Pa

Deszczu strugi szeleszczą

Heban nocy się rozmywa

gdy kropel jasny brzeszczot

mą duszę wskroś przeszywa

 

Samotność. Gdy wschodzi noc

Zaczynam oddychać sobą

I jest czas i chęć i moc

zmierzyć się ze własną głową

 

Alkohol i papieros

to oręż w mojej dłoni

To ja, mityczny heros

swojego imperium bronię

 

Gnam na rumaku z gwiazd

Wygrywam każde starcie

Unikam wszelkich prawd

Nocą są nic nie warte

 

To ja, fantazji bożek

Tryumfu marsz mi brzmi

Kto ze mną wygrać może?

Ty, nieuchronny świt

Alleluja i do przodu

Kolejny dzień, jak poprzedni kolejny dzień, nie obfituje w ciekawe wydarzenia. W zasadzie w żadne wydarzenia nie obfituje, nie bardzo jest o czym pisać, wszystko zlewa się tu w jedno długie popołudnie, podczas którego domownicy po zjedzeniu obiadu gdzieś się zapodziali, nie wiadomo gdzie, każdy zajmuje się swoimi nic nie znaczącymi sprawami z dala od z bliska. Mimo nieustającego sezonu szparaga (roślina choć żyje, to jest głupia jak but i nie wie, że są święta) w tym okresie zadumy nad pogańskim rytuałem przeniesionym sprytnie do kościołów jest tu jakby ciszej. Weekendy są na ogół spokojniejsze, ten natomiast był nad wyraz spokojniejszy (ciekawe, jaka jest etymologia związku frazeologicznego „nad wyraz”). Siedziałem i siedziałem (co w niczym nie różniło się od pozostałych moich zajęć praktycznie codziennie) i po raz pierwszy w życiu lubiłem te święta. Ale nie dlatego, że mnie omijały, wręcz przeciwnie. Lubiłem je i było mi żal, że jestem z dala od nich. Zapewne w Polsze standardowo bym pogderał i nie zastanowił się nad nimi tylko pojadł pasztetu z ćwikłą, rolady z majonezem i sałatki warzywnej też z majonezem, a potem dopchał pięcioma rodzajami ciasta. Tutaj ciesząc się z jajka i czekoladowego zająca jako jedynych atrybutów Wielkiejnocy myślałem o rodzinach dzielących się jajeczkiem i oglądających familiadę. I pewne „Potop”. A propos filmu, miała miejsce również filmowa scena, kiedy siedząc w namiocie – kantynie i jedząc samotnie kolację, gdy wiatr poruszał storami namiotu, a deszcz smentnie od nich się odbijał, w szarym świetle wieczoru byłem alternatywą do obrazu rodzinnych spotkań. Takie życie. Ktoś powie „twój wybór”. Ano mój. Podsumuję to obrazkiem widzianym ostatnio: Bolesław Chrobry z banknotu dwudziestozłotowego pyta „tato, czy mogę wyjść na dwór?”, a Mieszko z dychy odpowiada „możesz”. Podpis pod obrazkiem: „Hajs się zgadza”. Tadam!

A na koniec dygresja techniczna – najczęstszym błędem, jaki mi się przytrafia jest wrzucenie znaczka ® – („zastrzeżone”) w słowie który („któ®y”) i  1) w zakończeniach słó2) hehe słów, kombinacja alt + r i w czyni takie cuda. A alt i d robi przypis. Też wiem z lietrówki. Pewnie wiedzieliście i  wy, którzy tego nie czytacie, ale dzięki temu, że o tym napisałem, tekst jest o trztery (połączenie trzy i cztery, nie wiem, ile wyjdzie na blogu) linijki dłuższy. Jedni zbierają szparag na akord, inni na niego piszą. Hu hu hu. Ostatecznie o sześć. (siedem)