znów o niczym

Dziś mam tu wyjątkowy ruch w interesie, dopiero po obiedzie znalazłem chwilę dla siebie. Bałem się, że nic nie napiszę, a chciałem w miarę regularnie coś tam dukać, aby nie powtórzyła się powtórzyła się powtórzyła się sytuacja (najpierw napisałem sytucaja, postanowiłem tak zostawić, ale z drugiej strony takie lapsusy są zabawne w mowie, nie w piśmie), gdy wiadomo jaką miałem przerwę w blogowaniu na papierosa. Tymczasem w poniedziałek nie mogłem wkleić, bo mi się internety skończyły (mam tu dwie godziny dziennie, z założenia, bo sieć działa tak, że u la la i czasem nim się połączy, to pół godziny już zeżre, ciasteczkowy potwór), więc we wtorek o poranku wbijam na kokpit blogerski, a tam okazuje się, że ostatni wpis ino szkicem jest, nie publikacją. Także poślizgi i tak będą, więc mam super wytłumaczenie, także świetnie się złożyło, bo zdążyłem jeszcze na autobus.

I w zasadzie nic ciekawego mi do głowy nie przychodzi, tyle tylko, że człowieka umysł raczej jest nie do ogarnięcia. Standardowo się tu no właśnie nic się nie tu, mam luzy takie, że aż brakuje mi porównania z czymś równie luźnym, absolutnie zdecydowaną większość czasu poświęcam na siebie, już o tym pisałem. Tymczasem dzisiaj popracowałem od 8 do 13 i nagle wydaje mi się, że ło matko, ile tego jeszcze, ale tyra, dajcież mi wytchnąć. Głupie, nie? Do wygody człowiek zdaje się adaptować w ułamkach sekundy i po tychże ułamkach traktuje ją jak standard od wieków trwający. Niewygoda, lub cokolwiek, co nas angażuje niekoniecznie z naszej woli, nawet jeśli na krótko, jest komentowana latami. Pamiętam, jak w wieku dwudziestu pięciu  czy dwudziestu sześciu lat dopiero zrobiłem prawo jazdy. I jak kumpel się śmiał, że po zasmakowaniu w czterech kółkach nieprędko wrócę do Ę-Pe-Ka. Ja życiowo mówię tyle lat jeździłem, to szybko nie zapomnę. Hu hu hu. Jak się wóz popsuł, to nabyłem rower. Już mi się nie chciało po przystankach wystawać. I taka pointa. Tyle na dziś, żebyście moi wierni czytelnicy poczuli niedosyt i mieli chrapkę na jeszcze.  Jadłem zupę szparagową, była dobra, ale to chyba z racji tego, że codziennie konsumuję tutaj na śniadanie mortadelę, więc każda odmiana jest ambrozją. Pamiętajcie, szparag nie jest wart swojej ceny! Chyba, że ma tyle witamin i związków mineralnych, że proszę siadać, to wtedy może cofnę, ale niechętnie. A Rumuni przychodzą umyci na obiad i są skromni, a Polacy w kaloszach ubłoconych z pola wbijają i czują się lepsi. W którym miejscu naszej narodowej jaźni się to rodzi, że nie umiemy się podpisać, a przekonani jesteśmy, że Nobel się nam bezwzględnie należy? 

