Wiekopomne dzieło cz. IV

Tak a nie inaczej, dotarliśmy wreszcie do momentu, który został opisany na początku rozdziału. Mag bez głowy jest wściekły i miota zabójczymi czarami, tylko nie może trafić, ale już nie dlatego, bo nie chce, tylko nie może, a nasz dzielny młody bohater ukrywając się za tym, za czym da się ukryć, kombinuje, co począć dalej, aby wykaraskać się z opresji. Czarownik zadufany, bo zadufany, przechwalał się, bo przechwalał, ale, no cóż, nie ma się co dziwić, miał powody, żeby być zadufanym, bo i miał się czym przechwalać. Jedyna próba zbliżenia się do korpusu i obezwładnienia go, jaką Bożydar podjął się wykonać, skończyła się potężnym uderzeniem mocy i lotem około dziesięciu metrów. Jedno żebro na pewno pęknięte, a zapewne więcej. Obszar potłuczonego ciała wynosił około dziewięćdziesięciu procent, ale rachunek mógł być nieprecyzyjny, zważywszy okoliczności oględzin. Ogólnie czuł się marnie. To, że go nie zabiło, przypisywał lekkiemu wyczerpaniu energii magicznej czarodzieja. Wali tak tymi piorunami dobre piętnaście minut, wypadałoby, żeby mu się te jego akumulatorki zużyły, ile można, do cholery. Łeb też w sumie chyba się już trochę tymi przekleństwami znużył, bo od kilku chwil tylko coś burczał pod nosem i wykrzywiał twarz w przeróżnych grymasach. Nagle Bożydar uświadomił sobie oczywisty fakt i zaklął siarczyście, czemu wcześniej na to nie wpadł, tylko skakał jak baranek i ośmieszał się przed samym sobą.

 - Głupota ludzka nie zna granic – zakomunikował głowie złego Michała, która łypała na niego złym okiem, gdy zaczął iść w miarę możliwości w jej kierunku – a najciemniej, jak to mówią, pod pochodnią – ostatnie metry pokonał już spokojnym krokiem, jako że ciało przestało czarować cudeńka – Przecież to oczywiste, że do siebie nie będziesz raczej mierzył, czyż nie?

Głowa zabluźniła straszliwie, po czym chciała opluć Bożydara, ale jej nie wyszło i opluła sobie brodę.

- Ano – pokiwał głową chłopak i podniósł głowę za włosy.

- To boli! – wrzasnęła.

- Cieszy mnie to, choć odrobinę mogę zrewanżować się za żebra.

- Srał cię pies!

- Ach ach, czarownik się zirytował, no proszę – Bożydar zatrzasnął wrota komnaty, w której zostało obrażone ciało złego czarnoksiężnika Michała – A teraz – uśmiechnął się wymownie – powiesz mi, gdzie ukryłeś skarb, bo jeśli nie, lecisz po schodach. Jak wysoka jest twoja wieża? Od samego patrzenia może rozboleć głowa, a co dopiero od spadania – zaśmiał się, rad z udanego dowcipu, a głowa Michała obdarzyła go spojrzeniem wypranym z szacunku.

- Skarby zwykle trzyma się w lochach – odparła zdegustowana – Ja nie byłem w tej kwestii oryginalny.

Tak też myślałem, ale wolałem się upewnić – młody wojownik pokonywał drogę w dół skokami po kilka schodów. Kiedy dotarł do wejścia do lochów, głowę rzucił na ziemię. Ta zawyła z bólu.

- Ocipiałeś?! Mam chyba wstrząśnienie mózgu!

- Jakoś to przeżyjesz. Tymczasem idę po kosztowności, a ty poczekaj tu na mnie, nigdzie nie odchodź.

Zły czarnoksiężnik Michał znów zaklął niewybrednie, a śmiech Bożydara wypełnił korytarz prowadzący do lochów.

Dotarłszy na dół, nasz bohater rozejrzał się i ze zdziwieniem odkrył, że tak wielkie zamczysko ma tylko jeden loch, do którego prowadzi długi korytarz, oświetlony pochodniami ujawniającymi osmalone ściany. W wielu lochach nie bywał, ale zawsze wydawało mu się, że trochę inaczej powinno to wyglądać. Z książek, do których wiemy, jaki główna postać naszej opowieści ma stosunek, wyniósł zdecydowanie inny obraz takiego lokalu – cele rozmieszczone naprzeciwko siebie, a liczba ich to co najmniej tuzin. No, ale książki jedno, życie drugie, trzeba ładować złoto i zabierać się z tej niesympatycznej okolicy. Szybkim krokiem przeszedł do jedynego pomieszczenia lochów. Zwrócił uwagę, że ściany były osmalone nie tylko przy pochodniach, ale to nie wywołało jego niepokoju. Szkoda. Bo kiedy przekroczył próg lochu, ukryta magiczna pułapka aktywowała się i odpaliła samozapłon. Coś eksplodowało, a potężna fala ognia, której wybuch zogniskował się w centrum lochu, pomknęła korytarzem, spopielając Bożydara, który zdążył tylko przebiec kilka kroków.

