Wiekopomne dzieło cz. IV

Tak a nie inaczej, dotarliśmy wreszcie do momentu, który został opisany na początku rozdziału. Mag bez głowy jest wściekły i miota zabójczymi czarami, tylko nie może trafić, ale już nie dlatego, bo nie chce, tylko nie może, a nasz dzielny młody bohater ukrywając się za tym, za czym da się ukryć, kombinuje, co począć dalej, aby wykaraskać się z opresji. Czarownik zadufany, bo zadufany, przechwalał się, bo przechwalał, ale, no cóż, nie ma się co dziwić, miał powody, żeby być zadufanym, bo i miał się czym przechwalać. Jedyna próba zbliżenia się do korpusu i obezwładnienia go, jaką Bożydar podjął się wykonać, skończyła się potężnym uderzeniem mocy i lotem około dziesięciu metrów. Jedno żebro na pewno pęknięte, a zapewne więcej. Obszar potłuczonego ciała wynosił około dziewięćdziesięciu procent, ale rachunek mógł być nieprecyzyjny, zważywszy okoliczności oględzin. Ogólnie czuł się marnie. To, że go nie zabiło, przypisywał lekkiemu wyczerpaniu energii magicznej czarodzieja. Wali tak tymi piorunami dobre piętnaście minut, wypadałoby, żeby mu się te jego akumulatorki zużyły, ile można, do cholery. Łeb też w sumie chyba się już trochę tymi przekleństwami znużył, bo od kilku chwil tylko coś burczał pod nosem i wykrzywiał twarz w przeróżnych grymasach. Nagle Bożydar uświadomił sobie oczywisty fakt i zaklął siarczyście, czemu wcześniej na to nie wpadł, tylko skakał jak baranek i ośmieszał się przed samym sobą.

 - Głupota ludzka nie zna granic – zakomunikował głowie złego Michała, która łypała na niego złym okiem, gdy zaczął iść w miarę możliwości w jej kierunku – a najciemniej, jak to mówią, pod pochodnią – ostatnie metry pokonał już spokojnym krokiem, jako że ciało przestało czarować cudeńka – Przecież to oczywiste, że do siebie nie będziesz raczej mierzył, czyż nie?

Głowa zabluźniła straszliwie, po czym chciała opluć Bożydara, ale jej nie wyszło i opluła sobie brodę.

- Ano – pokiwał głową chłopak i podniósł głowę za włosy.

- To boli! – wrzasnęła.

- Cieszy mnie to, choć odrobinę mogę zrewanżować się za żebra.

- Srał cię pies!

- Ach ach, czarownik się zirytował, no proszę – Bożydar zatrzasnął wrota komnaty, w której zostało obrażone ciało złego czarnoksiężnika Michała – A teraz – uśmiechnął się wymownie – powiesz mi, gdzie ukryłeś skarb, bo jeśli nie, lecisz po schodach. Jak wysoka jest twoja wieża? Od samego patrzenia może rozboleć głowa, a co dopiero od spadania – zaśmiał się, rad z udanego dowcipu, a głowa Michała obdarzyła go spojrzeniem wypranym z szacunku.

- Skarby zwykle trzyma się w lochach – odparła zdegustowana – Ja nie byłem w tej kwestii oryginalny.

Tak też myślałem, ale wolałem się upewnić – młody wojownik pokonywał drogę w dół skokami po kilka schodów. Kiedy dotarł do wejścia do lochów, głowę rzucił na ziemię. Ta zawyła z bólu.

- Ocipiałeś?! Mam chyba wstrząśnienie mózgu!

- Jakoś to przeżyjesz. Tymczasem idę po kosztowności, a ty poczekaj tu na mnie, nigdzie nie odchodź.

Zły czarnoksiężnik Michał znów zaklął niewybrednie, a śmiech Bożydara wypełnił korytarz prowadzący do lochów.

Dotarłszy na dół, nasz bohater rozejrzał się i ze zdziwieniem odkrył, że tak wielkie zamczysko ma tylko jeden loch, do którego prowadzi długi korytarz, oświetlony pochodniami ujawniającymi osmalone ściany. W wielu lochach nie bywał, ale zawsze wydawało mu się, że trochę inaczej powinno to wyglądać. Z książek, do których wiemy, jaki główna postać naszej opowieści ma stosunek, wyniósł zdecydowanie inny obraz takiego lokalu – cele rozmieszczone naprzeciwko siebie, a liczba ich to co najmniej tuzin. No, ale książki jedno, życie drugie, trzeba ładować złoto i zabierać się z tej niesympatycznej okolicy. Szybkim krokiem przeszedł do jedynego pomieszczenia lochów. Zwrócił uwagę, że ściany były osmalone nie tylko przy pochodniach, ale to nie wywołało jego niepokoju. Szkoda. Bo kiedy przekroczył próg lochu, ukryta magiczna pułapka aktywowała się i odpaliła samozapłon. Coś eksplodowało, a potężna fala ognia, której wybuch zogniskował się w centrum lochu, pomknęła korytarzem, spopielając Bożydara, który zdążył tylko przebiec kilka kroków.

Ano tak, ogromne szczęście, zawsze idące w sukurs, tym razem nie pomogło naszemu ulubieńcowi, który nie zachwyci nas już więcej swymi przygodami, bo nawet nie miało jak. Chyba, że doprowadziłoby do skręcenia nogi w kostce na pierwszych stopniach i uniemożliwiło zejście, no ale niestety. A chytry plan złego czarnoksiężnika Michała zdał swój egzamin. Loch specjalnie był zaprojektowany w ten sposób, aby wścibscy awanturnicy, szukający nie chwały, a tylko złota, (dlatego zaczynali zwiedzanie od razu od lochu) nie mieli szansy ucieczki. I Bożydar też jej nie miał, szkoda, szkoda, ale co zrobić. Gdyby wykazał odrobinę rozsądku i zabrał głowę Michała ze sobą, ten na pewno ostrzegłby go przed czyhającym niebezpieczeństwem. Ale chłopak chciał mieć wolne ręce do zabrania większej ilości majątku, no i tak się to wszystko skończyło. Z tego oczywisty wniosek, pazerność nie popłaca. Złemu czarnoksiężnikowi Michałowi udało się połączyć korpus (nie należy pytać autora, jak udało mu się zejść po schodach bez szwanku, bo tego sam autor nie wie) z głową i ma się świetnie, nadal siedzi w swoim zamczysku i terroryzuje okolicę, a wszystkich poszukiwaczy przygód, którzy od opisanej przez autora historii zawitali do niego, zabił od razu, zapamiętawszy nauczkę daną mu przez młodego Bożydara. I tak kończy się ta niesłychana opowieść.

A czytelnika, który być może zżyma się na takie zakończenie i pragnie innego, gdzie dobro zwycięża ze złem, autor zapytuje, czy ów czytelnik widział kiedy świat z bliska? Jeśli nie, to niech się przyjrzy, to wnet zobaczy, że coś takiego, jak tryumf sprawiedliwości nie istnieje. Wiadomo, ludziom prawym to nie w smak, dlatego bzdury w książkach piszą. Autor rozumie tę tęsknotę za szlachetnością i pochwala starania innych twórców w tej dziedzinie, ale sam postanowił wyłamać się ze schematu i pokazać, jak się sprawy mają. To tyle.

Wiekopomne dzieło cz. III

Autor zdał sobie właśnie sprawę, że pisze takie bzdury, że chyba by się nie szanował, gdyby to kontynuował. Młody dzieciak czytujący traktaty filozoficzne i książki naukowe? I o czym, może o fizyce kwantowej jeszcze? Czytelnik został wystawiony na ciężką próbę, czytając te pierdy, autor chyba zwątpił w jego intelekt, zdolność wyciągania wniosków i kojarzenia faktów. Nie mówiąc już o tym, co jeszcze nie zostało napisane, a byłoby skandalem niesłychanym, teorią naciągniętą bardziej niż guma w małych majtkach na tyłku grubasa. Trochę powagi, naprawdę, bo z torbami raczej ktoś tu pójdzie, a nie grube pieniądze zarobi, o pomniku trwalszym niźli spiż już nie mówiąc. No no, spokojne, zaraz coś się elegancko wykreuje. Tak jak wcześniej obwieszczone, autor dopiero zdobywa doświadczenie i nie od razu Rzym zbudowano, prawda, więc cierpliwości, jakoś się ułoży. Po prostu za dużo pomysłów buszuje w głowie autora, a każdy z nich uważa się za najlepszy i pcha się na papier, nie biorąc w ogóle pod uwagę, że taki egoizm i egocentryzm źle wpływa na logikę książki, a z jej twórcy, aspirującego do miana świetnego pisarza, robi marnego prozokletę. Tak więc autor raz jeszcze przedstawi kilka faktów z życia Bożydara, a tych wcześniejszych nie usuwa, lecz zostawia ku przestrodze. A jak komuś się przez przypadek mimo wszystko spodobało, to niech to potraktuje jako alternatywną wersję bez zakończenia, i tyle.

