zapomniałem o tytule

Zjadłem na śniadanie tort. Wybór wydawał się prosty, bo alternatywą była mortadela. Problem tkwi w tym, że nie lubię tortów. Także nie smakowało mi, nie najadłem się, a do tego miałem wrażenie, że każdy kęs powiększa o centymetr mój bębę. Bębę, lub benben, w zależności, z której części fonetycznej Polski się pochodzi, rośnie mi zastraszająco. Od miesiąca (lub od księżyca) moimi jedynymi aktywnościami jest spacer do kantyny i z powrotem. Jeszcze tak około dwóch tygodni będę oszczędzał Barken, der, od wstrząsów i mam zamiar biegać. Biegania też nie lubię, jak żyć. Muszę poszukać w internetach jakichś wieści, kiedy po naderwaniu więzadła można zacząć pompki i inne pseudoatletyczne duperele. Jeju, ależ mi brakuje szportu. Biegać, skakać, latać, pływać, jakby powiedział pan Kleks. A wczoraj byłem z jednym panem w szpitalu, bo naderwał więzadło, ale w stawie skokowym. Jeszcze bardziej frajersko, niż ja, bo zapomniał o kamiennej rynnie na podwó® (hehe), podwórku, i cofając się wpadł w ten spadek. Też 6 tygodni w plecy. Z wiadomych przyczyn byłem empatyczny i pomyślałem „dobrze, że nie ja”. Lekarz kazał mu tydzień leżeć. Dziś na konsultacji stwierdzono, że opuchlizna znacznie się zmniejszyła, więc facet uznał, że już jest ok i że po południu idzie do pracy. Praca: przeładunek, 12 h na nogach. Siubidu, pieniądz jest pieniądz, reminiscencja rodziny banknotów powinna załopotać na wietrze waszej pamięci. A mnie bark boli coraz bardziej, pewnie dlatego, że coraz szybciej się regeneruje ha ha. Zapominam o nim czasem i zaczynam robić pajacyki, wtedy on albo klepie mnie w bark albo oburzony wychodzi trzaskając drzwiami. No i sobie boleśnie o nim przypominam.

Pora na filozofię. Otóż Kobiety ze wsi wyglądają starzej niż kobiety z miasta. Rozwinę: kobiety ze wsi wyglądają starzej niż wskazywałby na to ich wiek, albo też kobiety w mieście wyglądają młodziej. Oto kolejne spostrzeżenie, które zaobserwowane było pewnie już stulecia (od czasów pierwszych miast, hehe) temu, a moje oko skupiło się na tym dopiero teraz. Faceci w sumie też. Także praca tak fizyczna, jak umysłowa potrafi równie styrać. Ale ta fizyczna zostawia ewidentne ślady. Więc krzepi bez wątpienia, ale i bruździ (od: bruzd na twarzy). A może to jednak bimber, ale aż tak daleko w swojej filozofii nie chcę się posuwać.

Z nowinek technicznych: Do tej pory biegałem z laptopem pod daszek po lepszy sygnał, bo w biurze pojawiał się i znikał jak Latający Holender. Teraz przyjechał drugi kierownik rumuński i podłączył jakiś przekaźnik i sygnał zakotwiczył na dobre. I teraz drugi wątek filozoficzny a propos drugiego kiera. Otóż kolega jest mocno zarobiony, ma swoją firmę spedycyjną, trzydzieści tirów. Ponoć przyjechał tutaj w 2007 z niczym i od tamtej pory bizmesy się ruszyły. A ruszyły się dlatego, że od każdego pracownika, którego tu przywiezie, bierze po 200, 300 eurasków za danie tej możliwości. Jako że w sezonie buja się tu kilkuset Rumunów, matma robi się sama. Polacy (którzy pewnie też biorą, ale nie tyle, i ich boli, albo nie biorą w ogóle, albo sami płacą, albo) scenicznym szeptem powtarzają „mafia”. I że wyzysk. No bierze hajs za nie swoją pracę, prawda to. Z drugiej strony daje pracę. W Rumunii ponoć takie pieniądze, jakie tu zarabiają, to le majątek. Więc czy ta pewna forma pośrednictwa nie jest w zasadzie uczciwą formą zarobku (Nie mówimy o podatkach)? Czy ja nie życzyłbym sobie też tej w sumie symbolicznej kasy? Około trzy dni pracy tutaj, dla niektórych dwa. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu widzenia, może gdybym usiadł z tymi którzy płacą, to bym się bulwersował. Ale mimo wszystko uważam, że jak ktoś nie chce, to nie musi jechać. To po pierwsze, a po drugie naprawdę daje im zarobić, więc może wdzięczność byłaby na miejscu? A może Rumuni są wdzięczni, tylko Polacy jak zwykle w cudze sprawy lubią paluch włożyć, bo Bóg dał nam do tego prawo, bo jego mama jest królową Polski. Trochę mnie krajanie smucą tutaj, może dlatego krytycznym okiem spoglądam. Wszyscy Rumuni, kiedy wchodzą do mnie do biura, pukają. Polacy wbijają z buta, jakby byli u siebie. Widocznie 6 lat okupacji wystarczyło, żeby z jednym z pierwiastków germańskich zaszła reakcja, mianowicie poczucie bycia rasą panów.