Ano tak, ogromne szczęście, zawsze idące w sukurs, tym razem nie pomogło naszemu ulubieńcowi, który nie zachwyci nas już więcej swymi przygodami, bo nawet nie miało jak. Chyba, że doprowadziłoby do skręcenia nogi w kostce na pierwszych stopniach i uniemożliwiło zejście, no ale niestety. A chytry plan złego czarnoksiężnika Michała zdał swój egzamin. Loch specjalnie był zaprojektowany w ten sposób, aby wścibscy awanturnicy, szukający nie chwały, a tylko złota, (dlatego zaczynali zwiedzanie od razu od lochu) nie mieli szansy ucieczki. I Bożydar też jej nie miał, szkoda, szkoda, ale co zrobić. Gdyby wykazał odrobinę rozsądku i zabrał głowę Michała ze sobą, ten na pewno ostrzegłby go przed czyhającym niebezpieczeństwem. Ale chłopak chciał mieć wolne ręce do zabrania większej ilości majątku, no i tak się to wszystko skończyło. Z tego oczywisty wniosek, pazerność nie popłaca. Złemu czarnoksiężnikowi Michałowi udało się połączyć korpus (nie należy pytać autora, jak udało mu się zejść po schodach bez szwanku, bo tego sam autor nie wie) z głową i ma się świetnie, nadal siedzi w swoim zamczysku i terroryzuje okolicę, a wszystkich poszukiwaczy przygód, którzy od opisanej przez autora historii zawitali do niego, zabił od razu, zapamiętawszy nauczkę daną mu przez młodego Bożydara. I tak kończy się ta niesłychana opowieść.

A czytelnika, który być może zżyma się na takie zakończenie i pragnie innego, gdzie dobro zwycięża ze złem, autor zapytuje, czy ów czytelnik widział kiedy świat z bliska? Jeśli nie, to niech się przyjrzy, to wnet zobaczy, że coś takiego, jak tryumf sprawiedliwości nie istnieje. Wiadomo, ludziom prawym to nie w smak, dlatego bzdury w książkach piszą. Autor rozumie tę tęsknotę za szlachetnością i pochwala starania innych twórców w tej dziedzinie, ale sam postanowił wyłamać się ze schematu i pokazać, jak się sprawy mają. To tyle.

Wiekopomne dzieło cz. III

Autor zdał sobie właśnie sprawę, że pisze takie bzdury, że chyba by się nie szanował, gdyby to kontynuował. Młody dzieciak czytujący traktaty filozoficzne i książki naukowe? I o czym, może o fizyce kwantowej jeszcze? Czytelnik został wystawiony na ciężką próbę, czytając te pierdy, autor chyba zwątpił w jego intelekt, zdolność wyciągania wniosków i kojarzenia faktów. Nie mówiąc już o tym, co jeszcze nie zostało napisane, a byłoby skandalem niesłychanym, teorią naciągniętą bardziej niż guma w małych majtkach na tyłku grubasa. Trochę powagi, naprawdę, bo z torbami raczej ktoś tu pójdzie, a nie grube pieniądze zarobi, o pomniku trwalszym niźli spiż już nie mówiąc. No no, spokojne, zaraz coś się elegancko wykreuje. Tak jak wcześniej obwieszczone, autor dopiero zdobywa doświadczenie i nie od razu Rzym zbudowano, prawda, więc cierpliwości, jakoś się ułoży. Po prostu za dużo pomysłów buszuje w głowie autora, a każdy z nich uważa się za najlepszy i pcha się na papier, nie biorąc w ogóle pod uwagę, że taki egoizm i egocentryzm źle wpływa na logikę książki, a z jej twórcy, aspirującego do miana świetnego pisarza, robi marnego prozokletę. Tak więc autor raz jeszcze przedstawi kilka faktów z życia Bożydara, a tych wcześniejszych nie usuwa, lecz zostawia ku przestrodze. A jak komuś się przez przypadek mimo wszystko spodobało, to niech to potraktuje jako alternatywną wersję bez zakończenia, i tyle.