Bożydar był duszą nad wyraz niespokojną. Będąc dzieckiem wszędzie go było pełno, uwielbiał zabawy, wygłupy, śmiał się, hałasował i wszystko psuł. Słowem, robił to, za co dorośli kochają dzieci. Ot, normalny, dobrze zapowiadający się chłopczyk. To, co go wyróżniało, to pasja do książek (zwłaszcza przygodowych), której nie wykazywali inni chłopcy w jego wieku. Gdy z dziecka stał się młodzieńcem, nadal uwielbiał zabawy i wygłupy, ciągle się śmiał i wciąż wszystko psuł, co teraz jednak nie spotykało się z taką aprobatą dorosłych, jak kiedy był dzieckiem. „Nie samą zabawą człowiek żyje” powtarzała jego matka, dając mu do zrozumienia, że powinien już trochę dorosnąć, na co Bożydar odpowiadał radośnie „a powinien”, dając jej do zrozumienia, że wcale nie chce. Ale nie chcieć to on sobie mógł, wiadomo, jak działa świat, kiedy jest się zależnym od kogoś – wyboru dużego się nie ma, trzeba być posłusznym. Chłopak starał się wiec być trochę doroślejszym, kochał też matkę bardzo i nie chciał jej robić przykrości, dlatego też poszedł na studia prawnicze, jak na poważnego, a nie dziecinnego młodego człowieka przystało – studia dają przecież prestiż i łatwiej po nich o pracę. Ciągle jednak uwielbiał czytać przygodowe książki, a ich lektura przenosiła go do innego świata, w którym zapominał o troskach dnia codziennego i innych męczących go rzeczach. Zawsze potem powtarzał, w końcu zacznie żyć po swojemu, realizując cele postawione sobie w młodości (tej bardzo młodej młodości, bo przecież Bożydar mówiąc to miał kilkanaście lat, nie był aż taki stary), nie będzie dopasowywał się wiecznie do innych. Bunt jednak nigdy nie przybrał fazy ostrzejszej od kilku słów wyburczanych pod nosem, pozostawał raczej uśpiony, pamiętajmy, nie chciał smucić matki. Aż pewnego dnia, kiedy po zdaniu ostatnich egzaminów na studiach dowiedział się, że matka załatwiła mu posadę pomocnika w kancelarii, Bożydar uznał, że nadszedł idealny czas na rewoltę. Miał już dość robienia wszystkiego tak, jak życzą sobie inni, a na przekór sobie. Wiedział, że jeśli nie przeciwstawi się teraz, to nie zrobi tego nigdy. Najgorsza jednak była obawa, że świat przygód poznany w książkach pozostanie tylko w jego wyobraźni i nie zasmakuje go, nie poczuje naprawdę. Oznajmił więc, że dopóki jest młody, chce nacieszyć się życiem, a nie grzebać żywcem w zamkniętym budynku z wrakami ludzi zaglądającymi do książek nie dla przyjemności, ale w celu znalezienia odpowiedniego kodeksu. „Na to będę miał jeszcze czas, tymczasem świat na mnie czeka”. Matka jak to matka, martwiła się o syna, ale uszanowała jego wybór. I tak Bożydar zaczął odmieniać swoje życie po dwudziestu latach z hakiem spędzonych w rodzinnym domu. Wyruszył ku przygodzie, jak to się mówi.

Czasy wtedy były ciężkie. Właściwie to czasy zawsze są ciężkie, każdy to wie, a tym bardziej czuje na własnej skórze, ale mimo wszystko warto czasem o tym przypomnieć. Bożydar oczywiście wiedział o tym też, łebski był z niego chłopak (nadal jest, o ile w międzyczasie nie poległ), toteż za pieniądze otrzymane od matki na łatwiejszy początek wyprawy po szczęście zakupił miecz i skórzany kubrak. Pieniędzy tych nie było zbyt dużo, dlatego i nabytek nie prezentował się zbyt okazale, dla chłopca jednak był to oręż i zbroja godne najznakomitszych rycerzy. Z takim wyposażeniem i ze znajomością sztuki fechtunku (chłopięce bijatyki na patyki, a swego czasu stary wiarus Corso mieszkający nieopodal rodzinnego domu Bożydara dał mu kilka lekcji, pokazał parę sztuczek) nasz śmiałek był gotów podbić świat, przynajmniej okolicę. Młodzieńcza euforia, wiadomo. Wszystko wskazywało na to, że chłopak dostanie po łbie za rogiem i ogolą go z tych kilku groszy, które jeszcze mu się ostały, w najlepszym przypadku obity wróci do domu, a w najgorszym, ha, sprawa oczywista. Jak się jednak okazało, Bożydar miał więcej szczęścia niż rozumu, ba, miał tyle szczęścia, że mógłby z powodzeniem grać w totka i trafiać permanentnie same szóstki. Ale nie znano tam totka, więc fart był wykorzystywany inaczej. Wychodząc obronną ręką z wielu przygód, znalazłszy się w których normalny człowiek sam by się zabił, nie znajdując lepszego rozwiązania, młody Bożydar zdobywał doświadczenie w dziedzinie walki, cwaniactwa, czerpania korzyści z przeróżnych sytuacji, słowem, we wszystkim, co ułatwiało przeżycie. Nigdy jednak nie posuwał się do krzywdzenia ludzi niewinnych, aby coś zyskać, miał – to oczywiste – dobre serce, bo został wychowany na człowieka uczciwego, jakże by inaczej. Warto jeszcze tylko dodać, że Bożydarowi, jak to zwykle u niedorostków, którzy liznęli trochę życia, nawet przez myśl nie przeszło, żeby swe sukcesy przypisać opisanemu wcześniej szczęściu, tylko umiejętnościom i zaradności. Cóż, może to i lepiej, że chłopak w siebie wierzył, wątpliwości mogą czasem złamać i najtwardszego człowieka, a takim przecież Bożydar nie był. Tak czy siak, przygód miał sporo, autor nie będzie tu ich opisywał, może kiedyś, jak czytelnicy zapragną je poznać, a coś sensownego się wyklaruje, najważniejsze, że chłopak był szczęśliwy przemierzając ten padół ziemski i niosąc pomoc uciśnionym bla bla. Banał powiecie, spodziewaliście się czegoś niesamowitego? To obejrzyjcie sobie „Nie do wiary” albo przeczytajcie „Życie na gorąco”, tam znajdziecie niesamowite niesamowitości. Autor sam nie jest do końca zadowolony ze wszystkich popełnianych wersów, ale przynajmniej jest do rzeczy, w miarę się wszystko zazębia, do teorii za bardzo się nie można przyczepić, a o to też autorowi chodzi. A jak po raz kolejny powtarza, styl potrzebuje czasu, żeby się rozwinąć i udoskonalić, na niespodzianki, które wprawią w zdumienie czytelnika (i niewykluczone, że samego autora również) też przyjdzie jeszcze czas, więc niechże czytelnik okaże trochę cierpliwości, naprawdę, każdy by chciał od razu dzieła na miarę literackiego Nobla…

Dotarł wreszcie nasz bohater do pewnego dziwnego miejsca, co się zwało Cichogród… Po krótkim namyśle autor doszedł do wniosku, że miejsce wcale nie nazywało się Cichogród, bo to bardzo pretensjonalna nazwa, i przemianował je na, dajmy na to, Kleindorf, hehe. Nie, nazywało się Zagrzybice. Ponoć grzyby tam w wielkiej obfitości rosły, ale kto to wie na pewno. Tak czy siak, chłopak jest już na miejscu i oto czego się dowiaduje od miejscowych. Nieopodal wioski wznosi się otoczona gęstym lasem góra, a na niej stoi zamek. Ponure to zamczysko, tonie w wiecznie ciemnych chmurach, a to dlatego, że w nim ponury mieszka człowiek. A może i nie człowiek? Złym czarnoksiężnikiem Michałem się nazywa, strach wśród mieszkańców Zagrzybic sieje i nie tylko, wszak inne wioski też znajdują się w okolicy. Oprócz strachu budzi też zły czarnoksiężnik Michał inne emocje, a najczęstsze z nich to straszne nerwy, bo haracz trzeba mu płacić, i to niemały, więc się ludziska irytują. Jednym słowem kiepsko, sąsiad upierdliwy i fajnie by było, gdyby coś się zmieniło. Tylko nie bardzo wiadomo jak to zrobić. Ale my już, moi mili państwo, oczywiście wiemy, jak. Tutaj Bożydar widzi szansę na potwierdzenie swej męskości, siły, sprawności, odwagi no i całej reszty cech z listy superherosa. Zasięga nasz młodzian, jak to się mówi, języka i dowiaduje się, że zły Michał sam jeden w swojej willi na górce mieszka. Sam jeden? Bez obstawy stu najemnych zbirów? Pewnie pieniędzy z haraczu mu na to żal, skąpiec, a przecie uczciwie nie zarobił, to co mu szkoda. Ale, co tu gadać, do pracy trza się brać. Przekonany o tym, że jest prawie bogiem, wszak nie pokonał go do tej pory nikt, Bożydar postanawia rozprawić się z szwarccharakterem, zdobyć uznanie i szacunek mężczyzn, serca kobiet oraz pieniądze Michała z jego skarbca. Co? Byli już jacyś śmiałkowie, ale słuch o nich zaginął? No to ja będę pierwszym, o którym nie zaginie. Szczęście mi sprzyja, młody jestem (ale z dużym doświadczeniem, z niejednego pieca wszak chleb jadłem), no i oczywiście jestem świetnym wojownikiem. Tak to sobie wszystko elegancko potłumaczył i wytłumaczył nasz bohater, a my przez wyrozumiałość nie będziemy tego komentować, bo i po co? Przez głowę chłopaka nawet nie przeszła myśl, że coś tu musi nie grać, porażka nie była wkalkulowana w eskapadę. Dziwne się w zamku rzeczy dzieją, ludzie bez wieści znikają, w nocy odgłosy takie stamtąd dochodzą, że aż włosy dęba stają? Czary mary, strachy na lachy, nie boję się niczego, zwycięstwo to moje drugie imię. No i ruszył Bożydar na złe moce. Dotarłszy do podnóża góry i skonfrontowawszy swe waleczne serce z mrokiem lasu, do którego miał wkroczyć, zaszczęknęło mu się trochę zębami, ale że nikt tego nie widział (a czytelnik fakt ten ze zrozumiałych względów zachowa dla siebie), to nie ma co z tego problemu robić, wziął się w idiomatyczną garść i ruszył dalej. Wiemy już o jako takim doświadczeniu chłopaka, nie zdziwi więc nas, że aspirujący na herosa, kiedy wychynął z lasu i rozejrzał się, jak się sprawy mają, nie poleciał wymachując mieczem na wszystkie strony i nie pruł się straszliwie (jak czynią niektórzy, chcąc zapewne dodać sobie odwagi), tylko spokojnie, ostrożnie i po cichu przemknął do wrót zamku. Te były zamknięte, ale bez problemu dało się je uchylić i wśliznąć do środka. Nie zabrakło przy tym klasycznego złowróżbnego skrzypnięcia, ale tak jak ludzie w wiosce mówili, żadnej straży, służby, przysłowiowe ani widu ani słychu, nikt więc nie pojawił się, gdy Bożydar przekradał się wzdłuż ścian pokrytych zmurszałymi gobelinami. Gdy zaglądał do pustych komnat, nikt nie przeszkodził mu, wznosząc okrzyk: „obcy, obcy”, „alarm, intruzi, do broni” czy zwykłe „czego tu szukasz gnojku?”. Nikt nie natknął się na niego, gdy wspinał się po krętych schodach na szczyt wieży, która, jak zwykle w takich opowieściach, jest siedzibą złego maga (ale dobrzy też miewają tam swoje lokale, wieże nie są domeną tylko złych czarodziejów). Tak było i tym razem, przecież nie wyłamie się autor ze schematu tak od razu, zwłaszcza, że ten schemat bardzo mu odpowiada, bo nie wyobraża sobie autor, żeby taki mag miał mieszkać w jakieś chatce na moczarach, trzeba wszak pewien status mieć. Więc jak już powiedziane, tak było i tym razem, zły mag Michał mieszkał na ostatniej kondygnacji wieży ponurego zamczyska. Siedział sobie na fotelu przypominającym tron (co było do przewidzenia) i uśmiechał się szyderczo (co też było do przewidzenia). W dłoni dzierżył kostur, na końcu którego zatknięty był kryształ.