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…

Zacznę tak, jak skończyłem.  Zatem zmierzyłem (od zmierzać haha) do Niemców na szparag. No to nie lada progres w karierze chłopaku, powiedziałby ktoś, z kierownika i właściciela firmy (jak to dumnie brzmi) na zarobkiewicza uganiającego się za warzywem na polu. Kim jesteś, żeby mnie oceniać? spytałbym, ale zaraz dodałbym, przestraszony, że jednak oceni i to oceni źle, pracuję w biurze, ogarniam papierki i takie takie dla robotników z pola. Zatem wyjechałem na saksy do Rajchu na trzy miesiące, pracować 12 godzin dziennie siedem dni w tygodniu. Kiedy wyjeżdżałem perspektywa takich warunków umowy, kiedy 8 godzin dziennie przez pięć dni doprowadzało mnie do frustracji, była raczej niezbyt obiecująca. A raczej obiecująco zło. Ale nie jest źle. Bo choć siedzę pół doby we robocie codziennie (a czasem i dłużej), to oprócz wyjazdów do lekarza z chorymi Polakami, które zajmują najwięcej czasu, ogarniam jakieś bzdurki, które zajmują mi może godzinę, okazjonalnie trzy. Reszta dla mnie. Hej ho! Także czytam, piszę, poprawiam książkę. Mam cel, do końca pobytu tutaj poprawić ją do ostatniej kropki, tak że po powrocie mogę ją bez wahania oddać do druku, hehe. Powiedziałem, będzie można sprawdzić, jak słowny jestem. Warto w tym momencie podziękować najprawdopodobniej niebiosom, bo ograniczyli tutaj net do dwóch godzin na dobę. Inaczej z dużą dozą prawdopodobieństwa postanowienie szlag by trafił, a tak jeśli nie czytam, to piszę. I jakieś tam duperele dla odmiany, gry na komórce? No czasem trzeba. Ale nie o tym chciałem pisać. Chciałem pisać o zderzeniu kulturowym i nie mam tu na myśli kultury polskiej i niemieckiej. Mam na myśli polską i polską. Moją i ludzi, z którymi pracuję. W większości mieszkających na wsi lub pochodzących z rodzin robotniczych. I teraz muszę się zastanowić, jak ubrać w słowa moje impresje, bo jestem już tu od dwóch tygodni, trochę się przyzwyczaiłem, pierwszy szok i związany z nim natłok myśli odszedł już praktycznie w niepamięć. To też ciekawe z pisarskiego, kronikarskiego punktu widzenia. Jak na bieżąco ma się tonę (jedną ludzką tonę) pomysłów, nie wiadomo, o czym pisać najpierw, a po krótkim czasie, jeśli się jednak nie utrwali tych pomysłów nawet w formie skrótów myślowych, to goodbye my love goodbye, Demisz Ruszosz macha ręką na peronie. Po prostu zapominasz. I nie jesteś w stanie przypomnieć sobie zaaferowania, jakie cię wcześniej ogarnęło, a co z tym idzie, pisać ciekawie, bo już samego ten temat cię nie ciekawi. Tu krótka myśl – jak kronikarze mogli pisać o wydarzeniach sprzed dziesiątek, lub setek lat? Pletli takie same bzdury, jak ja teraz.

Więc siedzę tu i zderzam się z kulturą. Pierwsze zderzenie miało miejsce, gdy wsiadłem do autobusu. Autobus wynajęty, nie rejsowy, więc przaśnie i swojsko. Na mój bagaż miejsca w luku nie było, wcisnęli go gdzieś pod fotele, wszystko zapchane walizami czterdziestu chłopa jadących wyrwać asparagusy matce ziemi. Plus z dycha osób na zmywak, kierownik (czyli kierownicę), też z zapasami. Ostatnio dowiedziałem się, że jeden koleś zabrał ze sobą trzydzieści (sic!) bochenków chleba. Jakie inne skarby zabierali z ojczyzny, tylko popuścić wodze fantazji. Na pewno zabrali też alkohole, w tym domowej produkcji. Po 3 godzinach jazdy (z Kielc do Łodzi) gdy wsiadłem, atmosfera była szampańska, a raczej bimbrowska. Pięćdziesiąt nieskomplikowanych ludzi z nieskomplikowanym wyrazem twarzy przywitało mnie na pokładzie. Oprócz bimbru popijali piwo, tak jak człowiek popija wodę. Efekt – co dwie godziny maksymalnie postój. I zaraz po odjeździe już wyczekiwanie na kolejny CPN. Tak, cepeen, tak moi nowi znajomi mówią na każdą stację paliw, każdą. Jako, że miałem świeży ból w ramieniu postanowiłem szybko zaginąć w czasie i przestrzeni. Poczęstowany dwoma kielichami bimbru na lepszy sen ułożyłem się (haha, w zapchanym autobusie z ręką na temblaku, która chciała mi odpaść) do snu. I kolejne doświadczenie: Ci ludzie słuchają disco polo. Na okrągło. Teraz już wiem, jeśli gra muzyka, to tylko Szaza, Boys, Weekend i inne tuzy polskiej muzyki tanecznej. Wtedy był to dla mnie szok. I jako że na płycie było kilka piosenek, a płyty mieli chyba tylko dwie (albo nie doceniłem subtelności różnic) non stop leciało to samo do chyba 3 nad ranem. Hej ho! A dziewczyny w białych skarpetkach do czarnych legginsów na luzaku. Proste żarty o chlaniu i ruchaniu, wtedy nie wiedziałem, że mogą być subtelne i mniej subtelne. Na miejscu poznałem Polaków pracujących przy obsłudze maszyn rolniczych, ho ho, tu się człowiek dowiedział. Albo pili albo ile by nie wypili. Albo ruchali albo czego by nie poruchali. Aparycja i anturaż taki, że wątpisz, czy kiedykolwiek cokolwiek. I tak to się przedstawia. A gdy rozdawałem umowy, które mieli podpisać i oddać dokumenty, okazało się, że złożenie podpisu w miejscu do niego przeznaczonym to wcale nie taka prosta sprawa. Na 10 osób 9 robiła to źle. To znaczy podpisywali się załóżmy w 4,5 miejscach z 9. A dokumenty, które od wielu lat mają dostarczyć (bo od wielu lat jeżdżą i to są cały czas te same dokumenty) nie są w ogóle przez nich wypełniane (choć mają postawić 7 krzyżyków i się podpisać) z obawy, że mogą zaznaczyć źle (w jednym punkcie „tak”, w pozostałych „nie”). I słuszne to obawy, bo połowa z tych, którzy podejmują się jednak wyzwania wypełnienia kratek, nie umie mu sprostać. Ale poczciwe to ludzie i generalnie żyje się nam dobrze. Tylko z ironią kiepsko, rzadko bywa doceniana. Albo rozumiana. Ot, prości ludzie, proste życie. Tak mi się nasuwa myśl o Satansbraten, filmie, który oglądałem jakiś czas temu. Nie rozpisując się (polecam wizualną lekturę) dość surrealistycznym, bardzo śmiesznym właśnie w swojej groteskowości. Czy moi nowi znajomi doceniliby jego wartość artystyczną? Co by się stało, gdybym puścił im w autobusie ten film? Pewnie dostałbym w ryło, bo pomyśleliby, że jestem nienormalny.