Bożydar był duszą nad wyraz niespokojną. Będąc dzieckiem wszędzie go było pełno, uwielbiał zabawy, wygłupy, śmiał się, hałasował i wszystko psuł. Słowem, robił to, za co dorośli kochają dzieci. Ot, normalny, dobrze zapowiadający się chłopczyk. To, co go wyróżniało, to pasja do książek (zwłaszcza przygodowych), której nie wykazywali inni chłopcy w jego wieku. Gdy z dziecka stał się młodzieńcem, nadal uwielbiał zabawy i wygłupy, ciągle się śmiał i wciąż wszystko psuł, co teraz jednak nie spotykało się z taką aprobatą dorosłych, jak kiedy był dzieckiem. „Nie samą zabawą człowiek żyje” powtarzała jego matka, dając mu do zrozumienia, że powinien już trochę dorosnąć, na co Bożydar odpowiadał radośnie „a powinien”, dając jej do zrozumienia, że wcale nie chce. Ale nie chcieć to on sobie mógł, wiadomo, jak działa świat, kiedy jest się zależnym od kogoś – wyboru dużego się nie ma, trzeba być posłusznym. Chłopak starał się wiec być trochę doroślejszym, kochał też matkę bardzo i nie chciał jej robić przykrości, dlatego też poszedł na studia prawnicze, jak na poważnego, a nie dziecinnego młodego człowieka przystało – studia dają przecież prestiż i łatwiej po nich o pracę. Ciągle jednak uwielbiał czytać przygodowe książki, a ich lektura przenosiła go do innego świata, w którym zapominał o troskach dnia codziennego i innych męczących go rzeczach. Zawsze potem powtarzał, w końcu zacznie żyć po swojemu, realizując cele postawione sobie w młodości (tej bardzo młodej młodości, bo przecież Bożydar mówiąc to miał kilkanaście lat, nie był aż taki stary), nie będzie dopasowywał się wiecznie do innych. Bunt jednak nigdy nie przybrał fazy ostrzejszej od kilku słów wyburczanych pod nosem, pozostawał raczej uśpiony, pamiętajmy, nie chciał smucić matki. Aż pewnego dnia, kiedy po zdaniu ostatnich egzaminów na studiach dowiedział się, że matka załatwiła mu posadę pomocnika w kancelarii, Bożydar uznał, że nadszedł idealny czas na rewoltę. Miał już dość robienia wszystkiego tak, jak życzą sobie inni, a na przekór sobie. Wiedział, że jeśli nie przeciwstawi się teraz, to nie zrobi tego nigdy. Najgorsza jednak była obawa, że świat przygód poznany w książkach pozostanie tylko w jego wyobraźni i nie zasmakuje go, nie poczuje naprawdę. Oznajmił więc, że dopóki jest młody, chce nacieszyć się życiem, a nie grzebać żywcem w zamkniętym budynku z wrakami ludzi zaglądającymi do książek nie dla przyjemności, ale w celu znalezienia odpowiedniego kodeksu. „Na to będę miał jeszcze czas, tymczasem świat na mnie czeka”. Matka jak to matka, martwiła się o syna, ale uszanowała jego wybór. I tak Bożydar zaczął odmieniać swoje życie po dwudziestu latach z hakiem spędzonych w rodzinnym domu. Wyruszył ku przygodzie, jak to się mówi.

