Wiekopomne dzieło, które zachwyci miliony, a autora uczyni człowiekiem obrzydliwie bogatym. Pierwsza książka, którą ów autor napisze do końca. Cz. 1

Głowa złego czarnoksiężnika, którego imienia autor jeszcze nie wymyślił, ale nie traćmy nadziei – początki, jak wiadomo, zawsze są trudne, ale ze wszystkim sobie poradzimy w miarę rozwoju książki, a co za tym idzie, umiejętności pisarskich i szybkiego reagowania na kłopotliwe momenty, które mogą zatrzymać postępowanie akcji, a co gorsza doprowadzić bezpośrednio do tak zwanego wylecenia z głowy dobrego pomysłu na kontynuowanie zapierającej dech w piersi historii, a pośrednio do zrezygnowania z kariery pisarskiej, czego byśmy (a na pewno my – autor) nie chcieli. Wspomniane kłopotliwe momenty to chociażby właśnie imię dla postaci. Obojętnie, czy jest to bohater, który zmieni bieg świata, czy ktoś, kto pojawi się tylko po to, by spytać o drogę, a potem zniknie w niepamięci zarówno czytelnika, jak i twórcy, tak czy siak, imię jest bardzo ważne. Dlatego należy dobrze przemyśleć tę decyzję. Nie daj Boże wybierzemy tudzież wymyślimy – my, autor – miano, które naszym zdaniem nadaje się idealnie dla naszego herosa, a dociekliwy czytelnik sięgnie po słownik etymologiczny i parsknie ze śmiechu, odnajdując znaczenie słów, które być może przypadkowo są podobne do członów imienia owego herosa, a w ogóle mu nie przystoją. Nie zapomnijmy, że mimo wielkiej chęci zostania wielkim pisarzem i równie wielkiemu przekonaniu (użycie słowa „wielki” w takiej częstotliwości było zamierzone, jakby ktoś chciał przyczepić się do powtórzeń), że uda się autorowi to osiągnąć, (oby jak najszybciej, bo oprócz niewątpliwej sławy przyniesie to również pieniądze, które są potrzebne do, hm, wielu rzeczy, ale przede wszystkim do spokojnego bytu, a ten do dalszego pisania – nie chcielibyśmy, aby tak trywialna sprawa jak nieopłacony czynsz zaprzepaściła powstanie być może najwspanialszej książki w historii dziejów), a więc nie zapomnijmy, że ten autor ma dopiero lat 20 z, jak to się mówi, hakiem i potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby zdobyć wiedzę taką, jaką posiadają panowie Arturo Perez (z kreseczką akcentową nad pierwszym e) Reverte lub Andrzej Sapkowski, których to panów autor darzy wielką estymą i zazdrości im ich niewątpliwej wiedzy o świecie, a trochę też talentu pisarskiego (wszystkim tym, którym niewątpliwy talent dwóch wspomnianych panów nie przypadł do gustu, autor serdecznie współczuje). Dlatego prosi się szczególnie wybrednych czytelników o wyrozumiałość i nie wypowiadanie pochopnych sądów. A jeśli nie mogą się na to zdobyć, to i tak mamy to – my, autor – gdzieś (żeby nie być wulgarnym już na samym początku i nie sprecyzować, gdzie), bo wkrótce i tak będziemy – my, autor – bogaci i sławni dzięki tym bardziej wyrozumiałym czytelnikom, którzy za tę właśnie wyrozumiałość otrzymają dedykację z zamaszystym podpisem. A teraz wróćmy już do naszej fascynującej opowieści o głowie złego czarnoksiężnika i jej dalszych losach.

 …

Jako że dygresja wprowadzona na wstępie trochę się przeciągnęła, zacznijmy powieść raz jeszcze, żeby od początku móc wczuć się w klimat świata wykreowanego w fantazji autora. Dlatego znów pojawi się napis rozdział 1, ale teraz już naprawdę będzie to rozdział 1, a nie taka trochę dywagacja. Autor uczula jednak z góry na swoją skłonność do tym podobnych sytuacji, kiedy to zacznie meandrować w swojej wyobraźni między wątkiem a zupełnie niemającym z nim nic wspólnego przemyśleniem, i sugeruje, aby przeczytać akapit raz jeszcze i tym razem pominąć przemyślenie, aby nie zagubić się w historii. Dziękuję.