Ale dość, trochę jestem krzywdzący. Pewnie, żeby czytało się z jako takim zainteresowaniem. Muszę napisać, że nie są głupi, (niektórzy są), tylko w dużej mierze właśnie prości. To właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie. Fakt, że o tym piszę świadczy, jak duże. Nie miałem pojęcia, w jak różnych światach żyjemy, choć mamy tylko jeden.

A na zakończenie coś, co też było dla mnie novum: nasz kochany język. Okazuje się, że nie tylko jest śląski i kaszubski, ale i gwara. Tak, wiem, o gwarze każdy słyszał. Ale czy każdy ją słyszał? Bo ja po raz pierwszy w życiu w takim natężeniu i okazuje się, że łatwiej mi udawać różne dialekty niemieckie i angielskie, niż polskie. Polskich nie umiem. Tyle.

A przed chwilą ktoś znajomy otworzył drzwi i spytał, czy może wejść. zażartowałem, że nie. Więc nie wszedł. Tadam!

i ogólnie takie takie

Przebrnąłem przez poszukiwanie pracy. Praca. Jest coś niezwykle przybijającego w fakcie, że każdy człowiek wchodzący w dorosłe życie asocjuje je właśnie z pracą. Kończy się szkoła, młodość, sielanka i do roboty! Trzeba pracować. „Idę na studia, bo po nich można znaleźć dobrą pracę”. Nie mogę znaleźć żadnej pracy”. Straciłem pracę, co ja teraz zrobię”. Dawno temu rozmawiałem z moim znajomym, który dobrze to podsumował: Ktoś niezwykle przebiegły kiedyś dobrze to obmyślił: wmówić ludziom, że praca to najważniejsze w życiu. Dlatego każdy chce ją znaleźć. I potem zastępy ludzi szukają, aby w końcu dostać coś, czego tak naprawdę nie lubią robić, u kogoś, kto ich wyzyska (w mniejszym lub większym stopniu), kto będzie na nich zarabiał, leżąc na brzuchu wzbogacał się, podczas gdy ci biedni nieświadomi ludzie myślą, że złapali Pana Boga za nogę, a czasem nawet za brodę, jeśli zarabiają więcej. Jakże nieliczni są ci, którzy szukają czegoś, co im sprawia przyjemność lub próbują samodzielnie o siebie zadbać – zacząć własny biznes. Bo jest trudniej, powiecie? A tak. Ale za to o ile większa satysfakcja. Nie mówiąc już o poczuciu wolności. Właśnie, wolności. Praca u kogoś, nawet „ciepła posadka” prawie zawsze jest ograniczeniem. Dla siebie, nawet nie wiadomo jak wymagająca, łączy się z poczuciem swobody – nikt nie patrzy mi na ręce, robię dla siebie, więc robię dobrze, nie muszę się tłumaczyć, obawiać, że choć ciężko i starannie, to bez efektów (bo tak też się zdarza) coś wykonałem, za co zostanę i tak oceniony negatywnie.