Czasy wtedy były ciężkie. Właściwie to czasy zawsze są ciężkie, każdy to wie, a tym bardziej czuje na własnej skórze, ale mimo wszystko warto czasem o tym przypomnieć. Bożydar oczywiście wiedział o tym też, łebski był z niego chłopak (nadal jest, o ile w międzyczasie nie poległ), toteż za pieniądze otrzymane od matki na łatwiejszy początek wyprawy po szczęście zakupił miecz i skórzany kubrak. Pieniędzy tych nie było zbyt dużo, dlatego i nabytek nie prezentował się zbyt okazale, dla chłopca jednak był to oręż i zbroja godne najznakomitszych rycerzy. Z takim wyposażeniem i ze znajomością sztuki fechtunku (chłopięce bijatyki na patyki, a swego czasu stary wiarus Corso mieszkający nieopodal rodzinnego domu Bożydara dał mu kilka lekcji, pokazał parę sztuczek) nasz śmiałek był gotów podbić świat, przynajmniej okolicę. Młodzieńcza euforia, wiadomo. Wszystko wskazywało na to, że chłopak dostanie po łbie za rogiem i ogolą go z tych kilku groszy, które jeszcze mu się ostały, w najlepszym przypadku obity wróci do domu, a w najgorszym, ha, sprawa oczywista. Jak się jednak okazało, Bożydar miał więcej szczęścia niż rozumu, ba, miał tyle szczęścia, że mógłby z powodzeniem grać w totka i trafiać permanentnie same szóstki. Ale nie znano tam totka, więc fart był wykorzystywany inaczej. Wychodząc obronną ręką z wielu przygód, znalazłszy się w których normalny człowiek sam by się zabił, nie znajdując lepszego rozwiązania, młody Bożydar zdobywał doświadczenie w dziedzinie walki, cwaniactwa, czerpania korzyści z przeróżnych sytuacji, słowem, we wszystkim, co ułatwiało przeżycie. Nigdy jednak nie posuwał się do krzywdzenia ludzi niewinnych, aby coś zyskać, miał – to oczywiste – dobre serce, bo został wychowany na człowieka uczciwego, jakże by inaczej. Warto jeszcze tylko dodać, że Bożydarowi, jak to zwykle u niedorostków, którzy liznęli trochę życia, nawet przez myśl nie przeszło, żeby swe sukcesy przypisać opisanemu wcześniej szczęściu, tylko umiejętnościom i zaradności. Cóż, może to i lepiej, że chłopak w siebie wierzył, wątpliwości mogą czasem złamać i najtwardszego człowieka, a takim przecież Bożydar nie był. Tak czy siak, przygód miał sporo, autor nie będzie tu ich opisywał, może kiedyś, jak czytelnicy zapragną je poznać, a coś sensownego się wyklaruje, najważniejsze, że chłopak był szczęśliwy przemierzając ten padół ziemski i niosąc pomoc uciśnionym bla bla. Banał powiecie, spodziewaliście się czegoś niesamowitego? To obejrzyjcie sobie „Nie do wiary” albo przeczytajcie „Życie na gorąco”, tam znajdziecie niesamowite niesamowitości. Autor sam nie jest do końca zadowolony ze wszystkich popełnianych wersów, ale przynajmniej jest do rzeczy, w miarę się wszystko zazębia, do teorii za bardzo się nie można przyczepić, a o to też autorowi chodzi. A jak po raz kolejny powtarza, styl potrzebuje czasu, żeby się rozwinąć i udoskonalić, na niespodzianki, które wprawią w zdumienie czytelnika (i niewykluczone, że samego autora również) też przyjdzie jeszcze czas, więc niechże czytelnik okaże trochę cierpliwości, naprawdę, każdy by chciał od razu dzieła na miarę literackiego Nobla…