- Ach ach, kolejny poszukiwacz przygód, no proszę. Tak dawno żaden z was mnie nie odwiedzał, że już myślałem, że o mnie zapomnieliście. A może po prostu baliście się tu przyjść? Hhahahah – zaśmiał się, a w jego śmiechu można było wyczuć nutkę teatralności.

Bożydar uniósł brwi i wykrzywił usta.

- Tak długo tu siedzisz sam, to mógłbyś sobie lepszą kwestię przygotować, ta jest kiepska. Tak jak twoje poczucie humoru. I nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale jestem tutaj sam, więc nie mów do mnie w liczbie mnogiej.

- O, zadziorny chłopak. Kilku już takich było. I wszyscy tak samo skończyli – powiedział czarnoksiężnik i znów się zaśmiał, i znów można było wyczuć teatralność.

- Nudzisz, czarowniku – nasz bohater wzruszył ramionami – Mówisz, ktoś przede mną miał pecha? Trudno się mówi. Ja przyszedłem po to, żeby móc wrócić w chwale. Myślisz, że nie ma na ciebie mocnych? Zaskoczę cię. Ale zanim pożegnasz ten świat, powiesz mi, gdzie ukryłeś swój skarb, bo nie chce mi się go potem szukać, czarowniku – dokończył i założył rękę na rękę (zapewne, żeby dodać sobie powagi i pokazać, że się nic nie boi, choć jest to, trzeba być szczerym, kłamstwo na potęgę. Ale nadrabia chłopak miną, i to też się liczy).

Zły mag Michał zmrużył niesympatycznie oczy, po czym rozciągnął usta w złośliwym uśmiechu.

- Nie zabiję cię od razu – pokręcił głową – Nie, najpierw się z tobą pobawię. A jak już skończę zabawę, to będziesz błagał, żebym cię zabił. I dopiero wtedy zacznę zadawać ci ból – piorun wystrzelił w kierunku Bożydara, który odskoczył w bok. Pocisk jednak mocno chybił celu, widać było, że czarnoksiężnik nie chciał trafić.

- Wreszcie coś konkretnego, bo od tych przechwałek słownych mdło się robiło – krzyknął chłopak, po czym natarł mieczem na Michała. Jednak gdy ostrze miało wbić się w ciało rywala, ten błyskawicznym ruchem zasłonił się swym kosturem, a ten zadźwięczał metalicznie. Bożydar poczuł ból w dłoni, która trzymała miecz, a całe ciało przeszedł zimny dreszcz. Uchylił się o włos od kontrataku michałowego kostura i odskoczył pod ścianę.

- Dziwne to drewno – skomentował, rozcierając zdrętwiałą dłoń – Z jakiegoś drzewa, które rośnie w twoim przyzamkowym ogrodzie?

- Zobaczysz i poczujesz jeszcze kilka dziwnych rzeczy, zanim umrzesz – paskudny uśmiech nie znikał z ust czarnoksiężnika – Nie wiesz, na co się porwałeś. Lepiej by było dla ciebie, żebyś przekuł sam siebie tą swoją śmieszną zabaweczką.

Zły mag Michał z rozbawieniem przyglądał się, jak Bożydar stara się unikać jego magicznych pocisków. Jeden z nich trafił w miecz, tak, że chłopak go upuścił, lecz chwilę później trzymał go znów w ręku. Drugi trafił go w bok, ale że był słaby (Michał nie chciał go przecież zabijać od razu), rzucił nim tylko o ścianę. Nasz bohater zaczął już odczuwać zmęczenie walką, a przecież nawet nie trafił jeszcze złego Michała, nie mówiąc o jego zranieniu. Sam zaś był już bardzo obolały, tamto lądowanie na ścianie kosztowało go trochę zdrowia. Podróżując tak skokami po komnacie natrafił na krzesło, jeden z nielicznych elementów umeblowania. Chwycił je zgrabnym ruchem i z niesamowitą wręcz precyzją i siłą cisnął nim w złego maga. Ten jednak odbił je, gdy było już tuż przed jego nosem, jednym ruchem ręki i zaczął się śmiać (no i wreszcie był to śmiech naturalny)

- Jesteś niepoprawny. Ale dobrze, mam przez to więcej uciechy. Wielu śmiałków próbowało ze mną walczyć. Niektórzy byli naprawdę nieźli, ale tych zabijałem szybko. Sam rozumiesz, na wszelki wypadek, po co kusić licho – znów zaśmiał się, a jego oczy podziwiały przez moment sufit – Ale ty, chłoptysiu, oprócz zwinnego języka i ciała nie posiadasz nic, co mogłoby mi zagrozić. Dlatego – kula ognia poszybowała w stronę Bożydara – z nudów jeszcze trochę cię pomęczę, zanim w końcu zabiję.

- Palant – westchnął nasz młody bohater i ukrył się za filarem, których jako jedynych było w sali pod dostatkiem. Dyszał już ciężko, a nie miał pojęcia, co ma dalej począć z tym fantem. Nagle ujrzał po drugiej stronie komnaty dużą tarczę przytwierdzoną do ściany. Może uda mi się nią osłonić i dotrę do tego bubka, pomyślał. Nie zastanawiając się długo ruszył pędem wzdłuż sali, ukrywając się za filarami i meandrując wśród czarów maga Michała, który ujrzał cel chłopaka i znów zaniósł się śmiechem.

- I do czegóż to jej niby chcesz użyć? Chyba, żeby, jak to się mówi, wrócić nie z tarczą, a na niej, muahahaha. Cóż, już późno, ściemnia się, pozwól więc, że oświetlę ci tę drogę powrotną – kula ognia wyfrunęła z dłoni złego czarownika, przeleciała przez komnatę i trafiła w środek tarczy, którą Bożydar właśnie oderwał od ściany i ujął w rękę, zapalając ją. Zrozpaczonemu chłopakowi zaświtał nagle pomysł. Nie był zły, ale do jego realizacji potrzeba było niewyobrażalnej wręcz ilości szczęścia. No, ale tak się akurat składa, że nasz młody heros taką właśnie ilość posiada, a nawet i trochę więcej, więc na co czekać? Chłopak zbliżył się do Michała, pokonując znaczny dystans ich dzielący zygzakiem, zamachnął się i wypuścił z dłoni płonącą tarczę. Ta wirując pomknęła w stronę głowy złego czarnoksiężnika Michała, który ciągle zanosząc się śmiechem odbił ją, tak jak wcześniej odbił krzesło. I tu pojawia się haczyk przedsięwzięcia, gdyż w sekundę po wyrzuceniu w kierunku Michała tarczy, Bożydar wyekspediował tą samą drogą swój miecz. Płonąca tarcza zasłoniła drugi pocisk, a gdy zły czarnoksiężnik ze zdumieniem go odkrył i zorientował się, że padł ofiarą podstępu, na adekwatną do sytuacji reakcję było już za późno. Furkoczący miecz zaskoczył go, gdy miał rozpostarte ręce, a ostrze elegancko oddzieliło głowę od korpusu. Cóż za niesłychany fart, powiecie, przypadek jeden na milion? Owszem, ale Bożydar, jak już wcześniej autor napomknął, miał taką przypadłość, że właśnie ten jeden na milion przytrafiał się właśnie jemu, a nie komuś innemu. 

<c.d.n.>

Wiekopomne dzieło, które zachwyci miliony, a autora uczyni człowiekiem obrzydliwie bogatym. Pierwsza książka, którą ów autor napisze do końca. Cz. 1

