znów o niczym

Dziś mam tu wyjątkowy ruch w interesie, dopiero po obiedzie znalazłem chwilę dla siebie. Bałem się, że nic nie napiszę, a chciałem w miarę regularnie coś tam dukać, aby nie powtórzyła się powtórzyła się powtórzyła się sytuacja (najpierw napisałem sytucaja, postanowiłem tak zostawić, ale z drugiej strony takie lapsusy są zabawne w mowie, nie w piśmie), gdy wiadomo jaką miałem przerwę w blogowaniu na papierosa. Tymczasem w poniedziałek nie mogłem wkleić, bo mi się internety skończyły (mam tu dwie godziny dziennie, z założenia, bo sieć działa tak, że u la la i czasem nim się połączy, to pół godziny już zeżre, ciasteczkowy potwór), więc we wtorek o poranku wbijam na kokpit blogerski, a tam okazuje się, że ostatni wpis ino szkicem jest, nie publikacją. Także poślizgi i tak będą, więc mam super wytłumaczenie, także świetnie się złożyło, bo zdążyłem jeszcze na autobus.

I w zasadzie nic ciekawego mi do głowy nie przychodzi, tyle tylko, że człowieka umysł raczej jest nie do ogarnięcia. Standardowo się tu no właśnie nic się nie tu, mam luzy takie, że aż brakuje mi porównania z czymś równie luźnym, absolutnie zdecydowaną większość czasu poświęcam na siebie, już o tym pisałem. Tymczasem dzisiaj popracowałem od 8 do 13 i nagle wydaje mi się, że ło matko, ile tego jeszcze, ale tyra, dajcież mi wytchnąć. Głupie, nie? Do wygody człowiek zdaje się adaptować w ułamkach sekundy i po tychże ułamkach traktuje ją jak standard od wieków trwający. Niewygoda, lub cokolwiek, co nas angażuje niekoniecznie z naszej woli, nawet jeśli na krótko, jest komentowana latami. Pamiętam, jak w wieku dwudziestu pięciu  czy dwudziestu sześciu lat dopiero zrobiłem prawo jazdy. I jak kumpel się śmiał, że po zasmakowaniu w czterech kółkach nieprędko wrócę do Ę-Pe-Ka. Ja życiowo mówię tyle lat jeździłem, to szybko nie zapomnę. Hu hu hu. Jak się wóz popsuł, to nabyłem rower. Już mi się nie chciało po przystankach wystawać. I taka pointa. Tyle na dziś, żebyście moi wierni czytelnicy poczuli niedosyt i mieli chrapkę na jeszcze.  Jadłem zupę szparagową, była dobra, ale to chyba z racji tego, że codziennie konsumuję tutaj na śniadanie mortadelę, więc każda odmiana jest ambrozją. Pamiętajcie, szparag nie jest wart swojej ceny! Chyba, że ma tyle witamin i związków mineralnych, że proszę siadać, to wtedy może cofnę, ale niechętnie. A Rumuni przychodzą umyci na obiad i są skromni, a Polacy w kaloszach ubłoconych z pola wbijają i czują się lepsi. W którym miejscu naszej narodowej jaźni się to rodzi, że nie umiemy się podpisać, a przekonani jesteśmy, że Nobel się nam bezwzględnie należy?