Dotarł wreszcie nasz bohater do pewnego dziwnego miejsca, co się zwało Cichogród… Po krótkim namyśle autor doszedł do wniosku, że miejsce wcale nie nazywało się Cichogród, bo to bardzo pretensjonalna nazwa, i przemianował je na, dajmy na to, Kleindorf, hehe. Nie, nazywało się Zagrzybice. Ponoć grzyby tam w wielkiej obfitości rosły, ale kto to wie na pewno. Tak czy siak, chłopak jest już na miejscu i oto czego się dowiaduje od miejscowych. Nieopodal wioski wznosi się otoczona gęstym lasem góra, a na niej stoi zamek. Ponure to zamczysko, tonie w wiecznie ciemnych chmurach, a to dlatego, że w nim ponury mieszka człowiek. A może i nie człowiek? Złym czarnoksiężnikiem Michałem się nazywa, strach wśród mieszkańców Zagrzybic sieje i nie tylko, wszak inne wioski też znajdują się w okolicy. Oprócz strachu budzi też zły czarnoksiężnik Michał inne emocje, a najczęstsze z nich to straszne nerwy, bo haracz trzeba mu płacić, i to niemały, więc się ludziska irytują. Jednym słowem kiepsko, sąsiad upierdliwy i fajnie by było, gdyby coś się zmieniło. Tylko nie bardzo wiadomo jak to zrobić. Ale my już, moi mili państwo, oczywiście wiemy, jak. Tutaj Bożydar widzi szansę na potwierdzenie swej męskości, siły, sprawności, odwagi no i całej reszty cech z listy superherosa. Zasięga nasz młodzian, jak to się mówi, języka i dowiaduje się, że zły Michał sam jeden w swojej willi na górce mieszka. Sam jeden? Bez obstawy stu najemnych zbirów? Pewnie pieniędzy z haraczu mu na to żal, skąpiec, a przecie uczciwie nie zarobił, to co mu szkoda. Ale, co tu gadać, do pracy trza się brać. Przekonany o tym, że jest prawie bogiem, wszak nie pokonał go do tej pory nikt, Bożydar postanawia rozprawić się z szwarccharakterem, zdobyć uznanie i szacunek mężczyzn, serca kobiet oraz pieniądze Michała z jego skarbca. Co? Byli już jacyś śmiałkowie, ale słuch o nich zaginął? No to ja będę pierwszym, o którym nie zaginie. Szczęście mi sprzyja, młody jestem (ale z dużym doświadczeniem, z niejednego pieca wszak chleb jadłem), no i oczywiście jestem świetnym wojownikiem. Tak to sobie wszystko elegancko potłumaczył i wytłumaczył nasz bohater, a my przez wyrozumiałość nie będziemy tego komentować, bo i po co? Przez głowę chłopaka nawet nie przeszła myśl, że coś tu musi nie grać, porażka nie była wkalkulowana w eskapadę. Dziwne się w zamku rzeczy dzieją, ludzie bez wieści znikają, w nocy odgłosy takie stamtąd dochodzą, że aż włosy dęba stają? Czary mary, strachy na lachy, nie boję się niczego, zwycięstwo to moje drugie imię. No i ruszył Bożydar na złe moce. Dotarłszy do podnóża góry i skonfrontowawszy swe waleczne serce z mrokiem lasu, do którego miał wkroczyć, zaszczęknęło mu się trochę zębami, ale że nikt tego nie widział (a czytelnik fakt ten ze zrozumiałych względów zachowa dla siebie), to nie ma co z tego problemu robić, wziął się w idiomatyczną garść i ruszył dalej. Wiemy już o jako takim doświadczeniu chłopaka, nie zdziwi więc nas, że aspirujący na herosa, kiedy wychynął z lasu i rozejrzał się, jak się sprawy mają, nie poleciał wymachując mieczem na wszystkie strony i nie pruł się straszliwie (jak czynią niektórzy, chcąc zapewne dodać sobie odwagi), tylko spokojnie, ostrożnie i po cichu przemknął do wrót zamku. Te były zamknięte, ale bez problemu dało się je uchylić i wśliznąć do środka. Nie zabrakło przy tym klasycznego złowróżbnego skrzypnięcia, ale tak jak ludzie w wiosce mówili, żadnej straży, służby, przysłowiowe ani widu ani słychu, nikt więc nie pojawił się, gdy Bożydar przekradał się wzdłuż ścian pokrytych zmurszałymi gobelinami. Gdy zaglądał do pustych komnat, nikt nie przeszkodził mu, wznosząc okrzyk: „obcy, obcy”, „alarm, intruzi, do broni” czy zwykłe „czego tu szukasz gnojku?”. Nikt nie natknął się na niego, gdy wspinał się po krętych schodach na szczyt wieży, która, jak zwykle w takich opowieściach, jest siedzibą złego maga (ale dobrzy też miewają tam swoje lokale, wieże nie są domeną tylko złych czarodziejów). Tak było i tym razem, przecież nie wyłamie się autor ze schematu tak od razu, zwłaszcza, że ten schemat bardzo mu odpowiada, bo nie wyobraża sobie autor, żeby taki mag miał mieszkać w jakieś chatce na moczarach, trzeba wszak pewien status mieć. Więc jak już powiedziane, tak było i tym razem, zły mag Michał mieszkał na ostatniej kondygnacji wieży ponurego zamczyska. Siedział sobie na fotelu przypominającym tron (co było do przewidzenia) i uśmiechał się szyderczo (co też było do przewidzenia). W dłoni dzierżył kostur, na końcu którego zatknięty był kryształ.

- Ach ach, kolejny poszukiwacz przygód, no proszę. Tak dawno żaden z was mnie nie odwiedzał, że już myślałem, że o mnie zapomnieliście. A może po prostu baliście się tu przyjść? Hhahahah – zaśmiał się, a w jego śmiechu można było wyczuć nutkę teatralności.

Bożydar uniósł brwi i wykrzywił usta.

- Tak długo tu siedzisz sam, to mógłbyś sobie lepszą kwestię przygotować, ta jest kiepska. Tak jak twoje poczucie humoru. I nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale jestem tutaj sam, więc nie mów do mnie w liczbie mnogiej.