No ale po tych przemyśleniach wróćmy do faktu, że i ja szukałem. Bo jednak własny bizmes się nie udał. Co zrobić. Przynajmniej próbowałem i byłem sam sobie żeglarzem i całą resztą. Życie chłoszcze.

Miałem teraz poopisywać różne rozmowy, jakie formy przybierają, jak groteskowe sytuacje mają miejsce, gdy np. w korporce dziewczyna z dychę młodsza ode mnie ocenia, czy nadaję się na słuchawkę, choć robiłem to i wiele innych rzeczy, między innymi byłem na takim jak jej stanowisku, zanim ona zaczęła ogarniać skakankę. Ale chyba jednak mi się nie chce. Rozmowa kwalifikacyjna ogólnie jest dość smutnym procederem,  trzeba bzdury o sobie opowiadać, a największa bzdura to moment, w którym pada pytanie o kwestie finansowe. Hu hu hu, to zabawne, o jakiej kwocie myśli kandydat, a jaką podaje. Jeszcze zabawniejsze  jaką może zaoferować pracodawca, jaką chciałby zaoferować, a jaką ostatecznie oferuje. A najzabawniejsze, jaka się pojawia na umowie. To jest właśnie przypadek, który chciałbym letko poruszyć. Nie rozumiem, czemu zawsze pracodawca traktuje pracownika jak kogoś, kto powinien lizać mu buty i to najlepiej od strony podeszwy. Przecież to ten pracownik ma wykonać pracę, która przełoży się na zysk pracodawcy. Przecież go potrzebuje, inaczej by nie zatrudniał. To tak oczywiste, że szkoda bitów w internetach, żeby to opisywać. Każdy to wie. A jednak proceder niezmiennie odbywa się, hej hej. I ja tam byłem, miód i wino piłem. Preżes podał stawkę, prawicę moją uścisnął, umowa miała być przed pierwszym dniem pracy. Potem się okazało, że się okazało i umowę dostałem trzeciego dnia pracy. A tam cuda wianki, chyba się klawisz omsknął, więc idę do pani asystent (bo preżes zarobiony) i mówię, ile to brutto to jest netto, bo umawialiśmy się na tyle i tyle. A pani, że nie pamięta i musiałaby sprawdzić. Jako że mam czas to mogę poczekać, więc pani szuka, szuka, przekłada, wzdycha, w końcu znajduje, jęczy przez chwilę, po czym w żywe oczy kłamie, że tyle brutto to tyle netto. Ja w momencie podpisywania umowy już wiedziałem, że ją zerwę, bo mam wyjechać na saksy do rajchu. Ale miałem wyrzuty sumienia, bo jak to, ktoś na mnie liczy, a ja go po miesiącu lub półtora zostawię? Problem rozwiązał się sam przy takiej postawie, zobaczywszy umowę wyrzuty zniknęły jak ręką jaką odjął. Normalnie jednak bym się kłócił i pewnie zerwał umowę. Bo jakże to tak, ludzi oszukiwać? Czemu? I pomyślałem o koleżance, którą ze mną przyjmowali. Jedno dziecko rano do żłobka, drugie do przedszkola, mieszka tu i tu, więc praca w tym miejscu super jej pasuje. Ktoś taki, z rodziną na utrzymaniu, pewnie nie odezwałby się, bo jak w końcu znalazł, inne oferty odrzucił, to teraz co, znów szukać? Niebywale niebywałe, jak podłym gatunkiem jesteśmy, że nawet normalni ludzie, nie jacyś zwyrodnialcy, wobec innych tak się zachowują. Jeśli to są standardy (a zbulwersowany sytuacją niejednemu znajomemu o tym opowiadałem i właśnie takie podsumowanie słyszałem najczęściej), to czas spuścić atomicę i niech przyjdą po nas elfy albo niech ziemię opanują karaluchy i tyle. Będą karalusze piramidy, karalusza wieża Eifella i karalusze You can dance. I będzie spokój.

