Wiekopomne dzieło cz. IV

Tak a nie inaczej, dotarliśmy wreszcie do momentu, który został opisany na początku rozdziału. Mag bez głowy jest wściekły i miota zabójczymi czarami, tylko nie może trafić, ale już nie dlatego, bo nie chce, tylko nie może, a nasz dzielny młody bohater ukrywając się za tym, za czym da się ukryć, kombinuje, co począć dalej, aby wykaraskać się z opresji. Czarownik zadufany, bo zadufany, przechwalał się, bo przechwalał, ale, no cóż, nie ma się co dziwić, miał powody, żeby być zadufanym, bo i miał się czym przechwalać. Jedyna próba zbliżenia się do korpusu i obezwładnienia go, jaką Bożydar podjął się wykonać, skończyła się potężnym uderzeniem mocy i lotem około dziesięciu metrów. Jedno żebro na pewno pęknięte, a zapewne więcej. Obszar potłuczonego ciała wynosił około dziewięćdziesięciu procent, ale rachunek mógł być nieprecyzyjny, zważywszy okoliczności oględzin. Ogólnie czuł się marnie. To, że go nie zabiło, przypisywał lekkiemu wyczerpaniu energii magicznej czarodzieja. Wali tak tymi piorunami dobre piętnaście minut, wypadałoby, żeby mu się te jego akumulatorki zużyły, ile można, do cholery. Łeb też w sumie chyba się już trochę tymi przekleństwami znużył, bo od kilku chwil tylko coś burczał pod nosem i wykrzywiał twarz w przeróżnych grymasach. Nagle Bożydar uświadomił sobie oczywisty fakt i zaklął siarczyście, czemu wcześniej na to nie wpadł, tylko skakał jak baranek i ośmieszał się przed samym sobą.

 - Głupota ludzka nie zna granic – zakomunikował głowie złego Michała, która łypała na niego złym okiem, gdy zaczął iść w miarę możliwości w jej kierunku – a najciemniej, jak to mówią, pod pochodnią – ostatnie metry pokonał już spokojnym krokiem, jako że ciało przestało czarować cudeńka – Przecież to oczywiste, że do siebie nie będziesz raczej mierzył, czyż nie?

Głowa zabluźniła straszliwie, po czym chciała opluć Bożydara, ale jej nie wyszło i opluła sobie brodę.

- Ano – pokiwał głową chłopak i podniósł głowę za włosy.

- To boli! – wrzasnęła.

- Cieszy mnie to, choć odrobinę mogę zrewanżować się za żebra.

- Srał cię pies!

- Ach ach, czarownik się zirytował, no proszę – Bożydar zatrzasnął wrota komnaty, w której zostało obrażone ciało złego czarnoksiężnika Michała – A teraz – uśmiechnął się wymownie – powiesz mi, gdzie ukryłeś skarb, bo jeśli nie, lecisz po schodach. Jak wysoka jest twoja wieża? Od samego patrzenia może rozboleć głowa, a co dopiero od spadania – zaśmiał się, rad z udanego dowcipu, a głowa Michała obdarzyła go spojrzeniem wypranym z szacunku.

- Skarby zwykle trzyma się w lochach – odparła zdegustowana – Ja nie byłem w tej kwestii oryginalny.

Tak też myślałem, ale wolałem się upewnić – młody wojownik pokonywał drogę w dół skokami po kilka schodów. Kiedy dotarł do wejścia do lochów, głowę rzucił na ziemię. Ta zawyła z bólu.

- Ocipiałeś?! Mam chyba wstrząśnienie mózgu!

- Jakoś to przeżyjesz. Tymczasem idę po kosztowności, a ty poczekaj tu na mnie, nigdzie nie odchodź.

Zły czarnoksiężnik Michał znów zaklął niewybrednie, a śmiech Bożydara wypełnił korytarz prowadzący do lochów.

Dotarłszy na dół, nasz bohater rozejrzał się i ze zdziwieniem odkrył, że tak wielkie zamczysko ma tylko jeden loch, do którego prowadzi długi korytarz, oświetlony pochodniami ujawniającymi osmalone ściany. W wielu lochach nie bywał, ale zawsze wydawało mu się, że trochę inaczej powinno to wyglądać. Z książek, do których wiemy, jaki główna postać naszej opowieści ma stosunek, wyniósł zdecydowanie inny obraz takiego lokalu – cele rozmieszczone naprzeciwko siebie, a liczba ich to co najmniej tuzin. No, ale książki jedno, życie drugie, trzeba ładować złoto i zabierać się z tej niesympatycznej okolicy. Szybkim krokiem przeszedł do jedynego pomieszczenia lochów. Zwrócił uwagę, że ściany były osmalone nie tylko przy pochodniach, ale to nie wywołało jego niepokoju. Szkoda. Bo kiedy przekroczył próg lochu, ukryta magiczna pułapka aktywowała się i odpaliła samozapłon. Coś eksplodowało, a potężna fala ognia, której wybuch zogniskował się w centrum lochu, pomknęła korytarzem, spopielając Bożydara, który zdążył tylko przebiec kilka kroków.

