

Nie zmienisz tego, choć pragniesz bardzo.

Chcą tu komedii, a ty nią jesteś,

Więc musisz śmiać się, ku ich uciesze.

 

Skoncentrowany, stoisz na scenie.

Czary i sztuczki twym przeznaczeniem.

Jesteś kuglarzem, zatem żonglujesz

Wszystkim możliwym. Radością. Bólem.

Wciąż oszukujesz i igrasz z ogniem.

Ten ogień prawdę o tobie połknie.

 

Razem ten dziwny teatr tworzycie.

Niby trzy różne, a jedno życie.

Nikt was nie zmusza, chcecie go sami,

By swoje serca sycić brawami.

Czy po to tylko to widowisko?

Sprzedawać siebie, by być artystą?

Nie. To proste tak, jak wiersz ten cały.

Chodzi o więcej niż moment chwały.

Ludzie próbują, wielcy i mali,

Od zapomnienia siebie ocalić.

myśli kilka Majka Świrka

Wydawać by się mogło, że napisanie krótkiego tekstu o niczym jest zdecydowanie prostsze, niż napisanie książki. Tymczasem od postawienia ostatniej kropki w dziele mego życia nie napisałem nic (oprócz listu motywacyjnego, który jest formą dla mnie – mimo mego wieku – nadal zaskakującą – kto wierzy w te autopeany doprawdy nie pojmuję). Wolę czekać na pierwsze opinie recenzentów i szykować się na oczywiste poprawki. Przez chwilę chciałem wmówić mojej łatwowiernej duszy artysty, że nie tak łatwo wpaść na koncept, lepiej poczekać, aż on wpadnie na nas, jak nielubiany kolega z lat szkolnych – nie wiadomo, co począć, ale generalnie niefajnie. Mamy wytłumaczenie, że nie ma możliwości zanotowania, ale cieszymy się, że umysł jest twórczy. Po powrocie do domu nie robimy z tym nic, bo już zapomnieliśmy. Efekt summa summarum gorszy niż żaden, bo świadczy o naszej nieudolności. Ale wspomniana łatwowierność jest podszyta obrzydliwym kunktatorstwem, gorszym od nieudolności, oraz gorszym jeszcze od kunktatorstwa strachem. Miałem bowiem, za namową bliskich, spróbować od nowego roku pisać bloga. Komentować wszystko wokół mnie, a także, co może trudniejsze, to, co we mnie. Tymczasem minął już pierwszy tydzień Anno Domini 2014, a ja jak wiadomo, ten tego, a zresztą. Bo albowiem gdyż obleciał mnie zwykły strach. Co, jeśli blog okaże się niewypałem? Jeśli moje przemyślenia będą warte mielonki z dyskontu? W połowie konsumpcji siup do kosza? I ból brzucha, w tym przypadku tego intelektualnego? Znajomi zawiedzeni, tracę w ich oczach, tracę w swoich, tracę też na wadze, umieram wyschnięty, nikogo na pogrzebie, matka zawstydzona, sąsiedzi kpią, już nawet nie ma sąsiadów, wszyscy się wyprowadzili z dala od tej degrengolady. No i co ze spiżem na stronicach? Przecież jak każdy twórca chciałoby się sławy, skoro już piszę. Niby dla własnej przyjemności, ale próżność jest cechą ludzką bardziej chyba, niż chodzenie w pozycji wyprostowanej. Jak zatem osiągnąć rozgłos w dzisiejszym świecie, gdy co pięć minut pojawia się nowe bożyszcze i po przysłowiowych pięciu minutach, jak i rzeczywistych pięciu minutach odchodzi w niepamięć? Jak zaistnieć, a do tego zaistnieć z klasą, a nie w formie, która byłaby niezrozumiała nawet dla Witkacego? Tu dochodzimy do kultury, czy pop-kultury, która jest dziś miazgą. Wbija w asfalt. Ale nie w tym dobrym znaczeniu. Ponoć Marylin powiedziała, „nieważne, jak o tobie mówią, ważne, że mówią”. Był to jeden z argumentów we wczorajszej śledzonej przeze mnie dyskusji fejsikowej o nowym teledysku Nataszy Urbańskiej. Piękna i zdolna, a taką chałę zaserwowała, gorzką lub nawet bez smaku. Prawie wszyscy ją atakowali. Prawie wszyscy smutni, szarzy ludzie, wróciwszy z pracy, w której są nikim lub najwyżej popychłem, o których świat najprawdopodobniej nigdy się nie dowie. Ani świat, ani Natasza. Siedząc w dresie lub w majtkach, z wywalonym brzuchem okraszonym okruszkami po kanapce z dżemem też ferowałem wyroki, a jakże. W moim (nawet nie moim) małym, brudnym, ciemnym królestwie. O którego istnieniu ani świat, ani Natasza nie wie. A dziś rano również na fejsiku widziałem dyskusję o Michale Szpaku, Michału Szpaku. Nie dyskusję, same inwektywy, poziom których zbliżony był do poziomu Rowu Mariańskiego, a których treści zakazuje nasza konstytucja. Z niesmakiem odłożyłem kolejną kanapkę. I przemyślałem, bo lubię przemyśliwać. Michał o tej dyskusji też na pewno i na szczęście się nie dowie, tak jak Natasza o tamtej. Tymczasem to wszyscy ci nienawistnicy (hejterzy, huhu, hejterzy) mówią o nich, a nie odwrotnie. Także tego ten. I to powinno dyskusję urwać. Ale sobie podsumuję.
Nie jest prosto się wybić. A jeśli komuś się uda, to najczęściej walec drogowy byłby mniej dewastujący niż opinia publiczna. Coś się porobiło naprawdę smutnego, że jeśli mówimy o kimś lub o czymś, to przede wszystkim źle. Zachwytów nad kimś lub nad czymś jest procentowo zdecydowanie, zdecydowanie, zdecydowanie (tu zdecydowanie w okresie, bo zdanie lekko matematyczne) mniej. Tak, wiem, bo w zalewie chłamu fajność bez problemu zmieściłaby się na malutkiej wysepce. Wynika to pewnie z faktu, że każdy może, każdy ma dziś możliwość i dlatego wielu próbuje, na swoją i naszą zgubę. Ale to, czy realizuje swoją pasję lub próbuje zyskać sławę, chwałę, nieśmiertelność pozostając sobą lub robiąc rzeczy zgoła do siebie zupełnie niepodobne, jest bez znaczenia. Dopóki sami nie zrobimy czegokolwiek, nie zadamy sobie jakiegokolwiek trudu, nie narazimy się na krytykę, nie wypada być sędzią i katem jednocześnie. Tak sądzę. I dlatego piszę. Bo chcę być sędzią i katem. Uch, w końcu będę mógł.

I tak napisałem pierwszą kartkę internetu.