Głowa złego czarnoksiężnika, którego imienia autor jeszcze nie wymyślił, ale nie traćmy nadziei – początki, jak wiadomo, zawsze są trudne, ale ze wszystkim sobie poradzimy w miarę rozwoju książki, a co za tym idzie, umiejętności pisarskich i szybkiego reagowania na kłopotliwe momenty, które mogą zatrzymać postępowanie akcji, a co gorsza doprowadzić bezpośrednio do tak zwanego wylecenia z głowy dobrego pomysłu na kontynuowanie zapierającej dech w piersi historii, a pośrednio do zrezygnowania z kariery pisarskiej, czego byśmy (a na pewno my – autor) nie chcieli. Wspomniane kłopotliwe momenty to chociażby właśnie imię dla postaci. Obojętnie, czy jest to bohater, który zmieni bieg świata, czy ktoś, kto pojawi się tylko po to, by spytać o drogę, a potem zniknie w niepamięci zarówno czytelnika, jak i twórcy, tak czy siak, imię jest bardzo ważne. Dlatego należy dobrze przemyśleć tę decyzję. Nie daj Boże wybierzemy tudzież wymyślimy – my, autor – miano, które naszym zdaniem nadaje się idealnie dla naszego herosa, a dociekliwy czytelnik sięgnie po słownik etymologiczny i parsknie ze śmiechu, odnajdując znaczenie słów, które być może przypadkowo są podobne do członów imienia owego herosa, a w ogóle mu nie przystoją. Nie zapomnijmy, że mimo wielkiej chęci zostania wielkim pisarzem i równie wielkiemu przekonaniu (użycie słowa „wielki” w takiej częstotliwości było zamierzone, jakby ktoś chciał przyczepić się do powtórzeń), że uda się autorowi to osiągnąć, (oby jak najszybciej, bo oprócz niewątpliwej sławy przyniesie to również pieniądze, które są potrzebne do, hm, wielu rzeczy, ale przede wszystkim do spokojnego bytu, a ten do dalszego pisania – nie chcielibyśmy, aby tak trywialna sprawa jak nieopłacony czynsz zaprzepaściła powstanie być może najwspanialszej książki w historii dziejów), a więc nie zapomnijmy, że ten autor ma dopiero lat 20 z, jak to się mówi, hakiem i potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby zdobyć wiedzę taką, jaką posiadają panowie Arturo Perez (z kreseczką akcentową nad pierwszym e) Reverte lub Andrzej Sapkowski, których to panów autor darzy wielką estymą i zazdrości im ich niewątpliwej wiedzy o świecie, a trochę też talentu pisarskiego (wszystkim tym, którym niewątpliwy talent dwóch wspomnianych panów nie przypadł do gustu, autor serdecznie współczuje). Dlatego prosi się szczególnie wybrednych czytelników o wyrozumiałość i nie wypowiadanie pochopnych sądów. A jeśli nie mogą się na to zdobyć, to i tak mamy to – my, autor – gdzieś (żeby nie być wulgarnym już na samym początku i nie sprecyzować, gdzie), bo wkrótce i tak będziemy – my, autor – bogaci i sławni dzięki tym bardziej wyrozumiałym czytelnikom, którzy za tę właśnie wyrozumiałość otrzymają dedykację z zamaszystym podpisem. A teraz wróćmy już do naszej fascynującej opowieści o głowie złego czarnoksiężnika i jej dalszych losach.

 …

Jako że dygresja wprowadzona na wstępie trochę się przeciągnęła, zacznijmy powieść raz jeszcze, żeby od początku móc wczuć się w klimat świata wykreowanego w fantazji autora. Dlatego znów pojawi się napis rozdział 1, ale teraz już naprawdę będzie to rozdział 1, a nie taka trochę dywagacja. Autor uczula jednak z góry na swoją skłonność do tym podobnych sytuacji, kiedy to zacznie meandrować w swojej wyobraźni między wątkiem a zupełnie niemającym z nim nic wspólnego przemyśleniem, i sugeruje, aby przeczytać akapit raz jeszcze i tym razem pominąć przemyślenie, aby nie zagubić się w historii. Dziękuję.

<c.d.n.>

chcecie bajki, oto bajka

Dawno, dawno temu były sobie trzy królestwa, którymi rządziło trzech królów, stary, chytry i szalony. Królestwo starego króla było najmniejsze i najbiedniejsze, gdyż król, będąc dobrym człowiekiem, zbyt łatwo darowywał winy swym występnym poddanym, a ci wykorzystywali to, doprowadzając królestwo do upadku. Stary król, widząc, do czego doprowadziły jego słabe rządy, podupadał na zdrowiu, aż w końcu umarł ze zgryzoty. Na łożu śmierci wyszeptał do swego syna „chciałem być dobry i łaskawy, a swymi czynami sprowadziłem tylko zło i niesprawiedliwość na twoje już królestwo”. Młody król, tak jak jego ojciec, miał dobre serce, był jednakże człowiekiem o silnym charakterze. Rządził sprawiedliwie i mądrze, nie wyzyskiwał swych poddanych, a tych, którzy łamali prawo, przykładnie i surowo karał, aby niesprawiedliwość i zło nie rozprzestrzeniały się. Dlatego uczciwym ludziom zaczęło się tam żyć dobrze i dostatnio, a kraj zaczął odżywać. Ciesząc się, że prawo i porządek zapanowały w królestwie, dzięki czemu życie w spokoju i radości wieść można było, jego mieszkańcy bogaczami zwać się zaczęli, albowiem, jak powiadali, króla tak mądrego mieć, to skarb największy na świecie.

Wieści, tak jak wiatr, daleko dotrzeć potrafią, a im więcej w powietrzu krążą, tym więcej w nich szumu. W największym królestwie na tronie z czaszek zasiadał szalony król. Gdy dowiedział się, że w mieszkańcy najmniejszego królestwa wielkimi bogactwami się chwalą, a jego król w swym zamku gigantyczny skarb trzyma, w swej chciwości zapragnął go zdobyć. Świadomy siły swej armii, która była największa z trzech królestw, wysłał list do młodego króla, żądając bogactw, które ukrywają jego poddani, a także skarbu, który on sam w swym skarbcu zgromadził. Młody król odpisał szalonemu, że jedynym złotem w jego królestwie są pola pszenicy, a skarb, który posiada, to szczęśliwe życie jego poddanych, tego jednak nie jest w stanie oddać nikomu. Szalony król nie uwierzył jednak w te zapewnienia i wyruszył przemocą zdobyć to, czego nie chciano mu dać po dobroci. Młody król wiedział, że jego armia jest zbyt mała, aby móc obronić się przed potęgą armii szalonego króla i że jego kraj spłynie krwią. Wiedział, że sam skazany jest na zagładę. Wysłał więc list do chytrego króla, w którym napisał: „Gdy szalony król pokona moją armię, nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby zaatakować i podbić również twoje królestwo. Jeśli połączymy swe siły, wspólnie będziemy w stanie nie tylko przeciwstawić się mu, ale być może i pokonać go”. Chytry król odpisał młodemu królowi „Przybądź do mojego zamku ze swą armią. Wyruszymy stąd na ziemie szalonego króla, aby zaatakować go od tyłu, gdy ten wkroczy do twojego królestwa. Nie będzie się tego spodziewał, a zaskakując go łatwo go pokonamy”. Młody król pomyślał, że pomysł jest ryzykowny, ale może się powieść. Tak zatem wyruszył na czele swojego wojska, aby połączyć się z armią chytrego króla. Gdy dotarł do jego zamku, ogrom budowli zaskoczył go. „Nie mam tak potężnej armii, jak szalony król, ale mury mojego zamku ochronią mnie nawet przed siłą trzykrotnie większą od jego” powiedział na powitanie chytry król. Przed wyruszeniem na wojnę wydał wielką ucztę, aby uczcić sojusz dwóch królestw. Podczas biesiadowania młody król próbował omówić szczegóły wyprawy, lecz chytry król zbywał pytania dotyczące przemarszu, mało interesując się tym tematem. W końcu młody król walnął pięścią w stół, poirytowany postawą chytrego króla, na co ten uśmiechnął się tylko kpiąco. „Widzisz, młody królu, twoim problemem jest to, że masz wielkie serce i małe królestwo. Chciałbyś obronić każdego swego poddanego, co jest nierealne. Mnie los moich poddanych aż tak nie przejmuje, najważniejsze, że ja jestem bezpieczny. Z drugiej strony, cóż mi po niezdobytym zamku, skoro moje królestwo legnie w gruzach, tak jak twoje, gdy najedzie je szalony król? Walka z nim nic mi nie da, przyniesie same straty. Ale będąc jego sojusznikiem mogę liczyć na korzyści, jakimi będzie część twoich ziem, młody królu”. Gdy chytry król przemawiał tymi słowy do młodego króla, przez dźwięki muzyki grajków biesiadnych zaczął przebijać się hałas walki i krzyki ludzkie, dobiegające z oddali. Młody król podbiegł do okna. W dole ujrzał obóz swojej armii, otoczony przez armię chytrego króla, która pod osłoną nocy okrążyła nieświadomych niczego żołnierzy młodego króla i zasypała ich strzałami. To była rzeź. Nieuzbrojeni, biegający w chaosie, ginęli jeden po drugim. Młody król odwrócił się i krzyknął „zdrada!” do chytrego króla, lecz ten zaśmiał się tylko. Na jego znak rycerze z jego gwardii przybocznej wyciągnęli miecze i rzucili się na orszak młodego króla, który choć zerwał się od stołów i trzymał już miecze w dłoni, nie miał szans z przeważającym liczebnie przeciwnikiem. Młody król wyszarpnął z pochwy swój miecz, lecz nim zdążył postąpić krok, został trafiony dwoma bełtami, zachwiał się i wypadł przez okno. Wpadł do fosy, a nurt wody uniósł go daleko. Gdy udało mu się wydostać na brzeg rzeki, natrafił na konia, który musiał uciec z zaatakowanego obozu jego armii. Wdrapał się na jego grzbiet i skryty w ciemności ruszył ku swojemu królestwu. Trawiony przez gorączkę od ran, na wpół przytomny, po wielu dniach dotarł w końcu swoje ziemie. Podróż przez zniszczony, spalony kraj, pełen niepochowanych trupów, była jak koszmar. Gdy ujrzał w oddali swój zamek, z którego poczerniałe od dymu okna ziały pustką, osunął się z rumaka na ziemię. Tak jak jego królestwo dogorywało, tak i on konał na wzgórzu, z którego rozpościerał się widok, niegdyś piękny, teraz mroczny i straszny. Młodemu królowi pociekły łzy po brudnych, wychudzonych policzkach. „Myliłeś się ojcze”, pomyślał „to ja swoimi czynami sprowadziłem zło i niesprawiedliwość na nasze królestwo”. Gdy jego oddech stawał się coraz słabszy, u jego boku pojawił się nagle diabeł i uśmiechnął się do niego. Młody król rzekł „czyniłem w swym życiu mądrze i sprawiedliwie, nie boję się więc ciebie, a jednak patrząc na skutki mych działań czuję, że masz do mnie większe prawo, niż Bóg. Mój ojciec czuł na łożu śmierci smutek, mnie wypełnia tylko nienawiść i chęć zemsty, tym boleśniejsze, że nie jestem w stanie odpłacić się już mym wrogom. Jakże umierać z takimi uczuciami w sercu, gdy przez całe życie chciałem być dobry i szlachetny?” Diabeł pokiwał głową ze zrozumieniem i odparł „Mogę dać ci zemstę, jakiej pragniesz, aby w chwili, gdy będziesz umierał, twe serce wypełniała radość. Ale wtedy zabiorę cię ze sobą”. Młody król, mimo że coraz trudniej było złapać mu oddech, długo wpatrywał się w oczy diabła. W końcu lekko skinął głową, a diabeł zaśmiał się w głos.