Ano tak, ogromne szczęście, zawsze idące w sukurs, tym razem nie pomogło naszemu ulubieńcowi, który nie zachwyci nas już więcej swymi przygodami, bo nawet nie miało jak. Chyba, że doprowadziłoby do skręcenia nogi w kostce na pierwszych stopniach i uniemożliwiło zejście, no ale niestety. A chytry plan złego czarnoksiężnika Michała zdał swój egzamin. Loch specjalnie był zaprojektowany w ten sposób, aby wścibscy awanturnicy, szukający nie chwały, a tylko złota, (dlatego zaczynali zwiedzanie od razu od lochu) nie mieli szansy ucieczki. I Bożydar też jej nie miał, szkoda, szkoda, ale co zrobić. Gdyby wykazał odrobinę rozsądku i zabrał głowę Michała ze sobą, ten na pewno ostrzegłby go przed czyhającym niebezpieczeństwem. Ale chłopak chciał mieć wolne ręce do zabrania większej ilości majątku, no i tak się to wszystko skończyło. Z tego oczywisty wniosek, pazerność nie popłaca. Złemu czarnoksiężnikowi Michałowi udało się połączyć korpus (nie należy pytać autora, jak udało mu się zejść po schodach bez szwanku, bo tego sam autor nie wie) z głową i ma się świetnie, nadal siedzi w swoim zamczysku i terroryzuje okolicę, a wszystkich poszukiwaczy przygód, którzy od opisanej przez autora historii zawitali do niego, zabił od razu, zapamiętawszy nauczkę daną mu przez młodego Bożydara. I tak kończy się ta niesłychana opowieść.

A czytelnika, który być może zżyma się na takie zakończenie i pragnie innego, gdzie dobro zwycięża ze złem, autor zapytuje, czy ów czytelnik widział kiedy świat z bliska? Jeśli nie, to niech się przyjrzy, to wnet zobaczy, że coś takiego, jak tryumf sprawiedliwości nie istnieje. Wiadomo, ludziom prawym to nie w smak, dlatego bzdury w książkach piszą. Autor rozumie tę tęsknotę za szlachetnością i pochwala starania innych twórców w tej dziedzinie, ale sam postanowił wyłamać się ze schematu i pokazać, jak się sprawy mają. To tyle.

Wiersz dla potomnych

Kolejny wiersz napisać skłonnym,
tak „ku pamięci” i dla potomnych,
by po wsze czasy mnie wielbili!
Więc nie zwlekając ani chwili
ołówek łapię i już gotowym
na papier przelać myśli z głowy.
Ale gdzie pomysł? Zero. Nic.
Więc szybko w buty hop! i hyc!
Na miasto weny szukać idę.
Lecz gdy się klepie liryczną bidę
do głowy łatwo nic nie wskoczy.
Może opiszę, co widzą oczy,
gdy po bruku wąziutkich uliczek
spaceruję wśród starych kamieniczek:
W nich się mieszczą małe sklepiki,
na wystawach których antyki
z nowymi rzeczami się gromadzą.
E, za takie rymy to nie dadzą
mi nawet miana wierszoklety.
Ach, ciężkie życie, no niestety.
Bo choć już coraz później w nocy,
to pracy ciągle brak owoców.
A gdyby tak coś sprawdzonego?
Coś od poety uznanego?
Nie żaden plagiat! Ja legalnie,
inaczej, nowo, oryginalnie!
I tylko pomysł, motyw krótki…
Oj, nie obędzie się bez wódki.
I nagle wiem: toć Mistrz Konstanty
temat mi wiersza da galanty!
Napiszę, że choć dzisiaj brak dorożek,

to ciągle w podróży poeta być może.
Lub że latarnie elektryczne
mogą być równie romantyczne.
Albo że srebrny blask księżyca
z Armstronga stopą też zachwyca.
Wtem: Gałczyński z nieba dzwoni:
-Gdybym żył, to bym zabronił
korzystać z mych patentów!
-Konstaś, nie siej zamętu,
o księżycu możesz nie ty jeden,
poza tym, gdzie mi do ciebie
z finezją, rymem i dowcipem.
-To fakt, me wiersze znakomite,
a twoje trochę, hm, nie ten tego.
Ale się nie łam mój kolego.
Cóż, niektórzy mają talent,
a inni nie. Lecz jeśli wytrwale
do celu swego ciągle dążą
i w smutku się nie pogrążą,
bo „lipa, panie, wiersz nie wyszedł”
to w końcu laur i milion szyszek
i droga otwarta do poetyckich przestworzy!
I skończywszy orację Mistrz słuchawkę odłożył.
Więc się krytyką wcale nie łamię,
tylko dalej papier wersami plamię.