- O, zadziorny chłopak. Kilku już takich było. I wszyscy tak samo skończyli – powiedział czarnoksiężnik i znów się zaśmiał, i znów można było wyczuć teatralność.

- Nudzisz, czarowniku – nasz bohater wzruszył ramionami – Mówisz, ktoś przede mną miał pecha? Trudno się mówi. Ja przyszedłem po to, żeby móc wrócić w chwale. Myślisz, że nie ma na ciebie mocnych? Zaskoczę cię. Ale zanim pożegnasz ten świat, powiesz mi, gdzie ukryłeś swój skarb, bo nie chce mi się go potem szukać, czarowniku – dokończył i założył rękę na rękę (zapewne, żeby dodać sobie powagi i pokazać, że się nic nie boi, choć jest to, trzeba być szczerym, kłamstwo na potęgę. Ale nadrabia chłopak miną, i to też się liczy).

Zły mag Michał zmrużył niesympatycznie oczy, po czym rozciągnął usta w złośliwym uśmiechu.

- Nie zabiję cię od razu – pokręcił głową – Nie, najpierw się z tobą pobawię. A jak już skończę zabawę, to będziesz błagał, żebym cię zabił. I dopiero wtedy zacznę zadawać ci ból – piorun wystrzelił w kierunku Bożydara, który odskoczył w bok. Pocisk jednak mocno chybił celu, widać było, że czarnoksiężnik nie chciał trafić.

- Wreszcie coś konkretnego, bo od tych przechwałek słownych mdło się robiło – krzyknął chłopak, po czym natarł mieczem na Michała. Jednak gdy ostrze miało wbić się w ciało rywala, ten błyskawicznym ruchem zasłonił się swym kosturem, a ten zadźwięczał metalicznie. Bożydar poczuł ból w dłoni, która trzymała miecz, a całe ciało przeszedł zimny dreszcz. Uchylił się o włos od kontrataku michałowego kostura i odskoczył pod ścianę.

- Dziwne to drewno – skomentował, rozcierając zdrętwiałą dłoń – Z jakiegoś drzewa, które rośnie w twoim przyzamkowym ogrodzie?

- Zobaczysz i poczujesz jeszcze kilka dziwnych rzeczy, zanim umrzesz – paskudny uśmiech nie znikał z ust czarnoksiężnika – Nie wiesz, na co się porwałeś. Lepiej by było dla ciebie, żebyś przekuł sam siebie tą swoją śmieszną zabaweczką.

Zły mag Michał z rozbawieniem przyglądał się, jak Bożydar stara się unikać jego magicznych pocisków. Jeden z nich trafił w miecz, tak, że chłopak go upuścił, lecz chwilę później trzymał go znów w ręku. Drugi trafił go w bok, ale że był słaby (Michał nie chciał go przecież zabijać od razu), rzucił nim tylko o ścianę. Nasz bohater zaczął już odczuwać zmęczenie walką, a przecież nawet nie trafił jeszcze złego Michała, nie mówiąc o jego zranieniu. Sam zaś był już bardzo obolały, tamto lądowanie na ścianie kosztowało go trochę zdrowia. Podróżując tak skokami po komnacie natrafił na krzesło, jeden z nielicznych elementów umeblowania. Chwycił je zgrabnym ruchem i z niesamowitą wręcz precyzją i siłą cisnął nim w złego maga. Ten jednak odbił je, gdy było już tuż przed jego nosem, jednym ruchem ręki i zaczął się śmiać (no i wreszcie był to śmiech naturalny)

- Jesteś niepoprawny. Ale dobrze, mam przez to więcej uciechy. Wielu śmiałków próbowało ze mną walczyć. Niektórzy byli naprawdę nieźli, ale tych zabijałem szybko. Sam rozumiesz, na wszelki wypadek, po co kusić licho – znów zaśmiał się, a jego oczy podziwiały przez moment sufit – Ale ty, chłoptysiu, oprócz zwinnego języka i ciała nie posiadasz nic, co mogłoby mi zagrozić. Dlatego – kula ognia poszybowała w stronę Bożydara – z nudów jeszcze trochę cię pomęczę, zanim w końcu zabiję.

- Palant – westchnął nasz młody bohater i ukrył się za filarem, których jako jedynych było w sali pod dostatkiem. Dyszał już ciężko, a nie miał pojęcia, co ma dalej począć z tym fantem. Nagle ujrzał po drugiej stronie komnaty dużą tarczę przytwierdzoną do ściany. Może uda mi się nią osłonić i dotrę do tego bubka, pomyślał. Nie zastanawiając się długo ruszył pędem wzdłuż sali, ukrywając się za filarami i meandrując wśród czarów maga Michała, który ujrzał cel chłopaka i znów zaniósł się śmiechem.