 

W największym królestwie na tronie z czaszek zasiadał szalony król. Gdy powiedziano mu, że przybył dziwny posłaniec, pragnący przekazać mu nagrodę za jego ostatnią wyprawę, zdziwił się, ale w swej chełpliwości i chciwości postanowił przyjąć posłańca. Gdy go ujrzał, jak powoli wkracza do komnaty, szalony król przeraził się, albowiem wiedział już, kim był posłaniec i jaką nagrodę ze sobą przyniósł.

„Przybyłem odebrać ci to, co mi zrabowałeś, szalony królu”, rzekła zakapturzona postać. Szalonego króla zalał zimny jak lód pot.

„Odbierając mi życie, nie odzyskasz tych, które straciłeś”, wykrzyczał cały swój strach szalony król. Młody król ściągnął kaptur, odsłaniając wychudłą, białą jak duch twarz.  „Ty też wiedziałeś, że nic nie zyskasz, a jednak to zrobiłeś”, odparł, a jego oczy świeciły zimnym blaskiem.

I choć szalony król miał wielką armię, nikt nie mógł go ochronić przed śmiercią.

Wieści, tak jak wiatr, daleko dotrzeć potrafią, a im więcej w powietrzu krążą, tym więcej w nich szumu. W swym królestwie na swym tronie zasiadał chytry król. Gdy dowiedział się, że szalonego króla zabił duch młodego króla, aby pomścić zagładę, którą szalony król sprowadził na jego królestwo, nie dał temu wiary, kazał jednak potroić liczbę strażników w swojej przybocznej gwardii. W swojej twierdzy, otoczony rycerzami, czuł się bezpieczny.

Jednak któregoś dnia ku zdziwieniu jego i jego obrońców do komnaty tronowej wkroczyła zakapturzona postać. Zimny blask jej oczu zmroził krew w żyłach chytrego króla, gdyż choć twarz skrywał cień kaptura, król wiedział, kim jest nieznajomy. Ten, otoczony przez gwardię chytrego króla, stanął na środku komnaty i ściągnął z głowy kaptur, spojrzał swymi przerażająco błyszczącymi oczami na chytrego króla i rzekł „Przybyłem odebrać ci to, co ty wcześniej zabrałeś mi, chytry królu”.

Chytry król rozkazał zabić przybysza, a sam skrył się w najwyższej komnacie najwyższej wieży swego zamczyska. Tam, dygocząc ze strachu, wsłuchiwał się we wrzaski mordowanej gwardii, ciężkie kroki na schodach, hałas rozrąbywanych mieczem drzwi. Gdy te padły, do komnaty wszedł młody król. W jego ciele tkwiło pełno strzał, a z wielu ran sączyła się powoli czarna jak noc krew. „To niemożliwe, zabiłem cię”, wyszeptał przerażony chytry król.

Młody król uśmiechnął się posępnie.

„Chytry królu, nie wiesz, że nie da się zabić śmierci?”

I choć chytry król miał swoją wierną gwardię przyboczną, a grube mury potężnego zamku broniły go przed wrogami, nikt nie mógł go ochronić przed śmiercią.

 

Gdy młody król wrócił do swego królestwa i znów ujrzał spalone ziemie, ogołocone pola, w otaczającej go ciszy nie słyszał śmiechu ludzi, szczekania psów, nawet śpiewu ptaków. Jednak ciągle wiejący wiatr dawno wysuszył jego łzy, nie mógł już więcej zapłakać. Wtedy u jego boku pojawił się diabeł, aby odebrać swoją należność. Spojrzał w oczy młodego króla, szukając w nich tryumfu zemsty, lecz ujrzał tam tylko pustkę. Pokiwał głową. Znów uśmiechnął się do młodego króla i zabrał go ze sobą, lecz nie jak swą ofiarę, a równego sobie.

Opowiadanko, cz. II

- Nie ma tu miejsca na ale. Żądam odsłuchania rozmowy z konsultantem, pani… Elu – Bożydar odczytał imię z tabliczki na piersi dziewczyny, pod którego nieoficjalną formą widniała informacja: „uczę się”. Wcześniej jej nie zauważył, bo wcześniej nie interesowało go imię dziewczyny. Uśmiechnął się nieprzyjemnie. Ela na taką minę nie miała niestety przygotowanej żadnej, widocznie jeszcze się nie nauczyła. Powiedziała więc aha, eeee i przeprosiła na moment. Moment ten Bożydar wykorzystał na kolejne zbulwersowanie się. Nie no, to już jest rypanie ludzi w biały dzień! Haczyki, sraczyki, małym druczkiem, żeby ukryć, co nie jest w umowie fajne, albo przemilczeć i udawać, że się wcale nie przemilczało, może oko i umysł naiwniaka nie zwrócą uwagi. Ale ja się nie dam. Dość już tych podziemnych ciuciubabek! Tymczasem wróciła Ela.

- To ja przyjmę pana rezygnację, a pan nich napisze podanie, że prosi pan o anulowanie kary za zerwanie umowy, bo jest pan niedoinformowany.

- Po pierwsze nie zrywam umowy, a po drugie nie chodzi o anulowanie kary, tylko o zwykłą uczciwość – głosem jak dzwon spiżowy zadudnił Bożydar.

- Aha. Ale inaczej nie będą mogli rozpatrzyć pańskiej reklamacji – Ela miała teraz minę zafrasowanej osoby i było wielce prawdopodobnym, że ta mina była naturalna, nie założona. – No chyba, że jednak pan nie chce zrywać tej umowy, tylko ją kontynuować.

- Nie chcę niczego z wami kontynuować. Nawet jeśli okaże się, że będę zmuszony do zapłacenia kary, wolę to, niż wasze nieuczciwe praktyki. Tu chodzi o pryncypia – zagrzmiał znów Bożydar, ale Ela chyba nie zrozumiała, co sugerował wyraz skonfundowania na jej twarzy. Bożydar westchnął. – Proszę mi podać jakąś kartkę na to śmieszne podanie.

Kula ziemska wykonała ledwo trzy piruety, gdy w bożydarowej skrzynce pocztowej leżało już pismo od Dostawcy Spółki zoo. Szkoda, że wasz Internet nie jest tak szybki, jak korespondencja od was, pomyślał złośliwy Bożydar. W piśmie pisano, że do rozpatrzenia reklamacji konieczne jest uzyskanie wyczerpujących informacji oraz zebranie całego materiału dowodowego związanego z zaistniałą sytuacją. Na uzyskiwanie i zbieranie zgodnie z regulaminem Dostawca Spółka zoo miała trzydzieści dni. A zbierajcie i trzydzieści lat, wielkodusznie zaproponował Bożydar. Jak znajdziecie w końcu jakiś dowód, że jednak zostałem w tej feralnej rozmowie poinformowany o terminie wypowiedzenia i okresie przedłużenia umowy, tego samego dnia zakwitnie mi kaktus na dłoni, a wielbłąd będzie skakał przez ucho igielne tam i z powrotem. Bożydar odrzucił pismo w kąt i zajął się czymś istotniejszym, czym miał się zająć.

Dni, zgodnie ze swoim zwyczajem, upływały. Zapewne różnym osobom w zgoła inny sposób. Bożydarowi jak już wiadomo na zajmowaniu się czymś istotniejszym. Tymczasem listonosz przyniósł w końcu korespondencję od dostawcy Internetu, Dostawcy Spółki zoo. Bożydar odłożył zatem zajmowanie się czymś istotniejszym na później i rozerwał kopertę, aby nie uwierzyć własnym oczom. Dostawca Spółka zoo informowała, że po wnikliwej analizie i rozpatrzeniu dowodów odrzuciła reklamację Bożydara. I że zgodnie z ustawą kara tysiąca złotych zostanie naliczona bla bla. Zagotował się jak woda w czajniku. Przed oczami stanęła mu sytuacja z jego własnej pracy i reakcja jego szefa, gdy okazało się, że kolega obok siedzący pomylił się i źle doradził klientowi, przez co ten stracił ważne dane. „Dla mnie ta rozmowa jest fatalnej jakości” – powiedział szef, gdy słychać było, jak kolega podaje złą sekwencję komend do wpisania na komputerze – „Nic nie słychać. Usuń ją z pamięci, bo tylko zaśmieca. A klientowi napisz, że nie znaleźliśmy powodów, aby uznać jego reklamację. Nie mniej jednak możemy mu dać zniżkę 10% przy kolejnym zleceniu, bo zadowolenie klienta jest dla nas dobrem nadrzędnym. I niech spieprza. Idę na papierosa”. Bożydar zacisnął zęby. Jak chcecie. Czyli wojna!

W bojowym nastroju udał się znów do siedziby Dostawcy Spółki zoo. Gdy usiadł naprzeciwko dziewczyny, która miała go obsługiwać (To nie była Ela, tylko Basia, która nie uczyła się, umiała więc prawdopodobnie wszystko) jego mina musiała być mocno niepokojąca, ponieważ dziewczyna rozejrzała się niepewnie wokół, być może w poszukiwaniu wsparcia, ale że znikąd ratunku, zapytała:

- Czy coś się stało?

W odpowiedzi Bożydar gestem wprawnego pokerzysty rzucił pismo na blat stołu. Basia przeczytała, podniosła wzrok na Bożydara.

- Tak? I?

Bożydar westchnął, a w tym westchnięciu było zawarte całe cierpienie i zniecierpliwienie wszechświata.

- Chcę odsłuchać rozmowę. Mówiłem to już podczas mojej pierwszej wizyty tutaj. Nie mam ochoty dyskutować na ten temat po raz kolejny.