<c.d.n.>

Spacer z księżycem

Były imieniny Małgorzaty, nie mogłem więc nie pojechać. Szkopuł w tym, że nie dostałem przepustki. Dogadałem się więc z kumplami, mieli mnie kryć. Zawinąłem się i pojechałem. Jeszcze zanim wyruszyłem, wiedziałem, że będzie warto. I było. Gdy w końcu musiałem wracać, jak naelektryzowany maszerowałem na przystanek pekaesu. Na czubku języka czułem przyjemnie mrowienie, pozostawione przez jej pocałunek. Gdybym wtedy ten język dotknął, najpewniej poraziłby mnie prąd, tak wielki był we mnie ładunek emocji. Wspomnienie radosnych iskierek w jej oczach rozgrzewało ciało i duszę, rozjaśniało tamtą zimną, lutową noc. Nie powiedziałem jej, ale ona wiedziała. W jakiś niewytłumaczalny, kobiecy sposób zorientowała się, że uciekłem z jednostki, aby się z nią zobaczyć. Bardzo się starała, ale widziałem  w jej zachowaniu to tłumione, skrzętnie ukrywane uwielbienie. Takie, na które możesz sobie pozwolić, kiedy już wiesz, że ta druga strona też uwielbia, ale do którego możesz przyznać się tylko przed samym sobą. Takie, które pozostawia niedopowiedzenie, otwartą grę, jakże urzekającą i ekscytującą. Choć znaliśmy się tak krótko i tak niewiele o sobie wiedzieliśmy, rozstawaliśmy się jakby po latach i jakby na zawsze. Powrót, pomyślałem, będzie długi i trudny. Nawet nie przypuszczałem, jak bardzo.

Przez to przeciąganie pożegnania uciekł mi ostatni autobus. Gdybym wyszedł pięć minut wcześniej, zdążyłbym. Ale nie wyszedłem i nie żałowałem, to było bardzo dobre pięć minut. Tymczasem stałem o dziewiątej wieczorem na przystanku w Działoszycach, sześćdziesiąt pięć kilometrów od Kielc. Nie było czasu na wzdychanie, o siódmej musiałem stawić się na służbie. Trochę szedłem, trochę biegłem, żaden samochód nie jechał, żeby zabrać się autostopem. Kiedy dotarłem do Pińczowa, miałem za sobą dwadzieścia pięć kilometrów w nogach i moc przemyśleń w głowie. Najistotniejszym było zorganizowanie jakiegoś samochodu. Wszedłem między domy i zacząłem szukać. W pierwszym fiacie, do którego się włamałem, po kilku próbach odpalenia z kabli rozładował się akumulator. Zima rzadko kiedy bywa sprzymierzeńcem. W drugim tak samo. Zacząłem się irytować, bo traciłem czas. Z daleka, w wojskowym płaszczu i czapce, wyglądałem jak milicjant, więc nieliczni przechodnie nie interesowali się mną. Pewnie myśleli, że patroluję ulice. Poczekałem chwilę, aż znów zostanę sam i w kolejnym samochodzie, również fiacie, wybiłem szybę obcasem. Nie chciało mi się już dłubać przy zamku. Właściciel raczej nie doceni chęci pozostawienia  jak najmniejszych szkód, skoro wozu i tak nie będzie. A ja opatulę się szalikiem i jakoś wytrzymam chłodny wiatr wpadający przez wybite okno. Lepsze to niż czterdziestokilometrowy spacer. Samochód odpalił, a ja szczęśliwy wyjechałem na drogę do Kielc. Po dwóch kilometrach silnik zgasł. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nie ma paliwa. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Wróciłem i włamałem się do pierwszego napotkanego auta. Syrenka o dziwo odpaliła za pierwszym razem. Wskaźnik paliwa pokazywał pół baku, zadowolony ruszyłem w drogę.  Tym razem radość trwała jeszcze krócej, bo za pierwszym zakrętem natknąłem się na radiowóz. Ktoś widocznie zorientował się, że nie milicjant, a zwykły złodziej kręci się po osiedlu. Albo zauważono porzucone auto z wybitą szybą i wybebeszonymi stykami. Skręciłem w boczną uliczkę, potem w kolejną. Gdy zniknąłem z pola widzenia jadącej za mną milicji wyskoczyłem z syreny i ile sił w nogach pognałem wzdłuż ścian zabudowań, kryjąc się w cieniu.  Przeskoczyłem przez płot, przebiegłem przez posesję, jeszcze raz przez płot i dalej przez pole uciekłem w stronę lasu. Znów trochę idąc, trochę biegnąc, skrajem lasu ruszyłem do Kielc. Choć parę razy widziałem światła samochodów na oddalonej o kilkaset metrów szosie tym razem nie chciałem łapać okazji. Mogłem natrafić na kolejny radiowóz, szukający samotnego wędrowca, najprawdopodobniej będącego włamywaczem z Pińczowa. Także nie tylko straciłem godzinę i przeszedłem kilka dodatkowych kilometrów w poszukiwaniu auta. Teraz zamiast asfaltu miałem pod stopami śnieg. Dopiero w Morawicy zdecydowałem się wrócić na drogę.

I tak, w przemoczonych butach, jednocześnie przemarznięty i zziajany, kwadrans przed siódmą dotarłem do jednostki. W dziesięć godzin pokonałem pieszo prawie siedemdziesiąt kilometrów. Stawienie się na czas nie pomogło, mój wygląd opowiedział więcej, niż ja.  Dostałem areszt i zdegradowali mnie do rangi starszego szeregowca. I tak jak powiedziałem wcześniej, nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Nawet tamtych pięciu minut. Było warto.