- I do czegóż to jej niby chcesz użyć? Chyba, żeby, jak to się mówi, wrócić nie z tarczą, a na niej, muahahaha. Cóż, już późno, ściemnia się, pozwól więc, że oświetlę ci tę drogę powrotną – kula ognia wyfrunęła z dłoni złego czarownika, przeleciała przez komnatę i trafiła w środek tarczy, którą Bożydar właśnie oderwał od ściany i ujął w rękę, zapalając ją. Zrozpaczonemu chłopakowi zaświtał nagle pomysł. Nie był zły, ale do jego realizacji potrzeba było niewyobrażalnej wręcz ilości szczęścia. No, ale tak się akurat składa, że nasz młody heros taką właśnie ilość posiada, a nawet i trochę więcej, więc na co czekać? Chłopak zbliżył się do Michała, pokonując znaczny dystans ich dzielący zygzakiem, zamachnął się i wypuścił z dłoni płonącą tarczę. Ta wirując pomknęła w stronę głowy złego czarnoksiężnika Michała, który ciągle zanosząc się śmiechem odbił ją, tak jak wcześniej odbił krzesło. I tu pojawia się haczyk przedsięwzięcia, gdyż w sekundę po wyrzuceniu w kierunku Michała tarczy, Bożydar wyekspediował tą samą drogą swój miecz. Płonąca tarcza zasłoniła drugi pocisk, a gdy zły czarnoksiężnik ze zdumieniem go odkrył i zorientował się, że padł ofiarą podstępu, na adekwatną do sytuacji reakcję było już za późno. Furkoczący miecz zaskoczył go, gdy miał rozpostarte ręce, a ostrze elegancko oddzieliło głowę od korpusu. Cóż za niesłychany fart, powiecie, przypadek jeden na milion? Owszem, ale Bożydar, jak już wcześniej autor napomknął, miał taką przypadłość, że właśnie ten jeden na milion przytrafiał się właśnie jemu, a nie komuś innemu. 

<c.d.n.>

Wiekopomne dzieło, które zachwyci miliony, a autora uczyni człowiekiem obrzydliwie bogatym. Pierwsza książka, którą ów autor napisze do końca. Cz. 1

Głowa złego czarnoksiężnika, którego imienia autor jeszcze nie wymyślił, ale nie traćmy nadziei – początki, jak wiadomo, zawsze są trudne, ale ze wszystkim sobie poradzimy w miarę rozwoju książki, a co za tym idzie, umiejętności pisarskich i szybkiego reagowania na kłopotliwe momenty, które mogą zatrzymać postępowanie akcji, a co gorsza doprowadzić bezpośrednio do tak zwanego wylecenia z głowy dobrego pomysłu na kontynuowanie zapierającej dech w piersi historii, a pośrednio do zrezygnowania z kariery pisarskiej, czego byśmy (a na pewno my – autor) nie chcieli. Wspomniane kłopotliwe momenty to chociażby właśnie imię dla postaci. Obojętnie, czy jest to bohater, który zmieni bieg świata, czy ktoś, kto pojawi się tylko po to, by spytać o drogę, a potem zniknie w niepamięci zarówno czytelnika, jak i twórcy, tak czy siak, imię jest bardzo ważne. Dlatego należy dobrze przemyśleć tę decyzję. Nie daj Boże wybierzemy tudzież wymyślimy – my, autor – miano, które naszym zdaniem nadaje się idealnie dla naszego herosa, a dociekliwy czytelnik sięgnie po słownik etymologiczny i parsknie ze śmiechu, odnajdując znaczenie słów, które być może przypadkowo są podobne do członów imienia owego herosa, a w ogóle mu nie przystoją. Nie zapomnijmy, że mimo wielkiej chęci zostania wielkim pisarzem i równie wielkiemu przekonaniu (użycie słowa „wielki” w takiej częstotliwości było zamierzone, jakby ktoś chciał przyczepić się do powtórzeń), że uda się autorowi to osiągnąć, (oby jak najszybciej, bo oprócz niewątpliwej sławy przyniesie to również pieniądze, które są potrzebne do, hm, wielu rzeczy, ale przede wszystkim do spokojnego bytu, a ten do dalszego pisania – nie chcielibyśmy, aby tak trywialna sprawa jak nieopłacony czynsz zaprzepaściła powstanie być może najwspanialszej książki w historii dziejów), a więc nie zapomnijmy, że ten autor ma dopiero lat 20 z, jak to się mówi, hakiem i potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby zdobyć wiedzę taką, jaką posiadają panowie Arturo Perez (z kreseczką akcentową nad pierwszym e) Reverte lub Andrzej Sapkowski, których to panów autor darzy wielką estymą i zazdrości im ich niewątpliwej wiedzy o świecie, a trochę też talentu pisarskiego (wszystkim tym, którym niewątpliwy talent dwóch wspomnianych panów nie przypadł do gustu, autor serdecznie współczuje). Dlatego prosi się szczególnie wybrednych czytelników o wyrozumiałość i nie wypowiadanie pochopnych sądów. A jeśli nie mogą się na to zdobyć, to i tak mamy to – my, autor – gdzieś (żeby nie być wulgarnym już na samym początku i nie sprecyzować, gdzie), bo wkrótce i tak będziemy – my, autor – bogaci i sławni dzięki tym bardziej wyrozumiałym czytelnikom, którzy za tę właśnie wyrozumiałość otrzymają dedykację z zamaszystym podpisem. A teraz wróćmy już do naszej fascynującej opowieści o głowie złego czarnoksiężnika i jej dalszych losach.