A sama praca – u la la. Dziś już wiem, że księgowym nie mógłbym być. Przez miesiąc pobytu w nowejstarej pracy dzień w dzień wklepywałem cyferki. Po tygodniu co minutę patrzyłem na zegarek i wyłem do księżyca, bo każda była jak godzina. A jeszcze zostałem poproszony o robienie nadgodzin, bo „ciężki okres”. Ja machałem 3 tygodniowo, inni po 6-8. I osoby pracujące ponad 10 lat w tym miejscu. Ludzie są różni, jedni lubią jeść pomidory, inni kamienie. Widocznie tym odpowiadała ta sama praca przez tyle lat na tym samym stanowisku. Ja umierałem. I wklepywanie, drukowanie, potem okazywało się, że brakuje jakiejś adnotacji więc kolejny wydruk, a kilkaset wcześniej wydrukowanych stron siup do kosza. Wgrywanie jakichś odczytów do systemu, żeby było szybciej, ale błąd w systemie (notabene znany nie od dziś) powoduje, że odczyty wgrywają się podwójnie i trzeba duplikaty kasować. Nie ma też możliwości cofnięcia operacji, więc jak przez przypadek ktoś się zagapi i godzinę będzie wklepywał nie w tę rubrykę, nie może przekleić, musi wpisać od nowa, a to, co przepisał, też uzupełnić. I ja takie kwiatki po kimś poprawiałem hej ho. Wyjście do toalety było prawdziwym przeżyciem. Wyjście do sklepu przygodą życia. Poważnie. Ale wychodzenie do sklepu było źle widziane przez prezesa (tego prezesa). Słuchanie muzyki w słuchawkach cichutko, też było źle widziane, bo przecież przeszkadza we wklepywaniu. Telefon w dłoni też był źle widziany. Jak powiedziałem, że nie mogę robić nadgodzin, bo nie mam czasu („robię remont”) to usłyszałem „nie wiem, czy prezes zaakceptuje to tłumaczenie”. Ten prezes, który mówił na rozmowie kwalifikacyjnej, że nie będzie nadgodzin. No ale mówił też, że będę więcej zarabiał. I w tej atmosferze wiecznego nadzoru pracują ludzie, którzy złoszczą się, gdy każe im się przychodzić w weekendy (soboty, niedziele, pełna opcja), ale godzą się na to potulnie. A jak ktoś się nie godzi, to mają mu to za złe. Że się przeciwstawił. Kolejny przykład argumentujący mój pomysł z atomicą. Człowiecze, quo vadis?

kraina lodu

Mamy zimę, a ja poszukując pracy, albo będąc dokładnym możliwości zarobku, praca jakoś gryzie się z moim jestestwem – niestety, jakże wygodniej byłoby mi w jakimś alternatywnym świecie, a nie tu, gdzie istotą bytu jest praca. Nie radość z motylka, relaks, spokój, tylko tyra – rano wstajesz, zasuwasz do kołchozu, 8-16, powrót tramwajem, w czterech ścianach zniszczony codziennością, kontaktem z innymi stłamszonymi ludźmi dogorywasz oglądając tele lub sącząc jad – ulubione ostatnio sformułowanie w mediach – komentujesz internety.

Zatem poszukując pracy delektuję się możliwością leżenia w łóżku tak długo, aż będę chciał, nie musiał, wstać. Freude, schöner Götterfunken, jak napisał Szileru, a Europa śpiewa unisono. Gdzieś tam w okolicy potylicy błąka się bzdurna myśl, że oto ktoś znajdzie tego bloga, przeczyta, zachwyci się, walnie reklamę za one milion dollars i będę mógł leżeć w tej wełnianej pościeli po wsze czasy, zamiast szperać po portalach pisać moje wynurzenia i generalnie robić nic. Ponieważ jednak widziałem już świat z bliska wiem, że mało to prawdopodobne, żeby nie użyć bardziej dosadnej partykuły przeczącej. Ale pomarzyć można zawsze, tym bardziej, gdy fantazyjne obrazy na szybach maluje dziadek mróz.