A na obiad ma być Kordą blu.  

dziś o sporcie

Dziś byłem u lekarza z jednym z wesołych traktorzystów. Chłopak 22 lata, drugi rok siedzi tu przez 10 miesięcy. Wcześnie zaczęta emigracja zarobkowa. W naszym kraju chyba jednak niewiele się zmienia, skoro ludzie non stop wyjeżdżają za chlebem. Ale nie o tym chciałem pisać. Byliśmy u lekarza, bo chłopak robił sobie na dmuchanej poduszce typu zamek salta, źle wymierzył i łupnął klatą o ziemię. Czekając na wizytę trochu pogadalim i okazało się, że chłopak połamany był nie raz, kiedyś bujając się z bratem na gałęzi urwali ją, brat znalazł się na(d) (wozie) gałęzią, a on pod. Ręka w łubkach. Ciekawiej było, gdy gnał szosą na ścigaczu – koło wpadło do dziury i przy szybkości 160 na godzinę (tak przynajmniej utrzymuje) wykonał salto mortale! i powędrował w gips z połamanymi rękoma, nogami, żebrami i obojczykiem. W sumie szczęściarz. A oprócz tego trenował 10 lat boks tajski, tu o dziwo żadnej kontuzji. Ale zakończył przygodę ze sportem, albowiem no właśnie, zaczyna się życie i trzeba na nie zarobić. Wspomniał też o swoim koledze, który zdobył mistrzostwo Polski, ale też musiał poszukać pracy bo nie znalazł się sponsor , który popchnąłby dalej jego karierę. W zasadzie nic nowego, kolega z zespołu też bawił się w waterpolo na ciekawym poziomie, a poszedł ciskać paczki od 8 do 16 na umowę, znów życie wypięło dupę na sportowe marzenia. Ale akurat naszła mnie refleksja, bo przecież rękę na temblaku noszę, w kulę się zamieniam bez sportu, z zazdrością patrzę na współlokatorów, co to pompki machają o poranku, gdy wracają ze służby nie drużby. I tak mi smutno, bo od grudnia nie ćwiczyłem prawie 3 miesiące, żeby mi się ręka naprawiła, a jak ledwo zacząłem, to zepsułem drugą. I żal mi straconych, bezczynnych tygodni. A nie raz wzdychałem patrząc, jak grając w mecza chłopaki golów jak mrówków strzelają,  jak się boksują, jak do drop shotów dobiegają, jak sporty wszelakie uprawiają z sukcesami, ochiwani i achiwani przez publikę, ciała piękne, spojrzenia dumne, wawrzyn, wawrzyn wszędzie. Bo ja też chciałbym, więc żałowałem, że za młodu nie zacząłem, nie zmuszałem się do katorżniczych treningów, nie poświęciłem młodości na kształtowanie swojego ciała i ducha, a nie tylko ducha. Bo najprościej pozrzędzić, że „gdybym tylko wtedy…”, albo jeszcze lepiej „gdyby rodzice mnie popchnęli…”. Absurd. Zwycięzców nie trzeba popychać, sami się pchają. Więc nie mam duszy zwycięzcy. Ale i tak sobie wzdycham i żałuję. Bo przecież teraz byłbym kimś, bożyszczem zapewne. Dziś jednak uświadomiłem sobie (tak oczywistą rzecz, dopiero dziś), że są też tacy, którzy za młodu zaczęli, do katorżniczych treningów się zmuszali, w końcu młodość poświęcili na kształtowanie siebie, na pogoń za marzeniami. I dziś wiedzą, że pomimo tej ciężkiej pracy, niesłychanego trudu, niezwykłego poświęcenia jednak marzeń nie dogonią. Gorzki poniedziałek. Zagryzę więc czekoladką z brantwajnem.