 …

Jako że dygresja wprowadzona na wstępie trochę się przeciągnęła, zacznijmy powieść raz jeszcze, żeby od początku móc wczuć się w klimat świata wykreowanego w fantazji autora. Dlatego znów pojawi się napis rozdział 1, ale teraz już naprawdę będzie to rozdział 1, a nie taka trochę dywagacja. Autor uczula jednak z góry na swoją skłonność do tym podobnych sytuacji, kiedy to zacznie meandrować w swojej wyobraźni między wątkiem a zupełnie niemającym z nim nic wspólnego przemyśleniem, i sugeruje, aby przeczytać akapit raz jeszcze i tym razem pominąć przemyślenie, aby nie zagubić się w historii. Dziękuję.

<c.d.n.>

Wiersz dla potomnych

Kolejny wiersz napisać skłonnym,
tak „ku pamięci” i dla potomnych,
by po wsze czasy mnie wielbili!
Więc nie zwlekając ani chwili
ołówek łapię i już gotowym
na papier przelać myśli z głowy.
Ale gdzie pomysł? Zero. Nic.
Więc szybko w buty hop! i hyc!
Na miasto weny szukać idę.
Lecz gdy się klepie liryczną bidę
do głowy łatwo nic nie wskoczy.
Może opiszę, co widzą oczy,
gdy po bruku wąziutkich uliczek
spaceruję wśród starych kamieniczek:
W nich się mieszczą małe sklepiki,
na wystawach których antyki
z nowymi rzeczami się gromadzą.
E, za takie rymy to nie dadzą
mi nawet miana wierszoklety.
Ach, ciężkie życie, no niestety.
Bo choć już coraz później w nocy,
to pracy ciągle brak owoców.
A gdyby tak coś sprawdzonego?
Coś od poety uznanego?
Nie żaden plagiat! Ja legalnie,
inaczej, nowo, oryginalnie!
I tylko pomysł, motyw krótki…
Oj, nie obędzie się bez wódki.
I nagle wiem: toć Mistrz Konstanty
temat mi wiersza da galanty!
Napiszę, że choć dzisiaj brak dorożek,

to ciągle w podróży poeta być może.
Lub że latarnie elektryczne
mogą być równie romantyczne.
Albo że srebrny blask księżyca
z Armstronga stopą też zachwyca.
Wtem: Gałczyński z nieba dzwoni:
-Gdybym żył, to bym zabronił
korzystać z mych patentów!
-Konstaś, nie siej zamętu,
o księżycu możesz nie ty jeden,
poza tym, gdzie mi do ciebie
z finezją, rymem i dowcipem.
-To fakt, me wiersze znakomite,
a twoje trochę, hm, nie ten tego.
Ale się nie łam mój kolego.
Cóż, niektórzy mają talent,
a inni nie. Lecz jeśli wytrwale
do celu swego ciągle dążą
i w smutku się nie pogrążą,
bo „lipa, panie, wiersz nie wyszedł”
to w końcu laur i milion szyszek
i droga otwarta do poetyckich przestworzy!
I skończywszy orację Mistrz słuchawkę odłożył.
Więc się krytyką wcale nie łamię,
tylko dalej papier wersami plamię.