- Ale skoro materiał przeanalizowano i odrzucono pana reklamację, to…

- Pozwoli pani, że przerwę – Bożydar skorzystał z eleganckiego zwrotu, który ktoś kiedyś wymyślił, aby uzasadniać nieeleganckie zachowanie. – Również pracuję w obsłudze klienta i z doświadczenia wiem, że zdarzają się sytuacje, gdy pojawia się problem interpretacji – to samo zdanie jest rozumiane przez dwie strony zupełnie inaczej. Tak że nalegam na możliwość odsłuchania tej rozmowy, nie zarzucam państwu oszustwa – uśmiech Bożydara był fałszywy jak obietnice Amber Gold. W takich okolicznościach przyrody Basi nie pozostało nic innego, jak zostawić Bożydara i udać się w poszukiwaniu pomocy. Ta nadciągnęła w postaci kierownika, w którego towarzystwie wróciła Basia. Kierownik powiedział „Ach, więc to pan”, uścisnął dłoń Bożydara i zaprosił go do swojego gabinetu, wybawiając Basię z opresji.

- Proszę usiąść. Sprawa jest mi znana. Nagranie zostało mi przesłane i jest taka możliwość, aby je przesłuchać – Zaczął kierownik, elegancki i miły, skończył, popatrzył przez chwilę albo i dwie na Bożydara.

- Panie Bożydarze, a gdybyśmy panu zaproponowali dwa razy szybsze połączenie za dużo niższą stawkę? – zapytał elegancki i miły kierownik, uśmiechając się adekwatnie do swojej postawy.

Kąciki ust Bożydara uniosły się powoli, jednocześnie jego powieki opuściły w niemym geście triumfu. Popatrzył na eleganckiego i miłego kierownika z politowaniem. Gdy grunt pali się pod stopami próbujecie się spoufalić i jednak pohandlować? Mam was, szachraje.

- To jest kpina – politowanie na twarzy Bożydara przeobraziło się brawurowo w pogardę. – Najpierw mi mówicie, że nie mam racji, każecie zapłacić karę, a teraz co?

- Po prostu zależy nam na zadowoleniu naszych klientów.

- Niech pan puści tę rozmowę.

Elegancki i miły kierownik smutno pokiwał głową, nachylił się nad swoim laptopem, po chwili z głośników zabrzmiał głos Bożydara i konsultantki, proponującej umowę. „Ależ ja skrzeczę, wydawało mi się, że mam głęboki głos” zasmucił się Bożydar. Jeden moment później zasmucił się jeszcze bardziej. „Proszę pamiętać, aby rozwiązać umowę należy nie później niż na czterdzieści dni przed jej zakończeniem złożyć pisemne wypowiedzenie”, informowała uprzejmie konsultantka. „Mhm” odparł równie uprzejmie Bożydar, ewidentnie zajęty czymś innym, w tle słychać było różne odgłosy świadczące o zajęciu czymś innym. „W przeciwnym wypadku umowa zostanie przedłużona na kolejny rok” ostrzegała konsultantka. „Dobra” nie przejął się Bożydar z głośnika. Ten nie z głośnika patrzył w oczy eleganckiego i miłego kierownika, który nadal uśmiechał się, teraz lekko współczująco.

- Chce pan słuchać dalej? – zapytał.

- Średnio – odpowiedział cicho Bożydar.

Kierownik wyłączył rozmowę, kiwnął głową ze zrozumieniem.

- Ponownie zaproponuję panu szybsze łącze za niższą stawkę, co pan na to?

 

Bożydar zamyślony przyglądał się spieszącym się, by załatwić swoje niezwykle ważne sprawy, obywatelom.

- I co, jak bez Internetu? – zapytał się Czarek, stawiając dwa kubki kawy na stoliku i siadając naprzeciwko Bożydara.

- A wiesz, taki byłem zarobiony, że zupełnie nie miałem czasu podskoczyć do siedziby dostawcy, no i wyobraź sobie, że mi minął termin wypowiedzenia i mi przedłużyli umowę, cwaniaczki – Bożydar zaczął zawzięcie mieszać kawę w celu dezintegracji cukru. – Zresztą, co ci będę mówił Czarek, wiesz jak jest.

- A no tak – skwitował Czarek.

Opowiadanko, cz. I

- Powiem ci Czarek, że ja to już jestem mocno zmęczony tymi Internetami – Bożydar wykrzywił usta w geście dezaprobaty.

- Tak? – zainteresował się Czarek

- Nie no, wszędzie teraz papka, poziom debilny, na każdej stronie sensacja, rewelacja, skandal, srandal, ktoś powiedział, że…, ktoś był w…, same rzeczy i sytuacje niewyobrażalne, w które nikt nie uwierzy, dopóki nie kliknie strony, Lewandowski w Realu okazuje się być pięćdziesięcioletnim monterem zatrudnionym na kasie, fotki znanej aktorki nago ukazują kobitę z reklamy banku, którą mama sfotografowała jak jako dzieciak lepiła babki z piasku na plaży w Bułgarii. A i tak bezmyślnie w nie wchodzę, gnany owczym pędem jakimś. I ten fejsbuk, Jezu, chyba powinienem zachlastać Zuckerberga, tylko siedzę i patrzę, czy czasem mi się na czerwono nie podświetli któraś z tych głupich trzech ikonek.

- A no tak, no tak – Czarek ogarniał temat.

- I te posty z demotywatorów, z kwejka, z mistrzów, wchodzisz, żeby zobaczyć, co rozśmieszyło jakiegoś typa, którego nawet nie kojarzysz za bardzo, okazuje się, że oczywiście jakiś debilny komentarz rodem z gimnazjum, ale nie przeszkadza ci to samemu skomentować, a przy okazji przejrzeć pozostałych kometarzy, rysunków, memów, sremów, i jeb z dzidy i wikary to nie do wiary i życia by nie starczyło na jedną dziesiątą tego wszystkiego, ale i tak usilnie się starasz, bo wszyscy o tym gadają, więc nie chcesz nie być w temacie.

- Nie no, tak – bez żadnych wątpliwości zgodził się Czarek.

- Ale dość już tego, dość tracenia czasu na głupoty jakieś, dość przesiadywania wiecznie przed kompem, rozumiesz, życie mi ucieka sprzed nosa Czarek!

- Nie no, pewnie – Czarek kiwał głową z pełnym zrozumieniem.

- Także zdecydowałem, że rezygnuję ze stałego Internetu! – Bożydar dumnie wypiął pierś.

- Że co? – Czarek zmarszczył czoło w zdziwieniu.

- Akurat się świetnie składa, bo mi się umowa kończy na stały Internet, to jej nie przedłużę i będę miał w końcu święty spokój – kontynuował pewny swego Bożydar.

- Ale że jak, że na stałe? – Czarek jednak nie mógł zrozumieć Bożydara.

- No tak Czarek, zupełnie, na stałe – Bożydar miał świadomość, że jego decyzja może wzbudzić kontrowersje, był z tego powodu zadowolony, bo lubił wzbudzać kontrowersje.

- No sam nie wiem – Czarek nie wahał się wyrazić swojego sceptycyzmu.

- Coś ty Czarek, to już postanowione, już nie ma odwrotu – Bożydar był nie tylko człowiekiem radykalnym, ale i konsekwentnym w swoich decyzjach. – Wiesz, to też nie ma co się tak denerwować, bo mam przecież Internet w komórce, tak że zawsze jak coś, to sobie mogę pocztę sprawdzić czy jak – uspokoił kolegę.

- No skoro tak, to jak uważasz – Czarek postanowił nie kwestionować pomysłu, kimże był, żeby to robić, miał swoje problemy, tak że ostatecznie zaakceptował karkołomny plan Bożydara. – Muszę lecieć, podrzucić cię gdzieś?

- Nie, dzięki, ja to wiesz, nie przepadam za autami, dlatego sobie nie kupuję jeszcze, choć bym mógł, wolę jeździć tramwajami, wiesz, wtedy człowiek jest bliżej drugiego człowieka, nie alienuje się tak jak ci wszyscy kierowcy – wyjaśnił Bożydar.

- Aha, no chyba, że tak. To trzymaj się – dwie kontrowersje w ciągu dziesięciu minut to było dla Czarka jednak za dużo. Niepewnym uśmiechem pożegnał Bożydara i udał się do swojego samochodu, zaparkowanego na dachu galerii, najprawdopodobniej w celu wyalienowania się.

Tymczasem Bożydar udał się na przystanek.

Przed kolegą robił dobrą minę do złej gry. Życie to jednak nie bajka, zawyrokował, dzieląc się tym egzystencjalnym wnioskiem z własną duszą. Wszystko to przez te układy, układziki, pomyślał gorzko. Był przekonany, że dostanie awans, a wraz z nim podwyżkę. Przecież operations manager bardzo nieprzychylnie wyraził się o koncepcji Andrzeja dotyczącej usprawnienia projektu, natomiast pomysły Bożydara wydały mu się zupełnie sensowne, do tego na papierosie Bożydar parę razy uświadomił managerowi, jak nieodpowiedzialną osobą jest Andrzej, jak się skompromitował na ostatniej imprezie firmowej, szkoda, że manager musiał wyjść wcześniej i tego nie widział, dramat po prostu, Andrzej nawalony jak świnia, taka osoba na stanowisku kierowniczym, sam wstyd. A jednak to jego wybrał manager, taki sam cwaniak, jak Andrzej, siebie warci, było do przewidzenia, że się skumplowali, bo Andrzej merytorycznie to absolutnie się nie nadaje na project leadera, a tam, szkoda gadać. No ale Bożydar, przekonany o swoim awansie i podwyżce, których nie dostał, bo układy, układziki, wziął już niestety wcześniej a conto tego awansu i tej podwyżki pakiet rozszerzony telewizji cyfrowej, telefon też wziął na najwyższy abonament, iPhone był w nim tylko za stówkę, 8 giga, ale opowiadał, że 32, a że piątki to nie chciał, bo ona to jest dobra dla lansiarzy. No i jak nie dostał tego awansu i tej podwyżki, to się zrobiło kiepsko, bo mu dobrze ponad stówa doszła do rachunków, a że przez te parę tygodni pożył sobie jak na managera przystało, też a conto, to powydawał oszczędności i był blisko minusa na koncie, skąd tu wziąć na to. No i przypomniał sobie, że mu się umowa na Internet kończy, dobra, prawie stówę płacę, to mi odejdzie, wi-fi teraz wszędzie, w robocie pościągam filmy czy co tam będzie potrzebne, a tak to z Internetu w komórce będę korzystał. I elegancko, niedługo się odbiję, fajnie to sobie wymyśliłem.