I te marzenia skonfrontowane z rzeczywistością powodują westchnienie, ach, westchnienie. Bo praca, jaka jest oferowana na rynku to przede wszystkim, jeśli nie tylko kołchoz. Nie chcę się zagłębiać w temat, bo smutno się tylko zrobi, a jeszcze człowiek narazi się na krytykę. Bo przecież skądś się biorą ludzie, którzy realizują się. I muzykę robią, i sporty uprawiają, i w filmach grają. Robienie muzyki i granie w mecza jest dla mnie sprawą wcale nie taką mistyczną. Ktoś dzieckiem będąc wpadł do kociołka z nutami lub dostał oszczepem rzuconym z pobliskiego stadionu, tak zaszczepiła się w nim miłość do. I brzdąkając na bandżo lub kopiąc szmaciankę rozwijał pasję, a  kapryśny talent akurat jemu dał szansę zostać zauważonym, plus ciężka praca i bach, oto jesteś kimś. Ale taki aktor? Kwestia talentu i ciężkiej pracy w tym przypadku chyba nie jest najważniejszym wykładnikiem sukcesu.  Czy to więc łut szczęścia? Osobowość? Sympatia kogoś ważnego? Znajomości? Ładna buzia? Ładne ciało? Brązowy nos? W nieciekawą i chyba niesprawiedliwą stronę idą te atrybuty. Ale może prawdziwą? Ja nie wiem, po prostu strzelam jak z kapiszonów. Bo co z aktorami, którzy kiedyś byli popularni, a dziś nie są? Ta sława, jak łaska, na wiadomo jakim koniu jeździ.

Nie wiem, jaki procent cukru jest w cukrze. Ilu z aktorów to ludzie z wykształceniem, którzy pokończyli pewueste i inne. Ci dostają potem możliwość sceninenia się i jedni odnoszą większy sukces, inni mniejszy, a inni tyci, a inni nie! Ale ilu jest naturszczyków? Chodzą na przesłuchania, castingi? Ktoś ich wypatruje w tłumie? Czy to ich geniusz, iskierka boga? Tak się po prostu zapytuję, nie zazdrość to, bo skoro jestem leniwy, to jestem też sobie winny, jakże słuszne wnioskowanie.

Ale jakże fajnie byłoby być takim aktorem, albo na przykład podkładać głosy! Ten sentymentalny wniosek napadł mnie po kinowej uczcie disneyowej, z resztą zwykle po Disneju coś mię rusza w przedsionkach i komorach.  Disney to jest jednak Disney. Żadore! Przyjemności związanych z oglądaniem jego filmów trudno porównać. A teraz wyobraźcie sobie, być częścią tego filmu. Ale nie mówimy tu o dziecięcych fantazjach wskoczenia w buty Mulan czy zamianie miejscami z Aladynem. Tylko o zwyklej produkcji. Zwykłej, a jakże niezwykłej ho ho ho. Ostatnio nawet dyskutowałem o tym ze znajomymi, albowiem – jak mawia klasyk w TVP – warto rozmawiać. No i oni, znajomi, odzierali mnie ze złudzeń, że korporka to korporka i oprócz kilku artystów, którzy podkładają głos, reszta to tyra, ciężka praca, delektujesz się tylko papierosem, na którego wyskakujesz w przerwie. Ja jednak myślę, że świadomość uczestniczenia w tworzeniu czegoś, co wywołuje uśmiech i radość i ciepło w ludziach na całym świecie daje więcej satysfakcji, niż zdalne skorygowanie ustawień drukarki (taki przykład, bo akurat korygowałem kiedyś zdalnie ustawienia drukarki i wiem, ile z tego satysfakcji). Rysowanie, montowanie, renderowanie? Widząc efekt, musisz się cieszyć.

I teraz krótko o dubbingu – Do takich hitowych produkcji zawsze pewnie będą zapraszani znani i lubiani, Stuhra czy Adamczyka nie przebiję. Albo teraz Czesiek Mozil, dla mnie genialny. Ale żeby jakieś szanse sobie dać (jeśli kiedyś jednak zdecyduję się na karierę) to powiem, że choć świetne i znane głosy – jak wspomniany Stuhr czy Adamczyk, czy wreszcie Stenka i mistrz Boberek – to jednak słuchanie ich w każdej kolejnej produkcji zaczyna trochę męczyć. I tu jest wspomniana szansa dla mnie. Szansa, szansa, szansa, szansa na…na na na na.