das ist sehr spargel

Dzisiaj nie ma we mnie niechęci, wprost przeciwnie. Z przyjemnością bym coś napisał, ale ciekawego (zakładając, że potrafię pisać ciekawe rzeczy). Z racji identyczności dni i co z tym się wiąże ich powtarzalności nic ciekawego do napisania nie mam. Minął długi weekend, dwa jakże istotne dla nas Polaków święta, bez nich kalendarz urlopowy byłby wręcz pusty. Święto Pracy uczciłem pracując, Konstytucję takoż. Trochę się rozchorowałem (staram się urozmaicać sobie pobyt), zabrałem się za kolejną książkę, po lekturze Scotta Linch’a przyszedł czas na Myśliwskiego. Czytam oszczędnie, bo zostały mi dwa miesiące i oprócz pana Wiesława tylko dwóch cieniutkich Zafonów leży na walizkowej półce. Ponieważ jednak mój plan poprawienia własnego pisania realizuję powoli, im bliżej końca czerwca, tym pewnie więcej czasu będę poświęcał na te swoje bazgroły, także może nie będę cierpiał na brak beletrystyki. Ewentualnie nabędę Blaszany Bębębęnek, akurat mija ileś tam lat od czasu, kiedy studiowałem, dobry moment na przeczytanie noblisty, przecież kiedyś będę jak on wśród laureatów. Hu hu. (w poprzednich dwóch zdaniach użyłem cztery razy „będę”. Nie godzi się dopiero co wzmiankowanej aspiracji do nagrody wręczanej przez Szwedzką Akademię z tak potworną grafomanią razem zestawiać, ale zostawiam, ku przestrodze). Trochę nad tym myślałem, bo choć nie ma nawet czego porównywać, to jednak porównując nie piszę o rzeczach ważnych, które skłaniają do pochylenia się nad życiem, jak Myśliwski czy Grass, nijak więc sięgać po nagrody i uznanie krytyków. O rzeczach ciekawych też nie piszę, bo akcji żadnej u mnie nie ma, więc nie zainteresuję również poszukiwaczy literatury rozrywkowej, relaksującej, którą czyta się jednym tchem, żeby następnego dnia już o niej zapomnieć i sięgnąć po kolejną przygodę. Ciekawe, że zostawiłem to zdanie na parę godzin i teraz już nie pamiętam, co chciałem napisać. Skupiam się. Nadal się skupiam, pewnie jak zwykle w takich przypadkach na nic się to nie zda. Umknęło i tyle. Chyba mam. Ciekawe, czy spełnieni, uznani pisarze czytając kolegów po fachu zazdroszczą im warsztatu, esprit, czy się ze sobą porównują. I czy wydaje im się, że ten drugi jest lepszy, jakkolwiek lepszość w literaturze jest dość niemierzalna. W książce Italo Calvino Jeśli zimową porą podróżny jest genialny fragment o dwóch pisarzach, mieszkających naprzeciwko siebie i obserwujących swoje życie, a dokładnie proces twórczy. Przytoczę go, mam nadzieję, że Italo nie będzie mnie nachodził zza grobu w sprawie praw autorskich.

Zarys opowiadania. Dwaj pisarze, zamieszkujący dwa górskie domki położone na przeciwległych zboczach okalających dolinę, obserwują się na przemian. Jeden z nich ma zwyczaj pisania rano, drugi po południu. Tak zatem pisarz, który akurat nie pisze, wycelowuje lunetę w tego, który pisze.

Jeden z nich jest pisarzem płodnym, drugi pisarzem znerwicowanym. Pisarz znerwicowany patrzy, jak pisarz płodny zapełnia stronice równymi linijkami pisma, jak rękopis rośnie w stos uporządkowanych kartek. Wkrótce książka zostanie ukończona, będzie to z pewnością jeszcze jeden bestseller — myśli pisarz znerwicowany z pewną wzgardą, lecz także z niejaką zazdrością. Uważa on pisarza płodnego jedynie za zręcznego rzemieślnika, zdolnego produkować seryjne powieści, schlebiające gustom czytelników. W uczuciu tym mieści się nie tylko zazdrość, jest w nim także podziw, tak, szczery podziw. W tym, że człowiek ten, nie stwarzając sobie problemów introwertycznych, całą swą energię poświęca pisaniu, zawiera się pewna wielkoduszność, wiara w zdolność komunikowania, w dawanie innym tego, czego od niego oczekują. Pisarz znerwicowany zapłaciłby każdą cenę, by upodobnić się do pisarza płodnego. Chciałby uznać go za wzór, gorąco pragnie stać się takim jak tamten.

Pisarz płodny widzi, jak pisarz znerwicowany siada przy biurku, gryzie paznokcie, drapie się, przedziera kartkę, wstaje, by pójść do kuchni i zaparzyć sobie kawę, potem herbatę, potem rumianek, potem czyta wiersz Holderlina (chociaż to jasne, że Holderlin nie ma nic wspólnego z tym, co on pisze), przepisuje gotową stronę, a potem przekreśla ją linijka po linijce, dzwoni do pralni (chociaż wiadomo, że niebieskie spodnie będą gotowe nie wcześniej niż w czwartek), potem robi parę notatek, które być może przydadzą mu się później, potem sprawdza w encyklopedii hasło Tasmania (chociaż to jasne, że w tym, co pisze, nie ma żadnej wzmianki o Tasmanii), drze dwie kartki, nastawia płytę z Ravelem. Pisarz płodny nigdy nie lubił książek pisarza znerwicowanego, zawsze ulegał złudzeniu, że już-już uchwycił punkt kulminacyjny utworu, potem punkt ten umykał mu, a on sam czuł się niepewny. Teraz jednak, kiedy patrzy, jak tamten pisze, czuje, że człowiek ten walczy z czymś mrocznym, z jakimś zagmatwanym splotem, że próbuje przebić drogę, która nie wiadomo dokąd prowadzi. Czasami wydaje mu się, że tamten stąpa po linie rozpiętej nad otchłanią, i wtedy czuje, jak ogarnia go uczucie podziwu. Nie tylko podziwu, także zazdrości, gdyż czuje wówczas, jak bardzo ograniczona i powierzchowna jest jego praca w porównaniu z tym, czego poszukuje pisarz znerwicowany.

genial, n’est-ce-pas?