Ale przed znajomymi głupio było Bożydarowi się przyznać, że finansowo zrobił się niewydolny, zwłaszcza przed takim Czarkiem, co to własne lody kręci i mu dobrze idzie, w dobie kryzysu, chyba ma więcej szczęścia, niż rozumu, ciekawe, czy te jego biznesy wszystkie takie legalne, coś śmiem wątpić. A fakty są takie, że w tym Internecie rzeczywiście badziew taki, że aż strach, mózg się lasuje, naprawdę szkoda czasu na to. Tak że tak.

Następnego dnia po pracy Bożydar udał się do swojego dostawcy Internetu, firmy Dostawca Spółka zoo, aby zakończyć z nim przygodę i zacząć nową, jako wolny człowiek. Poczekał na swoją kolej pół godziny, po czym zbulwersowany poczekał kolejne pół godziny, bo nie zauważył, że trzeba wyciągnąć numerek z automatu przy wejściu. Ekstra, wszyscy mnie widzieli, ale nikt mi nie powiedział o tym zasranym numerku, obyście zawsze mieli słaby sygnał, Bożydar staropolskim zwyczajem złorzeczył bliźnim w myślach. Gdy w końcu usiadł przy stanowisku, przywdział minę biznesmena, który nie ma czasu na głupoty. Dziewczyna, która miała go obsługiwać, miała przywdzianą minę świadczącą o tym, że biznesmeni, którzy nie mają czasu na głupoty, są jej ulubioną klientelą.

- W czym mogę pomusz? – Zapytała promieniejąc uśmiechem jednej z wiodących marek past do zębów.

- Proszę pani, chciałbym zrezygnować z państwa usług – poinformował uprzejmym, aczkolwiek znudzonym głosem Bożydar.

- A może chciałby pan większy pakiet? – zaproponowała nadal uśmiechnięta dziewczyna. Bożydar poprawił swoją minę, aby nie było wątpliwości, że oto mają do czynienia z głupotami, na które on przecież nie ma czasu.

- Nie, jednak zrezygnuję – powtórzył nadal uprzejmie, ale stanowczo.

- Aha – skwitowała profesjonalnie swoją porażkę dziewczyna. – Czyli chce pan zerwać umowę?

- Nie, bo umowa mi się kończy, więc informuję, że nie chcę jej przedłużać, bo wiem, że jeśli tego nie zrobię, przedłużycie ją automatycznie.

- Aha. To poproszę pana numer klienta.

Bożydar podał swój numer klienta, a ten doprowadził dziewczynę do informacji niezwykle zaskakujących.

- Aha. Ale już jest za późno, jeśli chce pan zrezygnować, to jednak zerwie pan umowę i będzie musiał zapłacić karę – dziewczyna założyła teraz minę jest mi niewymownie wręcz przykro z powodu tak niefortunnej i brzemiennej w skutki sytuacji, niestety nie mogę nic z tym zrobić, choć bardzo bym chciała.

- Przecież jeszcze ponad miesiąc do końca umowy – zmarszczył brwi Bożydar.

- Tak, ale wypowiedzenie trzeba złożyć najdalej czterdzieści dni przed upływem terminu umowy, inaczej jest ona przedłużana na kolejny rok. Jest to standardowy warunek umowy, w niej zapisany, musiał go pan przeczytać, gdy podpisywał pan umowę – przypuszczalnie marką była Colgate.

- Umowę podpisywałem przez telefon – głosem spokojnym jak stojąca woda odparł Bożydar – więc jej nie mogłem przeczytać. Ale takie informacje, jak termin wypowiedzenia i okres przedłużenia umowy powinny być podane w rozmowie przez państwa konsultanta. A nie zostały, bo zapewniam panią, że tak absurdalny termin wypowiedzenia jak czterdzieści dni, gdy standardem jest miesiąc i okres przedłużenia umowy o kolejny rok, gdy standardem również jest miesiąc, na pewno utkwiłyby mi w głowie.

- Aha. Ale… – zaczęła dziewczyna, ale Bożydar obcesowo jej przerwał.

c.d.n.

65.11:37

Aha, już dziesięć minut się spóźnia. Obym nie skostniał doszczętnie, bo nawet jeśli się w końcu pojawi, to nie będę w stanie poruszyć nogami i do niego wsiąść. Ciekawe, czy dożyję dnia, kiedy wszystkie środki komunikacji miejskiej, na które będę czekał, pojawią się na przystanku punktualnie? I czy z niego potem odjadą, bo to też nie takie oczywiste. Jeden plus, że nie ma tłoku o tej porze, bo o szesnastej choćbym granat rzucił, to nie zrobiłoby się na tyle luźno, żebym wsiadł. Wreszcie! Piętnaście minut po czasie, sukces, ostatnio czterdzieści pięć czekałem, no, ale wtedy nie było tak zimno, tylko lało niesłychanie, ale szczęśliwie był wysoki krawężnik, więc mi buty nie przemokły. No to w drogę. Fajnie, Aragorn Łazik też się załapał, co za zapach. Życie różnie się układa, zdaję sobie z tego sprawę, ale nie idzie wytrzymać. Czemu jedni bezdomni tylko trochę zalatują, a inni zabijają swym aromatem faunę i florę w promieniu kilometra? Muszę malucha naprawić, tak czy siak się w korku stoi, ale przynajmniej nikt mi nie śmierdzi, nie popycha mnie i nie drze się do ucha. Ciekawostka, skąd wezmę tylko pieniądze na naprawę, prędzej mój wehikuł ulegnie rozkładowi, niż uzbieram na części, naprawdę, za nową skrzynię biegów musiałem zapłacić dwa razy więcej, niż mi proponowano za całego fiaciora. I co, i nic, tydzień pojeździł i znów umarł. A ja się znów zdezelowanym ikarusem telepię, tak samo zimno w nim, jak na przystanku, tylko wiatr nie wieje. Nowy fiacik jest ładny, ale musiałbym obydwie nerki sprzedać i brata o użyczenie jednej poprosić, żebym sobie zakupić takie cacuszko. Jak to mówiła pani profesor? Że najlepszymi specjalistami na rynku będziemy po skończeniu studiów? Że akredytacja z unii dla naszego kierunku drzwi u każdego pracodawcy otworzy? Że zabijać się o nas będą? Cóż, jak dotąd zbyt dużo osób nie poległo w walce o mnie. Robi się tłoczniej, no, ale centrum coraz bliżej. Czemu ta pani tak wyzywa? A, pan i władca zamknął jej drzwi przed nosem. Standardowo, każdemu ze dwa razy dziennie się to przydarza, a jednak zawsze się człowiek zirytuje, nie jest w stanie się z tym pogodzić. Ot, natura ludzka. Chyba, ze tak jak ja, na rozmowę o pracę kobitka się spieszy i teraz nie zdąży. Rozmowa o pracę, co za absurd. Rok temu jak na kosmitów patrzyłem na znajomych ze studiów, którzy poszukiwali ofert na portalach internetowych, a każdą w miarę odpowiadającą ich oczekiwaniom krytykowali, że to nie to, co chcą robić, a jednocześnie cieszyli się, że taka oferta w ogóle jest i mogą na nią odpowiedzieć. A teraz sam tak robię. Gdzie wielkie plany życiowe? Gdzie podziało się moje postanowienie, że po studiach będę żyć pełną piersią i wreszcie realizować to, co zawsze mnie fascynowało? Niby na tę realizację swych marzeń ma się całe życie, ale skoro już teraz boję się zaryzykować, kiedy tak naprawdę nie mam żadnych zobowiązań, to co będzie za lat kilka? Jakich lat, za dwa trzy miesiące skończą się oszczędności i wezmę jakąkolwiek pracę, żeby dotrwać do tego smutnego „pierwszego”.  Co za porażka egzystencjalna, nie podjąłem jeszcze żadnego wyzwania, a już się poddałem. Mój śliczny domek w Irlandii kupi sobie ktoś z ambicjami, kto działa, a nie tylko gada. Nawet nie napisałem żadnej linijki przez ostatni miesiąc… Ale bzdura, nie napisałem nic przez ponad rok! Tyle że wcześniej miałem ambitne wytłumaczenie, przecież musiałem pisać pracę magisterską, nie było zatem czasu na radosną twórczość. Ale teraz? Cały dzień siedzę w domu i nie robię nic, tylko się oszukuję, że się przyzwyczaić do dużej ilości wolnego czasu nie potrafię, tak jakbym pisząc magisterkę był zawalony robotą. Po prostu nie mam pomysłu ani chęci, żeby coś napisać, bądźmy szczerzy. A jak już pójdę do mojej wymarzonej pracy ósma-szesnasta, w której ku mej radości szef będzie mną komenderował w jakimś celu lub bez niego, to po powrocie do domu na pewno będę miał tyle zapału, żeby zasiąść do pisania i rozwijać świetlaną karierę znakomitego pisarza. Pilot w garść i tępe patrzenie w ekran telewizora lub bezcelowe siedzenie w necie, i nie ma co się łudzić, że będę miał ochotę na kreatywność. Dość, po co zakładać najgorsze, pozytywnie myśl, chłopaku, kreatywność, a nie ciągle wszystko jest złe, złe, złe. Ćwierć wieku dopiero na karku, a zrzędzę jak stary dziad. À propos starych dziadów, to o wilku mowa. Czemu starzy ludzie prawie nigdy nie przeproszą, tylko pchają się do upadłego?

- Wysiadasz pan?

- Nie.

- To się pan posuń!

- Wie pan, jest takie słowo, które czyni cuda.

- Co? No posuń się pan!

Co za koleś, nie ustąpię.

- Niech się pan przestanie pchać, bo zaraz zrobi się niesympatycznie.

- Gówniarzu, nie masz szacunku do starszych!

- Do starszych mam, ale do chamów nie.

- Co?!

- Co to za awantura? Bilety proszę!

Ach, wysłannik niebios. Bym sobie z nim podyskutował, jak to jest, że autobusy kursują co dwa lata, oprócz niedziel i świąt, lub wcale nie przyjeżdżają, a w tych, które przypadkowo się pojawią, zawsze siedzi kanar, ale wyjdzie na to, że to ja krzykacz jestem i problemy robię, więc dziś sobie daruję.

- Ja już siedemdziesiąt lat skończyłem, nie muszę mieć biletu!

- A pan?

- Ja jeszcze musze trochę poczekać na ten uprzywilejowany wiek, więc nie mam wyboru i płacę za podróż w takim luksusie. Oto moje zezwolenie na tę ekstrawagancję.

- No ale bilet nie jest skasowany.

- Jak to?!

- A tak to. Chciał pan na cwaniaka sobie pojechać i skasować bilet dopiero, jak wsiądzie kontrola?

- Co też pan opowiada, zapomniałem po prostu.

- Dobra, dobra. Wysiadamy.

- Chyba jest pan niepoważny, skoro myśli pan, że wysiądę teraz i będę potem znów czekał na zaczarowaną dorożkę pół godziny lub więcej. Jeszcze dwa przystanki chyba pan wytrzyma? A ja i tak jestem już gapowiczem, więc nie powinno to panu robić różnicy.

Co za frajer ze mnie, jak mogłem nie skasować biletu? Trzeba w końcu zainwestować w migawkę, teraz, jeśli dostanę tę pracę, będzie wygodniej i ekonomiczniej. Jeśli zdążę na rozmowę, bo płacić nie mam zamiaru, więc dyskusja może trochę zająć. By to szlag trafił, nie mogę w swoje szczęście uwierzyć, chyba kupon w totka puszczę. No dobra, wysiadka, cerber śledzi każdy mój ruch, nie będę uciekał, bo jeszcze wpadnie na pomysł, żeby mnie gonić, niewiadomo, jak to się skończy, a za 15 minut muszę być na rozmowie. O no proszę, żniwa w pełni, jeszcze jakąś bidulkę złapał drugi ptaszek. Ha ha, ależ ma misję, nie odpuścił, chociaż nie może jej zrozumieć. Dobra, co mi szkodzi przetłumaczyć, przecież po coś się tego języka uczyłem.

- Ona mówi, że nie rozumie, o co chodzi, bo przecież dała panu bilet.

- Rozumiesz ją pan? To jej pan powiedz, że bilet jeszcze musi być skasowany, a nie tylko trzeba go mieć.

 - Widzę, że nie tylko ja dziś bez formy jestem. Mhm, mhm, u niej w kraju wystarczy mieć ze sobą bilet, nie trzeba go kasować.

- Ale nie jesteśmy u niej w kraju!

- Chyba jest tego świadoma, mimo wszystko.

- Niech da dokumenty, bo mandat trzeba wypisać.

- Ależ emocje. Ta pani mówi, że nie ma na to czasu, bo się spieszy i może dać pięćdziesiąt złotych.

- Stoi.

- Och, jak miło. No to chyba załatwione.

- No dobrze, to teraz pana kolej. Sprawa taka sama, więc tak samo możemy się dogadać.

- Niezupełnie. Myślę, że teraz to spiszę sobie numery identyfikatorów i zgłoszę, że byłem świadkiem przekupstwa.

- Że co zrobisz?!

- Czy tam wręczenia łapówki, jak pan woli.

- Posłuchaj!

- Nie, to ty posłuchaj. Albo tak, albo rozchodzimy się bez żalu każdy w swoją stronę. Trzeba było nie brać kasy „na cwaniaka”, jak to kolega określił.

- Daj spokój Kazek, chłopak ma rację. Zawaliliśmy i tyle.

- Ha, kanarek też człowiek, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi.

- Jeszcze się spotkamy!

- Oby nie. Miłego dnia.

Uf, ale fart, świetnie, że tak się ułożyło, żal mi tej dziewczyny, ale ktoś musi nie spać, żeby spać mógł ktoś… No nic, teraz biegiem na tę rozmowę, bo tu oszczędziłem trochę grosza, ale tam nie zarobię nic, jak poślizg będę miał już na kwalifikacyjnej!

Spacer z księżycem

Były imieniny Małgorzaty, nie mogłem więc nie pojechać. Szkopuł w tym, że nie dostałem przepustki. Dogadałem się więc z kumplami, mieli mnie kryć. Zawinąłem się i pojechałem. Jeszcze zanim wyruszyłem, wiedziałem, że będzie warto. I było. Gdy w końcu musiałem wracać, jak naelektryzowany maszerowałem na przystanek pekaesu. Na czubku języka czułem przyjemnie mrowienie, pozostawione przez jej pocałunek. Gdybym wtedy ten język dotknął, najpewniej poraziłby mnie prąd, tak wielki był we mnie ładunek emocji. Wspomnienie radosnych iskierek w jej oczach rozgrzewało ciało i duszę, rozjaśniało tamtą zimną, lutową noc. Nie powiedziałem jej, ale ona wiedziała. W jakiś niewytłumaczalny, kobiecy sposób zorientowała się, że uciekłem z jednostki, aby się z nią zobaczyć. Bardzo się starała, ale widziałem  w jej zachowaniu to tłumione, skrzętnie ukrywane uwielbienie. Takie, na które możesz sobie pozwolić, kiedy już wiesz, że ta druga strona też uwielbia, ale do którego możesz przyznać się tylko przed samym sobą. Takie, które pozostawia niedopowiedzenie, otwartą grę, jakże urzekającą i ekscytującą. Choć znaliśmy się tak krótko i tak niewiele o sobie wiedzieliśmy, rozstawaliśmy się jakby po latach i jakby na zawsze. Powrót, pomyślałem, będzie długi i trudny. Nawet nie przypuszczałem, jak bardzo.

Przez to przeciąganie pożegnania uciekł mi ostatni autobus. Gdybym wyszedł pięć minut wcześniej, zdążyłbym. Ale nie wyszedłem i nie żałowałem, to było bardzo dobre pięć minut. Tymczasem stałem o dziewiątej wieczorem na przystanku w Działoszycach, sześćdziesiąt pięć kilometrów od Kielc. Nie było czasu na wzdychanie, o siódmej musiałem stawić się na służbie. Trochę szedłem, trochę biegłem, żaden samochód nie jechał, żeby zabrać się autostopem. Kiedy dotarłem do Pińczowa, miałem za sobą dwadzieścia pięć kilometrów w nogach i moc przemyśleń w głowie. Najistotniejszym było zorganizowanie jakiegoś samochodu. Wszedłem między domy i zacząłem szukać. W pierwszym fiacie, do którego się włamałem, po kilku próbach odpalenia z kabli rozładował się akumulator. Zima rzadko kiedy bywa sprzymierzeńcem. W drugim tak samo. Zacząłem się irytować, bo traciłem czas. Z daleka, w wojskowym płaszczu i czapce, wyglądałem jak milicjant, więc nieliczni przechodnie nie interesowali się mną. Pewnie myśleli, że patroluję ulice. Poczekałem chwilę, aż znów zostanę sam i w kolejnym samochodzie, również fiacie, wybiłem szybę obcasem. Nie chciało mi się już dłubać przy zamku. Właściciel raczej nie doceni chęci pozostawienia  jak najmniejszych szkód, skoro wozu i tak nie będzie. A ja opatulę się szalikiem i jakoś wytrzymam chłodny wiatr wpadający przez wybite okno. Lepsze to niż czterdziestokilometrowy spacer. Samochód odpalił, a ja szczęśliwy wyjechałem na drogę do Kielc. Po dwóch kilometrach silnik zgasł. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nie ma paliwa. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Wróciłem i włamałem się do pierwszego napotkanego auta. Syrenka o dziwo odpaliła za pierwszym razem. Wskaźnik paliwa pokazywał pół baku, zadowolony ruszyłem w drogę.  Tym razem radość trwała jeszcze krócej, bo za pierwszym zakrętem natknąłem się na radiowóz. Ktoś widocznie zorientował się, że nie milicjant, a zwykły złodziej kręci się po osiedlu. Albo zauważono porzucone auto z wybitą szybą i wybebeszonymi stykami. Skręciłem w boczną uliczkę, potem w kolejną. Gdy zniknąłem z pola widzenia jadącej za mną milicji wyskoczyłem z syreny i ile sił w nogach pognałem wzdłuż ścian zabudowań, kryjąc się w cieniu.  Przeskoczyłem przez płot, przebiegłem przez posesję, jeszcze raz przez płot i dalej przez pole uciekłem w stronę lasu. Znów trochę idąc, trochę biegnąc, skrajem lasu ruszyłem do Kielc. Choć parę razy widziałem światła samochodów na oddalonej o kilkaset metrów szosie tym razem nie chciałem łapać okazji. Mogłem natrafić na kolejny radiowóz, szukający samotnego wędrowca, najprawdopodobniej będącego włamywaczem z Pińczowa. Także nie tylko straciłem godzinę i przeszedłem kilka dodatkowych kilometrów w poszukiwaniu auta. Teraz zamiast asfaltu miałem pod stopami śnieg. Dopiero w Morawicy zdecydowałem się wrócić na drogę.

I tak, w przemoczonych butach, jednocześnie przemarznięty i zziajany, kwadrans przed siódmą dotarłem do jednostki. W dziesięć godzin pokonałem pieszo prawie siedemdziesiąt kilometrów. Stawienie się na czas nie pomogło, mój wygląd opowiedział więcej, niż ja.  Dostałem areszt i zdegradowali mnie do rangi starszego szeregowca. I tak jak powiedziałem wcześniej, nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Nawet tamtych pięciu minut. Było warto.